czwartek, 29 maja 2014

Warszawskie Targi Książki-moim zdaniem, ale nie tylko o tym. Część druga.

Sobota była najgorętszym dniem targów. Jeszcze przed dziesiątą, bo od tej godziny sprzedawano bilety, ludzi przy kasie było bardzo dużo.
Od samego rana czułam radosne oczekiwanie i ciekawość, jaka jest tak naprawdę ta czy inna osoba, czy znajdę z nią "wspólny język"? Najbardziej czekałam na Magdę, blogerkę, z którą się umówiłam już wcześniej. Obie jesteśmy raczej nieśmiałe, ale udało nam się pokonać obawy i wreszcie się spotkać. Magda jest bardzo sympatyczną dziewczyną i naprawdę cieszę się, że ją poznałam.
 

Na zdjęciu jestem z Magdą i Jolą Kwiatkowską, naturalną, mądrą, zdystansowaną pisarką, ale o spotkaniu blogerów za chwilkę. Ten dzień naprawdę był pełen wrażeń, a na samych targach spędziłam prawie siedem godzin.
Kupiłam dla mojej Zuzi książeczkę z wierszykiem "Mam trzy latka", który uwielbia i zna na pamięć, jak wiele innych. Poprosiłam Panią Dorotę Gellner o wpis w zbiorku poezji dziecięcej, ale też nabyłam najnowszą książkę autorki dla mojej Zuzanki.

 To było moje pierwsze spotkanie z autorką tego dnia.

W tej relacji umieszczę kilka zdjęć osób, do których nie stałam w kolejce po autograf, ale fotografie zamieszczam po to, by pokazać Wam, kto był na targach promując swoje publikacje. I tak widziałam Panią Barbarę Bursztynowicz, popularną gwiazdę "Klanu".

 Tego stworka szczerze mówiąc nie znam, ale może Wy go rozpoznajecie z jakiejś książeczki dla dzieci?
A tutaj płyta stadionu.

Spotkałam się również z jedną z moich ulubionych autorek książek skierowanych do młodszego czytelnika, Panią Agnieszką Stelmaszyk. Jej seria "Kronik Archeo" jest rewelacyjna i polecam ją każdemu dziecku, ale i dorosłemu czytelnikowi także. Zresztą publikacji Pani Agnieszki mam w domu sporo, ponieważ jest to wszechstronna autorka, pisze i dla chłopców, i dla dziewczynek, dla dzieci starszych, i młodszych. Naprawdę serdecznie polecam historie stworzone przez Panią Agnieszkę. Znałyśmy się jedynie z Facebooka, dlatego bardzo chciałam zamienić z Nią choć kilka słów. Na stoisku wydawnictwa zakupiłam dziennik i dwie inne książki dla mojego synka.
 Widziałam też Martynę Wojciechowską i kilka innych sław z telewizji.

 To pisarz, Zygmunt Miłoszewski, którego "Uwikłanie" czytałam jeszcze przed tym, nim zajęłam się opiniowaniem książek.
 
A teraz Agencja Artystyczna M-D-M, z którą mam zaszczyt współpracować. Właśnie na targach odbyła się premiera najnowszej książeczki dla dzieci "Duda i wielka przygoda" debiutującej w roli autorki Doroty Lipińskiej. Na zdjęciu z córką, tytułową bohaterką historii.
 
 
Recenzja tej publikacji niebawem na moim blogu, jak tylko uda mi się z nią zaznajomić wraz z moimi dziećmi.
O autorce, książeczce za jakiś czas więcej na moim blogu. Może uda mi się przeprowadzić z nią wywiad i zorganizować konkurs, w którym będzie do wygrania właśnie "Duda i wielka przygoda".
 
Tej Pani chyba nie muszę przedstawiać. Mam sporą ochotę na przeczytanie zbioru tekstów, które wydała, ale na razie odwlekam ten moment, choć pewnie niedługo się skuszę.
 
A teraz jedno ze spełnionych marzeń. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że poznam Panią Katarzynę Grocholę pomyślałabym, że chyba źle się czuje. A jednak... Udało się!!!
 

 Z każdym czytelnikiem porozmawiała, naturalnie, na luzie. Przemiła i bardzo rozmowna osoba, niesamowicie kontaktowa. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się przeprowadzić wywiad z Panią Grocholą.
 Oczywiście zauważyła, że nie przyszłam po wpis do najnowszej książki, a starszej, zatytułowanej "Trzepot skrzydeł", która moim zdaniem jest jedną z najlepszych autorki. To było dla mnie cudowne przeżycie i naprawdę ważne spotkanie.
Gdy pędziłam w stronę kolejnego stoiska wypatrzyła mnie w tłumie Ania Sakowicz. To było tak niespodziewane i miłe spotkanie, że aż na moment zaniemówiłam. Aniu, bardzo Ci dziękuję. Ciepło
wspominam nasze kilkuminutowe spotkanie.
 
 
 
A teraz będzie o równie sympatycznej i bardzo dla mnie ważnej osobie. To pisarka, której książki mogę polecać w ciemno, a szczerze mówiąc takich autorek nie ma na naszym polskim rynku wcale tak wiele. Mam na myśli Ałbenę Grabowską, której każda kolejna historia mnie zaskakuje, wbija w fotel, nie pozwala o sobie zapomnieć. Wydaje mi się za każdym razem, że wiem, jakie będzie zakończenie, że "rozgryzłam" daną postać, ale pisarka zawsze zwiedzie mnie na manowce, zawsze! Za każdym razem! Ma swój własny, niepowtarzalny styl i wróżę Ałbenie wielką karierę. Poza tym jest osobą bardzo spokojną, opanowaną, bije od niej pozytywna energia, która udziela się i innym. W ogóle nie obawiałam się spotkania z nią i dużo mi dało poznanie tej pisarki, podobnie jak poznanie Ewy Bauer.
 
Nie mogę też nie wspomnieć, że Ałbena jako jedyna pisarka przedstawiła mnie Pani z wydawnictwa, z którą koresponduję i współpracuję. Bardzo miło jest porozmawiać na żywo, a nie tylko e-mailowo. Cieszę się, że mogłam poznać Panią Dorotę.
 
Ciąg dalszy nastąpi niebawem :))))

środa, 28 maja 2014

Wywiad i konkurs. Monika Madejek Zeszyt z aniołami.


Monika Madejek jest autorką książki skierowanej do młodego czytelnika, zatytułowanej „Zeszyt z aniołami”. Być może niebawem ukaże się kontynuacja jej debiutanckiej powieści, a może zaskoczy nas jeszcze czymś innym? Zapraszam do przeczytania rozmowy, jaką udało mi się przeprowadzić z tą utalentowaną kobietą.


 

Co zmieniło się w Twoim życiu po ukazaniu się „Zeszytu z aniołami”? Czy ludzie zaczęli baczniej Ci się przyglądać, interesować się Twoją osobą w większym stopniu? Jak zareagowali najbliżsi?

 

Moje życie nie wywróciło się do góry nogami, ale muszę przyznać, że wiele się zmieniło. Przede wszystkim musiałam się przestawić na dzielenie czasu pomiędzy tym, czym zajmuję się na co dzień, a tym, co związane z książką. Za mną wiele spotkań autorskich, kolejne przede mną. Dotąd nie rozstawałam się z notesem, teraz do kompletu doszedł kalendarz. Dostaję też różne propozycje związane z pisaniem i jest mi niezwykle miło, że ludzie wierzą, iż im podołam :) Lubię wyzwania, więc część z nich biorę pod uwagę.

Jednak największe skarby wynikające z ukazania się „Zeszytu z aniołami” są dwa. Pierwsze to to, że moje życie zamieniło się w serię przemiłych zaskoczeń. Długo by wymieniać. Jednym z nich jest to, że zagorzała domatorka, jak siebie dotąd postrzegałam, nagle polubiła podróże :)

Drugi skarb to ludzie. Ileż ja wspaniałych ludzi ostatnio poznałam! W którymś z wywiadów na pytanie, czy wierzę w anioły odpowiedziałam, że tak, w anioły-ludzi. Dziś poprosiłabym, by to zdanie było dwa razy podkreślone. Życzę wszystkim, by spotykali na swoich drogach takie ciepłe dusze.

 

Zainteresowanie moją osobą wzrosło, to prawda, ale czy ludzie zaczęli mi się baczniej przyglądać? Nie wiem. Jestem sobą w kontaktach z ludźmi, więc nie odczuwam tego. Owszem, czasem zdarza się, że na początku nowej znajomości, na początku pierwszego spotkania, odczuwam delikatny dystans. A może raczej pewien rodzaj niepewności, kim jest ta kobieta, która napisała książkę i jak ją traktować. Jednak bardzo szybko lody są przełamywane. Jestem otwartą osobą, lubiącą i szanującą ludzi i przede wszystkim jestem normalną dziewczyną, która po prostu uwielbia pisać. Tak siebie widzę, tak się czuję i tak zachowuję.

 

Z najbliższymi dzielę się wszystkim, co mnie spotyka i cieszą się razem ze mną, przeżywają. To bezcenne, bo radość i szczęście jest pełne dopiero wtedy, gdy można je z kimś dzielić. Mam wspaniałe osoby obok siebie. Odczuwam ich miłość w każdym geście, spojrzeniu i słowie

 

Czy dalej tworzysz, malujesz, szyjesz?

 

Oczywiście. To nie tylko moja pasja, ale i praca. Ale też nie tylko praca, ale i pasja, a wiadomo, że bez tego, co się kocha, smutno żyć. Oczywiście, tak jak już wspomniałam, musiałam tę część mojego życia nieco ograniczyć, zdarzyło mi się kilka razy odmówić zrealizowania jakiegoś zlecenia z braku czasu. Jednak jak na razie udaje mi się wszystko pogodzić.

Co więcej tworzenie i pisanie ładnie mi się zazębiają. W „Zeszycie z aniołami” pasją mamy Kajtka – głównego bohatera – jest kuchnia, Adaś – jego przyjaciel – jest artystą. Oprócz pisania to również moje dwie pasje. Na spotkaniach autorskich rozmawiam z dziećmi o ich pasjach. Często również jestem zapraszana na spotkania autorskie wraz z moimi tworami, by móc i o nich poopowiadać. Zdarza się, że przy okazji rozmowy o książce bawimy się w robienie zakładek, okładek czy ilustracji. Natomiast na warsztatach plastycznych, które prowadzę, jestem przedstawiana nie tylko jako rękodzielniczka, ale również jako autorka książki dla dzieci, więc i ten temat jest na nich poruszany. Prawda jest taka, że ja to kobieta pisząca, tworząca i kochająca gotować i taka oto cała pojawiam się na spotkaniach, czegokolwiek dotyczą :)

 

O czym jest Twoja powieść, to przygody chłopca, który…

 

… ma na imię Kajtek i na kartach powieści staje się nastolatkiem. Nie wiem, czy typowym nastolatkiem, bo po spotkaniach autorskich z dziećmi pozbyłam się wszelkich stereotypów. Co więcej, miałam przyjemność poznania niejednego Kajtka – nie z imienia, bo to się jeszcze nie zdarzyło, ale z charakteru i usposobienia. Pisząc tę książkę miałam w sercu dzieci z mojego dzieciństwa. Jakie? Takie, dla których ważna jest rodzina, przyjaciele, radość płynąca z przebywania z najbliższymi, z ludźmi, z więzi tych rzeczywistych i prawdziwych. Wiele nauczyłam się i wiele dowiedziałam przez ostatnich kilka miesięcy i cieszy mnie fakt, że choć życie z całą pewnością uległo ewolucji, to nie tak do końca. Cieszy mnie, że są dzieci podobne do Kajtka, bo Kajtek jest szczęśliwy!

Kajtek ma rodzinę – znów typową czy też nie, ale pozostawię to pod rozwagę czytelników. Mamę zakochaną w gotowaniu, ciepłego choć nieco nieudolnego tatę, rodzeństwo, z którym jest mocno związany, nieco szaloną babcię (wolno jej!) i przyjaciół, którzy są jak część jego rodziny. Poznajemy jego życie, jego codzienność, za sprawą dziennika, który pisze, bo taką formę ma powieść.

 

Co myślisz na temat spotkań autorskich, czy jesteś otwarta na tego typu propozycje? Zależy Ci na kontakcie z czytelnikiem?

 


Mam ochotę powiedzieć, że spotkania autorskie to kosmos :) Każde z nich to jedna wielka niewiadoma i to w nich kocham najbardziej. Zazwyczaj są to spotkania z dziećmi, a wiadomo: dzieci są nieprzewidywalne. Sporo ich za mną i nie ma dwóch podobnych, dwóch, które mogłabym do siebie porównać w najmniejszym stopniu. Staram się na nich nie mówić za dużo lecz aktywować dzieci i to, co się dzieje, jest nie do opisania. Na to samo pytanie zadane innej grupie, odpowiedzi są różne i różne wywołują reakcje. Tak jak zadawane przez dzieci pytania diametralnie się różnią. Oczywiście niektóre z nich się powtarzają, ale zdecydowana większość zaskakuje. Cieszy mnie nie tylko ich ciekawość, ale to, że czytają. Oczywiście wiadomo, zdarzają się wyjątki, ale grubo przesadzona jest teza, że coraz mniej dzieci czyta przedkładając ponad to komputer czy telewizję. A wiem, co mówię, bo nie zadaję jedynie pytania, czy czytają książki i nie czekam na podniesione rączki, ale podpytuję, przepytuję. Nie mają ze mną tak łatwo :) Co więcej, okazuje się, że dzieci nie tylko czytają, ale w niemal każdej grupie są, które piszą! Opowiadania, wiersze, dzienniki, kilka osób nawet swoje pierwsze książki. Śmiało mogę prorokować, że ani czytelnictwu, ani pisarstwu w naszym kraju nic nie grozi :)

Po każdym spotkaniu, siedząc już wieczorem w łóżku, wyciągam zeszyt i notuję. Notuję pytania, odpowiedzi i pomysły do następnych książek, bo dzieci niezwykle inspirują. Gdybym potrafiła tę energię, którą mi dają, zapakować w puszki, to nawet sprzedając na zwykłym małym targu, stałabym się bogatą kobietą :)

Myślę, że tym, co napisałam, odpowiedziałam na pytanie, czy zależy mi na propozycjach spotkań i na kontakcie z czytelnikami – tak, bardzo szybko można się przyzwyczaić to takich przyjemności :)

 

Jak odbierana jest Twoja książka, czy dzieci piszą do Ciebie, dzieląc się spostrzeżeniami po przeczytaniu „Zeszytu z aniołami”?

 

O tak, dostaję dużo maili. Od młodych czytelników i od ich rodziców. Zdarzają się maile z podziękowaniami za napisanie książki, przy której świetnie się bawili – i młodzi i dorośli. Dzieci piszą, że na początku bały się, że jest taka gruba, a potem za szybko poszło i czy będzie więcej. Albo że nie wiedzieli, że można tak świetnie bawić się bez komórki czy komputera. Opowiadają mi o swoich przyjaciołach, o pasjach, o rodzinie. Zdarzają się maile od dzieci, które przeżyły podobne przygody lub opowiadają o innych zainspirowane przygodami Kajtka i tym razem mnie inspirują. Cieszą mnie maile od dzieci, które po przeczytaniu „Zeszytu z aniołami” kupiły zeszyt i zaczęły pisać dziennik i chciały się tą wiadomością ze mną podzielić.

Jedną z bohaterek mojej książki, jest babcia, która podczas urodzin postanawia popełnić jakieś szaleństwo i wymyśla coraz to nowe – z różnym skutkiem. Ilość podpowiedzi dzieci, co też owa babcia może jeszcze zmajstrować, wystarczyłaby spokojnie na kilka części :)

Dostałam też maila od chłopca, który na początku zaznaczył, że nie lubi czytać, ale pani bibliotekarka wcisnęła mu „Zeszyt” i zapowiedziała, że po przeczytaniu o nim porozmawiają, więc nie miał innego wyjścia jak przeczytać :) I ten właśnie nie lubiący czytać chłopiec zapytał, czy będzie następna część. To nie wszystko: zapytał, czy mógłby w niej być chłopiec noszący jego imię i koniecznie łobuz, bo przyznał, że trochę łobuzem jest. I tym sposobem stworzył mi bohatera, który zamieszkał na stronach drugiej części „Zeszytu z aniołami”. Tak, dzieci potrafią zainspirować!

 

Myślałaś może o napisaniu powieści dla dorosłych?

 

Z pisaniem u mnie jest dokładnie tak, jak z tworzeniem :) Nadzwyczaj rzadko zdarza się tak, że jednego dnia tylko na przykład szyję. Nie, w międzyczasie coś podmaluję, coś ulepię, wyszlifuję, czy polakieruję. Okazało się, że spontanicznie tę moją – nazwijmy to – przypadłość przeniosłam na pisanie. Tak więc gdy powstawał ciąg dalszy przygód bohaterów „Zeszytu z aniołami”, ja już robiłam notatki do dwóch kolejnych książek. Jedna z nich będzie również skierowana do młodego czytelnika, choć w zupełnie innej formie. Natomiast jeśli chodzi o dorosłych, porwałam się na thriller. Mówię „porwałam się”, bo już przy tworzeniu konspektu okazało się, że to zupełnie inny rodzaj pracy, inny sposób pisania. Przy obydwu częściach przygód Kajtka mogłam sobie tak po prostu popłynąć. Przy thrillerze się nie da. Zastanawiam się, czy powinnam się tym chwalić, bo co, jeśli mi nic z tego nie wyjdzie? :) Z drugiej strony jestem upartą względem siebie osóbką, więc niech się dzieje!

W szufladzie leży też powieść obyczajowa. Myślę, że tak mniej więcej ukończona w połowie. I dosłownie leży w szufladzie, bo jakiś czas temu padłam ofiarą ludzi, którzy się nudzą i z tych nudów tworzą wirusy. Powieść pewnego wcale nie pięknego dnia skończyła swój żywot wraz z wieloma innymi plikami nie do odzyskania. Szczęście w nieszczęściu, że miałam ją wydrukowaną! Zamieszkała tymczasem w szufladzie i z całą pewnością do niej wrócę, pociągnę dalej, ale odkładam to na chwilę, gdy znajdę czas na ponowne jej wklepanie do komputera.

Mam też jeszcze kilka innych pomysłów, ale tymczasem o tym sza, bo najpierw ja sama muszę do tego dojrzeć :)

 

Dziękuję za rozmowę.

I ja bardzo dziękuję.


KONKURS.

1. Proszę o zadawanie pytań Monice Madejek pod tym postem. Najciekawsze zdaniem autorki pytanie zostanie nagrodzone egzemplarzem "Zeszytu z aniołami". Oprócz pytania proszę o pozostawienie adresu e-mail, ponieważ miałam już problemy ze skontaktowaniem się ze zwycięzcą innego konkursu.
2. Organizatorem zabawy jestem ja, fundatorem nagrody wydawnictwo Zysk i spółka i Monika Madejek.
3. Odpowiedzi na Wasze pytania znajdą się na blogu Moniki: http://miocentoangeli.blogspot.com/
4. Zabawa zaczyna się dzisiaj, 28 maja, zakończy się 8 czerwca o godzinie 24:00.
5. Za wszelkie udostępnienia, polubienia i co tam jeszcze z góry dziękuję.
Moja recenzja książki: http://asymaka.blogspot.com/2013/06/zeszyt-z-anioami-monika-madejek.html

Warszawskie Targi Książki-moim zdaniem, ale nie tylko o tym. Część pierwsza.

Jestem wielkim miłośnikiem książek, kocham je odkąd pamiętam. Zaczytywałam się już jako dziecko w powieściach o Panu Samochodziku, o Ani Shirley, uwielbiałam też wiersze. Czytam naprawdę wiele propozycji literackich, szczególnie polskich autorów, a odkąd założyłam blog związany z książkami połączyłam pasję z pracą.
Dla kogoś takiego jak ja targi związane z książkami to niesamowita przygoda. Przejechałam wiele kilometrów, by zobaczyć na własne oczy autorki ulubionych powieści. To był naprawdę bardzo udany weekend.


W piątek po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do stolicy. Pierwszą pisarką, którą dane było mi poznać była Joanna Opiat-Bojarska. Jak dotąd czytałam dwie powieści autorki, pierwsza z nich to "Gdzie jesteś, Leno?", druga, której treść poznałam jeszcze przed premierą, zatytułowana "Słodkich snów, Anno". Obie polecam z czystym sumieniem.
Kolejne spotkanie, z Ewą Bauer.
 Intuicja nie zawiodła mnie. Ewa okazała się "normalną" osobą. Rozmowną, sympatyczną, naprawdę ucieszyła ją moja obecność. Wpisała mi dedykację do "Kurhanka Maryli", książki, którą polecam na okładce. W tej chwili jestem już po lekturze wszystkich trzech powieści Ewy, każda z nich jest inna, nie wiem, która najlepsza, miałabym  z tym problem, by to ocenić. Debiutancka "W nadziei na lepsze jutro", druga z kolei "Kruchość jutra", czy wspomniany przed momentem "Kurhanek Maryli"?Niebawem na blogu pojawią się recenzje dwóch pierwszych historii stworzonych przez autorkę, zresztą połączonych ze sobą, za sprawą postaci w nich występujących.
 W piątek dosyć nieśmiało podchodziłam do pisarek, trudno mi było się przełamać. Najdłużej chyba "nastałam się" pod stoiskiem Filii, by wreszcie przekonać się, że nie było się czego bać i strach ma tylko wielkie oczy.
Ewa bardzo naturalnie podeszła do mnie, przywitała się, dzięki czemu i mój opór zmalał do minimum, by wreszcie całkiem się ulotnić.
 
Jeżeli chodzi o piątek to byłoby na tyle. Spałam w hotelu, który poleciła mi Pani Lidia z zaprzyjaźnionego wydawnictwa. Pytaliście mnie też o same targi, cenę biletów, i tak dalej. Każdego dnia wejście kosztowało 10 złotych, ale można było wykupić sobie bilet za 28 złotych, gdyby ktoś przez kilka dni miał zamiar spacerować wokół stoisk. Blogerzy i dziennikarze, po zarejestrowaniu bloga na stronie internetowej targów wchodzili na nie bezpłatnie.
Największy koszt to dojazd, jeżeli ktoś mieszka daleko, i oczywiście nocleg. Moim zdaniem warto jednak było pojechać i przekonać się na własne oczy, jak to wszystko wygląda.





wtorek, 27 maja 2014

Wyniki czyli kto otrzyma jedną z prawie 40 książek?

Nie miałam pojęcia, że spotkam się z tak miłymi komentarzami, wnikliwymi i pouczającymi. Dziękuję Wam serdecznie.
A teraz już "przechodzę do rzeczy":

"Angry Birds"  Natalia Demska,
"Martynka..." Jola Domagała
"Skarżypyta..."Katarzyna Gabiga
"Karol w krainie..." Dominik P.
"Jak chłopczyk złapał..." Mamiczka
"Dlaczego mleko jest białe?" Katarzyna
"Grajek wędrowny" Rafał
"Pepe i spółka" Asia S.
"Kacper niewypał" Matka wkurzająca
"Jak Cię wykraść..." Sylwia Morawska
"Czarne serce" Danmiko19
"Prosiaczek Fryderyk..." Gosia Dzięgielewska
"Duch z Niewiadomic" Magda Lewandowska
"Emma chce grać jazz" Ewa Udała i Ewa Kędra, ponieważ mam dwa egzemplarze
"Nutka dla Mamy i Taty" Asia Szarańska
"Nell" Monika
"Nieznajomi z parku" Asia Szarańska
"W nadziei na lepsze jutro" Jola Domagała
"Inspektor Kres..." Bąblowa Mama
"Mąż zastępczy" Martucha180
"Gotuj, kochaj i karm" Makomt
"Macocha" Magdalena S.
"Na Pragę nie wrócę" Gosia Dzięgielewska
"Królowe życia" Magdalena Lewandowska
"Jak pies z kotem..." Piotr Śliwiński
"Przełamać noc" Teresa
"Dieta garstkowa" Ania P.
"Jedzenie to leczenie" Kasia Metzger
"Dziecko dzień po dniu" MadźKa i Karla, ponieważ są dwa egzemplarze
"Małe szczęścia" Aneta Gaćkowska
"Dziewczynka w zielonym..."Ewa Kędra
"Żona Beduina" Danmiko19
"Scenariusz z życia" Katarzyna R.
"Do grobowej deski" Ewa Udała i Agnieszka Aga, ponieważ mam dwa egzemplarze do dyspozycji

Wszystkim dziękuję za udział i już dzisiaj zachęcam do wspólnej zabawy przy kolejnych konkursach.
W tej chwili trwa konkurs z książką Jacka Wąsowicza: http://asymaka.blogspot.com/2014/05/konkurs-z-okazji-dnia-matki.html

Wszystkich zwycięzców proszę o adres do wysyłki: asymaka@o2.pl w temacie wiadomości wpiszcie tytuł lub tytuły, które wygraliście. Pozdrawiam i dziękuję za wspólną zabawę.



Wyniki czyli kto stanie się szczęśliwym posiadaczem "Lotu nisko nad ziemią"?

Wygrywa


Myślę,że każdy człowiek ma w sobie coś unikatowego,niepowtarzalnego...wszystko zależy od tego jakimi kategoriami myślimy.Czy człowiek unikatowy to dla nas ktoś sławny,wybitnie uzdolniony, a może to osoba skromna która po prostu czyni dobro nie oczekując w zamian pochwał i zaszczytów?
Wiele osób robi rzeczy wyjątkowe,ale nie każdego świat potrafi dostrzec albo dostrzega zbyt późno...
Wielokrotnie jest tak,że ta wyjątkowość jest tłamszona przez zazdrosne środowisko,trzeba wtedy wielkiej siły,by się nie poddawać mimo,że nawet dla najbliższych stajemy się dziwakami.
Żyjmy tak jak potrafimy najlepiej,bo mamy tylko jedno życie.Rozwijając swoje talenty i pasje dajemy światu cząstkę siebie.
Bycie sobą to sztuka która sprawia,że jesteśmy unikatowi i niepowtarzalni, jeśli z tego zrezygnujemy i zaczniemy żyć zachowawczo unieszczęśliwimy samych siebie,a świat nigdy się nie dowie co stracił.
pozdrawiam serdecznie.
 
 
 
 
Gratuluję :)))))
 
Przypominam też komuś, kto podpisał się SOWA, że wygrał "Szczęście pachnące wanilią" Magdaleny Witkiewicz. Obie osoby proszę o adres do wysyłki na: asymaka@o2.pl
 
Zachęcam do udziału w kolejnym konkursie: http://asymaka.blogspot.com/2014/05/konkurs-z-okazji-dnia-matki.html.
 
Jeszcze dzisiaj wyniki zabawy z okazji Dnia Matki i Dnia Dziecka.

poniedziałek, 26 maja 2014

KONKURS z okazji Dnia Matki.

Wspólnie z Agencją Artystyczną M-D-M i Jackiem Wąsowiczem postanowiłam zorganizować konkurs z okazji Dnia Matki. Do wygrania będzie książka z autografem autora. Moja recenzja tutaj: http://asymaka.blogspot.com/2014/05/jacek-wasowicz-100-kijow-w-mrowisko.html.


Chciałabym zaprezentować Wam pierwszy felieton dotyczący Dnia Matki właśnie. Oto on:


Pisarze do piór, robotnicy do fabryk – MatkiPolki do garów

O tym, że kobiety w Polsce mają zarąbiście, każdy wie. Hołubienie i masowe wystawianie Polek na piedestał przez szarmanckich Polaków to kanon naszego dobrego wychowania, jeśli nie część Tradycji.

Całujemy w rączkę, przepuszczamy przez drzwi jako pierwsze, dźwigamy za nie bagaże – oto
przykłady, żeby przytoczyć tylko kilka z brzegu.

Albo weźmy choćby taki Dzień Matki: dla porównania, co w taki dzień dla swojej Rodzicielki
zrobi przeciętny angielski synalek? A no zabierze mamuśkę do jakiejś restauracyji (a może
 nawet pubu?) i nafaszeruje ichniejszym synonimem uczty podniebiennej, czyli brytyjskimi
kiełbaskami (a fe!). Do kiełbasek polecą frytki (na Wyspach standardowo nie tylko posypywane
solą, a polewane octem), no i oczywiście zero zieleniny.Następnie, kochający synalek wypisze
i z wielką pompą wręczy okolicznościową (ponoć „special”) kartkę. Potem już tylko odwieźć
ukontentowaną mamuśkę do jej mieszkania w bloku dla starszych osób (odpowiednik naszego
Domu Starców, tyle że bardziej komfortowy i trochę droższy) i już po krzyku.

Panowie synowie: Dzień Matki po brytyjsku? NO WAY! (pol.: O NIE!)

Nic więc dziwnego, że przeciętna polska żonomatkokochanka czuje się jak w siódmym niebie,
bo gdy Matka-Polka ma swoje święto, rodzina nigdy przenigdy nie odda jej na pastwę
przypadkowego kucharza! U nas, starym polskim zwyczajem wszyscy w gościnę przyjdą do niej,
żeby kochana Rodzicielka nie musiała się nigdzie włóczyć, tylko spokojnie mogła się skupić
na przyjemnościach dnia.

A dzień jak to dzień: po powrocie z roboty trzeba tylko lekko ogarnąć chałupę (wczoraj nie dało
rady, bo córka podrzuciła wnuka), odgruzować zlew po mężowskim śniadaniu (biedak ma alergię
 na wszystkie płyny), a potem już tylko skleić szybkie pierogi (ulubione najstarszego synka,
zamówił tydzień wcześniej), następnie prędziutko zakręcić prościutkie ciasto i farsz
na krokieciki (to z kolei przysmak mężula) oraz machnąć tort (z prawdziwym kremem – nie żadną
masą!). Wszak kobieta pracująca żadnej imprezy się nie boi!

Podczas gdy cała rodzinka będzie przy stole piła jej zdrowie, trzygłowa i sześcioręka
żonomatkokochanka wykona osiem rund kaw i herbat. Rozerwie również prezent, ale
w środku nie będzie żadnej głupiej kartki, o nie! – patrzajcie, toż to najnowszy model malaksera!
(Żeby równo za rok wykręcił JESZCZE lepsze smakołyki.) Ach, dziękuję, kochani, dziękuję!

Podekscytowana podarkiem, podrepce do kuchni po kolejną flaszkę, gdy zaś impreza
zacznie dogorywać, ponownie zakrzątnie się przy garach. I nikt jej w tym nie wyręczy – 
niech wie, że to JEJ święto.

Niech mi więc nikt nie mówi, że Polki mają źle.

PS: Dopiero w łóżku, trzygłowy, styrany wrak poczuje wszystkie kości, co w wersji dla męża
zabrzmi „Kochanie, nie dzisiaj”.

HIPHIP HURRA, NIECH NAM ŻYJE KOCHANA MAMA!

 

(Powyższy felieton to kij nr1 w książce Jacka Wąsowicza "100 kijów w mrowisko".)
 
 
Zasady konkursu:
1. Skomentuj felieton Jacka Wąsowicza. Najciekawszy komentarz zostanie nagrodzony
 egzemplarzem książki z dedykacją autora.
2. Zabawa zaczyna się dzisiaj, 26 maja, a potrwa do 2 czerwca, do godziny 24:00.
3. Organizatorem konkursu jestem ja, fundatorem nagrody zaś autor i grupa M-D-M.
4. Podpisz się imieniem w komentarzu, chyba, że posiadasz konto i nie jesteś anonimową osobą.
5. Wyniki pojawią się do trzech dni roboczych od daty zakończenia konkursu na moim blogu.
Zwycięzca ma trzy dni na podanie mi adresu do wysyłki książki. Mój e-mail to: asymaka@o2.pl 
 
 
 
Niebawem relacja z targów. Było rewelacyjnie.
 
 
 
 

czwartek, 22 maja 2014

Jacek Wąsowicz "100 kijów w mrowisko"

Jacek Wąsowicz w grudniu ubiegłego roku wydał swoją debiutancką książkę. Od jej premiery minęło już kilka miesięcy, ale nie straciła ona nic na aktualności. Zbiór felietonów, które pojawiły się w tym niepozornym tomiku bawi, ale też uzmysławia nam czasem w sposób mało delikatny i subtelny absurdy i zwyczaje, z jakimi mamy do czynienia w naszym codziennym życiu. Z jakimi się godzimy, jakich nie dostrzegamy być może?
Autor wyemigrował do Anglii 12 lat temu. Od blisko trzech lat publikuje na łamach tygodnika polonijnego "POLISH EXPRESS" swoje felietony, opowiadania, w krótkiej formie zamykając najistotniejsze prawdy o nas samych. Dotyka sedna sprawy, trafnie i wnikliwie, często ironicznie wkładając przysłowiowy kij w mrowisko. Sto razy! Czy uchodzi mu to ma sucho? Wydaje mi się, że tak, ponieważ ma rację, gorzka to być może lekcja, ale jakże cenna i mimo wszystko potrzebna.

Początkowo swoje tytułowe "kije" felietonista chciał wtykać w brytyjskie mrowisko, nasze własne, rodzime, omijając szerokim łukiem. Irytowało go wiele dziwactw, jakich dopuszczają się Brytyjczycy. Polskie tradycje, kulturę, religijność omijać miał szerokim łukiem, wydawało mu się, że w porównaniu z nami Anglicy wypadają blado, że to my jesteśmy " ci lepsi"*, jak to ujął we wstępie do swojej publikacji. My nie mamy dwóch kranów, kiełbasek bez smaku, nasze zasady wymowy są proste, że już nie wspominając o jeżdżeniu pod prąd! Jak tak można! Do tej chwili czytelnik się śmieje, bo autor nie z nim,  nie z jego nawykami się rozlicza. Zaczyna nawet tego dziennikarza darzyć sympatią. Do pewnego momentu na pewno, a mianowicie dopóki Wąsowicz nie zmusza go do "niecodziennych przemyśleń" na temat własnych przywar.*

Czytając krótkie formy, jakie znalazły się w tej publikacji, możemy nauczyć się wiele o nas samych. Przede wszystkim dowiemy się, czy mamy dystans do własnych zachowań, przyzwyczajeń, czy potrafimy się śmiać z samych siebie? W wielu sytuacjach postępujemy zapewne i myślimy podobnie, jak opisani w felietonach ludzie, jesteśmy tacy, jak oni. Dlatego powinniśmy przeczytać ten zbiór ironicznych uwag Wąsowicza, bo warto przemyśleć pewne sprawy, zastanowić się nad tym i owym. Ta książka być może zmieni nasze nastawienie, poglądy.
Moim zdaniem warto po nią sięgnąć, jest napisana ciekawie, czyta się ją niebywale szybko. Autor ma ogromne poczucie humoru. Czasem spotkamy się z ciętą ripostą, zuchwałością nawet, odwagą, tak, odwagą, ponieważ, aby tak otwarcie mówić o naszych dziwactwach trzeba mieć odwagę. I być naprawdę znakomitym obserwatorem rzeczywistości, świata, w którym się wychowało, przebywało, w którym się tkwi.
Znajdziemy tu między innymi felieton, który niebawem w całości zamieszczę na blogu, przy okazji konkursu z okazji Dnia Matki. Już tym pierwszym tekstem ujął mnie Wąsowicz, po nim tym chętniej i z jeszcze większym zaciekawieniem zagłębiłam się w lekturze "Kijów". Po prostu po mistrzowsku opowiedział w nim o naszych ludzkich słabościach, ułomnościach, rozbawił mnie i zmusił do refleksji. Przepadłam, wiedziałam, że dalej może być tylko tak samo dobrze, jak nie lepiej.
I tak rozprawia się z dziećmi Matek-Polek we wspomnianym przed momentem felietonie, w kolejnym potwierdza fakt, że lepiej być martwym Polakiem i pisarzem, ponieważ wtedy stajemy się jeszcze bardziej popularni, poczytni. Świetny jest trzeci tekst o narzekaniu na zdrowie, zawsze i wszędzie, w każdej sytuacji dobrze jest przecież ponarzekać, prawda? Felieton dotyczący I Komunii Świętej rozłożył mnie na łopatki, jest aktualny, ponadczasowy można by nawet rzec.
Całości dopełniają świetne rysunki Remka Dąbrowskiego, tworzone przy współpracy z Wąsowiczem.



"100 kijów w mrowisko" polecam zdecydowanie. Naprawdę warto zaznajomić się z tą publikacją. Zastanawiam się tylko, ile jeszcze tych kijów ma w zanadrzu autor? Czy kiedykolwiek skończą mu się pomysły? Gdyby tak było, znaczyłoby to, że zmądrzeliśmy, popracowaliśmy nad sobą na tyle, że już nic nie można nam zarzucić. Że jesteśmy doskonali. Tylko, czy to możliwe?

*fragmenty pochodzą z książki "100 kijów w mrowisko"