Aneta Rzepka wywiad z pisarzem
Aneta Rzepka jest absolwentką filologii polskiej, Jej debiut powieściowy przypadł na rok 2010 kiedy to na rynku wydawniczym pojawiła się „Tohańska branka”. Mieszka w stolicy, ale marzy o drewnianej chatce w górach. Czyta od dziecka. Pisanie jest dla niej najpiękniejszą przygodą i sposobem na oderwanie się od rzeczywistości.
Anna Grzyb: Szukając dokładniejszych informacji o Tobie natrafiłam na takie zdanie: „czytelnik nadaje wartość dziełu”. Czy odbiorca Twoich powieści jest dla Ciebie ważny? Czy śledzisz recenzje swoich książek w Internecie, słuchasz rad innych w sprawie Twoich historii, masz pierwszych czytelników, z których zdaniem się liczysz?
Aneta Rzepka: Czytelnik jest bardzo ważny dla powieści, bo dzięki niemu nabiera ona innego wymiaru. Fabuła oglądana przez pryzmat doświadczeń odbiorcy jest zawsze nieco inna od tej stworzonej przeze mnie, bogatsza o doświadczenia innej osoby. Czytając recenzje często się dziwię, że ktoś coś takiego wypatrzył w moim tekście, przecież ja tam tego nie napisałam. Dopiero po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że pewne sprawy można było tak zrozumieć. Bardzo ważny jest ten filtr osobisty, on powoduje, że jeden tekst można na wiele sposobów interpretować.
Tak, śledzę recenzje, bo one mówią mi nie tylko o tym, jak jest odbierana powieść, ale też, co należałoby ewentualnie dopracować, zmienić, doprecyzować. Mam też piszących znajomych, którzy wielokrotnie mi pomogli pokazując nieścisłości w fabule, kierunkując postaci i dając bardzo cenne wskazówki stylistyczne.
AG: Jak powstają Twoi bohaterowie? Czy z góry wiesz, jaki charakter będzie miała ta czy inna osoba, którą opisujesz w swojej powieści?
AR: Na początku wiem tylko jak mniej więcej będzie wyglądał bohater i jakie cechy są mi potrzebne do stworzenia fabuły. Później dodaję mu pasję, sposób mówienia, różne manieryzmy. Ożywa w trakcie akcji, dostając konkretny strój, zawód, gadżet, jak na przykład okulary, pędzel, rower, staje się namacalny. Czasem ci, którzy mieli być negatywni się zmieniają, bo ktoś, kto lubi zwierzęta, słucha jakiejś muzyki albo podziwia zachód słońca nie może być skończonym draniem albo pustą lalką. Może natomiast mieć ich cechy.
AG: Czy któryś z Twoich bohaterów nie próbował wymykać się spod Twojej kontroli? Którego darzysz szczególnym sentymentem?
AR: Mam wrażenie, że bohaterowie tacy, jakich oglądają czytelnicy nigdy nie są do końca tacy, jakich ich sobie wymyśliłam w fazie przed zaczęciem pisania. Oni po prostu zawsze się zmieniają, bo muszą żyć tak, jak normalni ludzie. Inaczej nie byliby wiarygodni. Łatwiej tworzy mi się bohaterów negatywnych. Dla nich wystarczy kilka wyrazistych cech osobowości, nie trzeba ocieplać ich wizerunku ani poświęcać im dużo uwagi, bo mają do wykonania konkretną rolę: być tymi złymi. Inaczej jest z postaciami, z którymi chciałabym, żeby czytelnik się utożsamił, zrozumiał. Muszą mieć wady i zalety, złożone osobowości, ciekawe charaktery. Tu chyba najlepszym przykładam będzie Ola najpierw ta z „Kieszeni przeszłości”, później z „Czego o Tobie nie wiem”. To miała być taka pusta dziewuszka zepsuta pieniędzmi rodziców, bez wyższych uczuć, egoistyczna, nawet głupiutka blondynka. Ktoś taki jednak nie byłby zdolny do prawdziwej przyjaźni i poświęcenia. Dlatego Ola się zmieniła. Zmieniała się przez całe dwie powieści.
AG: Nie ukrywam, że Twoja najnowsza powieść „Czego o Tobie nie wiem” jest według mnie najlepszą, jaką napisałaś. Wyraziste, nietuzinkowe postaci, świetne dialogi, problemy „z życia wzięte”, doskonały, nienaganny styl wszystko to urzekło mnie i spowodowało, że nie mogłam oderwać się od lektury! Skąd czerpałaś pomysły, jak długo trwały prace nad książką?
AR: Pomysły leżą na ulicy, wystarczy je pozbierać, posłuchać opowieści ludzi, rozumieć, co tak naprawdę może boleć współczesnego człowieka i nieco ubarwić literacką fikcją. Bo, nie ukrywajmy, samo życie jednak nie czytałoby się dobrze, wyszedłby reportaż albo opowieść sąsiadki zasłyszana w kolejce. Literatura to coś więcej. Lubię sięgać po to „więcej”, ono nadaje smaczku codzienności. Pisanie akurat tej powieści nie trwało długo, bo wszystko wcześniej miałam poukładane w głowie. Długo natomiast tekst czekał na wydanie. Dwa lata leżał w szufladzie.
AG: Czy wierzysz w moc kobiecej przyjaźni, o której tak autentycznie napisałaś w „Czego o Tobie nie wiem”?
AR: Wierzę w przyjaźń. Sama mam taką przyjaciółkę, z którą mogę wszystko. Zdarza się, że nie rozmawiamy ze sobą bardzo długo, a kiedy się spotkamy, to jest tak, jakby nie było tego czasu. Jest to rodzaj szczególnego porozumienia, więź silniejsza od tych rodzinnych. Bo przyjaciół wybieramy sobie sami, a rodziny nie.
AG: Uważasz, że kobiety są na tyle silne, by pokonać wszelkie przeciwności losu i zawalczyć o własne szczęście? Jeżeli tak, to jak myślisz, z czego wynika ich siła?
AR: A kto ma walczyć o szczęście kobiet, jeśli nie one same? Każdy człowiek sam wie najlepiej, co jest mu potrzebne do szczęścia, co chce osiągnąć. Czasem potrzebuje pomocy w doborze środków, ale walczyć musi sam, ewentualnie przy wsparciu najbliższych. Siłę dają efekty. Dlatego trzeba sobie wyznaczać realne cele i do nich dążyć. Cieszyć się z małych sukcesów, a po niepowodzeniach wstawać, otrzepywać kolana i iść dalej.
AG: Czy Twoim zdaniem to, jakie nosimy w sobie doświadczenia odciskają piętno na naszej przyszłości? Czy ją determinują?
AR: Na pewno. Przeszłość wypracowuje w nas cechy charakteru, czerpiemy z jej doświadczeń i osiągnięć. Ktoś, kto nigdy nie uprawiał sportu nie może nagle stać się wybitnym siatkarzem. Myślę, że pewnych doświadczeń nie można wymazać, ale można nad sobą pracować i negatywne emocje zastępować nowymi, dobrymi. Z doświadczeń pozytywnych należy natomiast czerpać.
AG: Jak wygląda Twój zwykły dzień? O jakiej porze najchętniej zasiadasz do pisania? Czy pracujesz przy biurku, w domowym zaciszu, czy wybierasz inne, bardziej wyszukane miejsce?
AR: Rano jest szykowanie dziecka do szkoły, później praca, przeważnie z przerwą na pójście do domu, wtedy mam czas, żeby coś ugotować, pomóc w odrabianiu lekcji, jakieś zajęcia dodatkowe, basen, kółko plastyczne, te sprawy... Piszę, kiedy mam czas. Najczęściej wieczorem, kiedy już nikt nic ode mnie nie chce. Pracuję zwykle przy biurku, tak jest mi najwygodniej.
AG: Jakich rad mogłabyś udzielić osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z pisaniem?
AR: Żeby się nie zniechęcały po pierwszych niepowodzeniach. Pisania trzeba się nauczyć, tak samo jak mówienia, chodzenia, czytania, liczenia... I nie chodzi tu wcale o umiejętność składania liter w słowa, a słów w zdania, ale głównie umiejętność stworzenia ciekawej fabuły i opowiedzenia jej tak, żeby ktoś chciał przeczytać. Przeczytać nie z obowiązku, życzliwości czy na prośbę, ale dla własnej przyjemności.
AG: Czy trudniej jest wydać pierwszą czy kolejną powieść, gdy oczekiwania czytelników są już większe?
AR: Nie wiem, jak jest z oczekiwaniami czytelników. O tym mogę napisać tylko z własnego doświadczenia, że od autorów, których coś przeczytałam i mi się spodobało oczekuję utrzymania przynajmniej takiego samego poziomu. Na wielu się zawiodłam.
Moim zdaniem nie wystarczy wypracować sobie nazwiska, a później na nim żerować, produkując kiepskie książki, sztuką jest pisać tak, żeby każda kolejna powieść była lepsza od poprzedniej. Sama też staram się rozwijać warsztat, wprowadzać nowe techniki narracji, inaczej budować fabułę, efekty jednak mogą ocenić tylko czytelnicy. Czasem za duża innowacja albo zbyt odważne eksperymenty nie są dobrze przyjmowane.
Samo wydanie książki... Nie wiem, czy trudniej wydać pierwszą czy kolejne. Nikt nie zamawia moich książek, nie obiecuje wydania na podstawie konspektu, nie walczy o podpisanie lojalki. Na pewno zdobywa się pewne doświadczenie we współpracy z redaktorami, wie czego się spodziewać po wydawcy, w czym jest dobry. Jeden robi świetną okładkę, drugi przykłada się do opracowania tekstu, inny fantastycznie promuje...
AG: Czy czytasz powieści „koleżanek po piórze”? Mogłabyś jakąś polecić czytelnikom mojego bloga?
AR: Czytam. Moim zdaniem nie można pisać, jeśli samemu się nie jest czytelnikiem. Literatura się zmienia, trzeba ją podpatrywać, żeby samemu nie tkwić w jednym punkcie, a wciąż się rozwijać. Jeśli miałabym polecać autora, to kryminały Małgorzaty Rogali, powieści Joanny Sykat, różnorodna jest też twórczość Kasi Bulicz-Kasprzak, ostatnio odkryłam Katarzynę Kołczewską.
AG: Czy Twoim zdaniem istnieje przyjaźń między pisarkami?
AR: Istnieje. Pisarki to też ludzie zdolni do przyjaźni. Nie zawieram przyjaźni łatwo, ale mam kilka znajomych pisarek, z którymi łączą mnie ciepłe relacje. Wiem, że często zdarzają się niemiłe sytuacje, ale sama nie doświadczyłam zawiści, złośliwości czy innych przykrości ze strony innych pisarek. Zakładam, że może im się moja twórczość nie podobać, bo nie wszystko podoba się każdemu, mnie też nie każda książka przypada do gustu. Krytykę można jednak wyrazić w sposób cywilizowany i konstruktywny.
AG: Kiedy pojawi się kolejna powieść Twojego autorstwa? Czy możesz zdradzić nam, nad czym obecnie pracujesz?
AR: Nie wiem, kiedy się pojawi. W grudniu pewnie będę wiedziała, czy weźmie ją mój obecny wydawca. Jest to fabularna kontynuacja „Czego o Tobie nie wiem”, ale również tworzy zamkniętą całość. I problematyka jest nieco inna, bardziej romans, ale też bolesna tajemnica z przeszłości, która odcisnęła piętno na wielu osobach. Główną bohaterką jest Marika, siostra Marcina. A obecnie układam sobie w głowie powieść z motywem detektywistycznym. Nie wiem, jak mi wyjdzie.
AG: Jakie publikacje dla dzieci uważasz za najbardziej wartościowe, bo zapewne niejedną książkę przeczytałaś swojej córeczce?
AR: Takie, które kształtują wyobraźnię, odwołują się do wartości, są pozytywne w odbiorze i pokazują, że dziecko może naprawdę wiele, jeśli chce. Obecnie jesteśmy na etapie „Opowieści z Narnii”, ale miło wspominamy Astrid Lindgren i wcale nie "Dzieci z Bullerbyn”, ale „Ronię, córkę zbójnika”.
AG: Dziękuję za rozmowę.
AR: Również dziękuję za miłą rozmowę i pozdrawiam serdecznie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wywiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wywiady. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 31 lipca 2016
poniedziałek, 18 lipca 2016
Anna Kleiber wywiad i konkurs
Anna Kleiber wywiad
Anna Kleiber jest autorką trzech książek: „Kobiety z
pazurem”, „Głupiej baby” i „Sabatu czterdziestek”. Każda z tych publikacji
potrafi rozbawić czytelnika do łez, utrzymana jest w lekkim, zabawnym tonie, w każdej też pojawia się mniej
lub bardziej rozwinięty wątek kryminalny.
Pisarka pochodzi z Dolnego Śląska, obecnie mieszka w Luboniu.
Jest doktorem nauk rolniczych w zakresie ogrodnictwa, pracuje w Bibliotece
Raczyńskich. Uwielbia czytać, szczególnym sentymentem darzy powieści Stephena
Kinga i Joanny Chmielewskiej.
Jak powstają tytuły Pani książek? Czy z góry wie Pani, jakim
tytułem opatrzona będzie dana historia?
Nie ma w tym żadnej reguły. Czasem tytuł chodzi mi po głowie
na długo przed rozpoczęciem pisania, a innym razem wymyślam go po zakończeniu
snucia opowieści.
Którego ze swoich bohaterów ceni Pani szczególnie? A którego
pokochały Pani czytelniczki?
Cóż, z żadnym moim bohaterem nie jestem szczególnie związana,
a którego pokochały moje czytelniczki? To sama chciałabym wiedzieć J.
Czy miasteczka, w których rozgrywa się akcja Pani powieści
istnieją naprawdę, czy są jedynie wytworem Pani wyobraźni?
W tej kwestii, tak jak w nadawaniu książkom tytułów, również
nie ma reguły. Prawdziwymi miejscowościami są na przykład Lwówek Śląski oraz
Zadole, a wymyślone Stare Strzelby.
Którą powieść pisało się Pani najłatwiej, a która sprawiła
Pani najwięcej problemów?
Najłatwiej pisało mi się Głupią babę, ale z wydaniem tej
właśnie książki miałam najwięcej problemów. Wydana została dopiero po tym, gdy
tekst uładziłam zgodnie z wytycznymi otrzymanej z wydawnictwa recenzji, ale
wydana została i tak przez zupełnie innego wydawcę.
Kiedy możemy spodziewać się kolejnych historii? Czy nowe
książki będą utrzymane w podobnym stylu?
Myślę, że kolejna historia ukaże się już (a może dopiero?) w
przyszłym roku. Tytuł ma nadany, jest to wersja robocza i zastanawiam się
nad jego zmianą, ale mam z tym problem. A czy kolejne książki utrzymane będą w
podobnym stylu? Oczywiście, że tak. Rozmyślam jednak na położeniu większego
nacisku na wątek kryminalny. Z pisaniem o uczuciach mam wielki problem. Zresztą
wszelakich romansów również nie czytuję.
Wiemy, że uwielbia Pani powieści Kinga i Chmielewskiej. Za co
szczególnie? Które ich książki darzy Pani największym sentymentem?
Och, ta Chmielewska już mnie prześladuje ;) Kiedyś w jakimś
wywiadzie na pytanie o ulubionych autorów książek powiedziałam, że czytuję
Kinga oraz Chmielewską. Drugie nazwisko podałam automatycznie, ponieważ akurat
czytałam jakąś książkę tej autorki. Teraz widzę, że mogłam bardziej ważyć
słowa, bo często jestem o to pytana. W każdym razie Chmielewskiej najbardziej lubię
„Romans wszech czasów” , a Kinga chyba „Czarny Dom”, „To” oraz „Sklepik z
marzeniami”. Wprawdzie zostałam zapytana o książki Kinga oraz Chmielewskiej,
ale pozwolę sobie zboczyć z tematu i zdradzić tytuł mojej najukochańszej
książki J
Otóż są to „Chłopi” Reymonta. Po raz pierwszy przeczytałam ją w podstawówce i
od tamtej pory co jakiś czas do niej wracam. Ostatnio czytałam ją dobrych kilka
lat temu i czuje, że nadszedł czas, aby po raz kolejny po nią sięgnąć.
Wspaniała pozycja!
Czy czyta Pani powieści „koleżanek po piórze”? Mogłaby Pani
jakąś nam polecić?
Jakiś czas temu odkryłam, że podobają mi się reportaże i wielka
była moja radość, gdy dowiedziałam się, że moja koleżanka z ogólniaka, Iza
Klementowska, takowe pisuje! Gorąco polecam jej „Minuty. Reportaże o starości”
oraz „Samotność Portugalczyka”.
„Sabat czterdziestek” to nie tylko łatwa, lekka i przyjemna
lektura. Co prawda w sposób dowcipny, ale jednak przemyciła Pani na karty
powieści problematykę przemijania, starzenia się, radzenia sobie z upływającym
czasem. Czy Pani zdaniem kobiety akceptują taki stan rzeczy? Godzą się z tym,
że nie są już piękne i młode? A może nie warto zbyt intensywnie o tym myśleć,
tylko cieszyć się życiem i z każdego dnia czerpać garściami? Jakie jest Pani
zdanie w tej sprawie?
Myślę, że z kwestią przemijania mało kto sobie radzi. Uważam
jednak, że należy starać się skupiać na tym, co dzieje się tu i teraz, a na
pewno nie należy się dodatkowo dołować myślami o tym, że z każdym dniem stajemy
się starsi. Trzeba żyć godnie oraz tak, aby nikomu (sobie również) nie zrobić
krzywdy, ale wcale nie mam na myśli umartwiania się. O przyjemnościach również
należy pamiętać J
Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję bardzo.
KONKURS
Zapraszam do zabawy. Do wygrania będzie egzemplarz powieści "Sabat czterdziestek".
Aby wziąć udział w konkursie wystarczy pod tym postem podać ciekawą i zabawną odpowiedź na pytanie:
"Z czym kojarzy Ci się tytuł tej książki?" i podać swój adres e-mail, bym mogła skontaktować się ze zwycięzcą.
Na odpowiedzi czekam do 25 lipca, do godziny 23:00.
Nagrodę ufundowało wydawnictwo BIS i autorka książki.
Powodzenia!
niedziela, 14 lutego 2016
Wywiad z Jolantą Knitter-Zakrzewską
Jolanta Knitter-Zakrzewska wywiad
Joanna Knitter-Zakrzewska jest
autorką powieści obyczajowych-„Asmodeusz. Portrety” i „Niebieskie cienie na
śniegu” i thrillera „Diabeł tasmański”. Pasjonuje się teatrem, literaturą,
historią i filmem. Ukończyła administrację
na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie i Podyplomowe Studia
Pedagogiczne na Uniwersytecie Gdańskim. Wielokrotnie zmieniała miejsce
zamieszkania, by wreszcie osiąść w Wejherowie. To tutaj mieszka i pracuje. Jest
matką czterech synów, których wychowuje wspólnie z mężem w otoczeniu
malowniczej kaszubskiej ziemi.
Anna Grzyb: Kiedy
pomyślała Pani po raz pierwszy, że jest w stanie stworzyć powieść?
Jolanta Knitter-Zakrzewska: Kiedy
tylko moje pierwsze koślawe litery zaczęły układać się w zdania, rozpoczęło się
moje pisanie. Miałam zawsze pełno zeszytów w kratę zapisanych łącznie z
okładkami przeróżnymi wierszami, opowiadaniami, szkicami do powieści. Pierwszą
powieść napisałam w wieku lat dziewiętnastu. Niestety nie udało mi się jej
wydać. Dopiero po wielu latach wróciłam do niej – usunęłam z niej nudne
fragmenty, dłużyzny, pocięłam, skróciłam i tym razem – wydałam w zbiorze
„Niebieskie cienie na śniegu”.
AG: Czy
ma Pani tak zwanego pierwszego recenzenta? Kto mówi Pani, nad czym warto
popracować, co zmienić, a co jest w Pani historiach najlepsze? Niektóre z
pisarek proszą o opinię mężów, inne przyjaciółki. Czy i Pani potrzebuje oceny
kogoś znajomego?
JK-Z: Tak,
oczywiście dyskutuję o historiach, które opisuję z moimi najbliższymi.
Cenię sobie również rady redaktora, który jako profesjonalista ma celne
sugestie.
AG: Skąd
czerpie Pani pomysły? Czy łatwiej pisze się opowiadania, czy powieść? Moim
zdaniem bohaterowie „Kobiety na końcu peronu” idealnie nadają się do dłuższej
opowieści…
JK-Z: Pomysły
czerpię z samego życia. Większość historii opisanych w „Kobiecie na końcu
peronu” jest w znacznej mierze oparta na faktach. Bohaterowie są bardzo ważni,
ale najistotniejsza jest dla mnie „podszewka”, puenta, głębszy sens i chyba
dlatego tak bardzo lubię formę opowiadań, również jako czytelnik, ponieważ w
krótkiej formie pomijamy całe fragmenty długich opisów podając treść w sposób
esencjonalny. Krótka forma daje również możliwość zawarcia w jednej książce
wielu różnych historii. To jak podróż pociągiem – mijamy wiele stacji i to
czytelnik sam wybiera, która najbardziej mu dopowiada, na której wysiądzie,
pozostanie dłużej, albo zabierze ją sobie w pamięci w dalszą podróż. Nie
wykluczam jednak, że w przyszłości pozwolę swoim bohaterom zaistnieć w dłuższej
powieści.
AG: Wydała
już Pani kilka książek, jakie są Pani doświadczenia we współpracy z
wydawnictwami? Czy Pani zdaniem łatwo jest wydać powieść? Czy debiutant ma
jakiekolwiek szanse na rynku wydawniczym?
JK-Z: Debiutant
na rynku wydawniczym jest jak mała płotka w akwarium pełnym dużo większych od
niego ryb. Żaden wydawca nie może nikomu zagwarantować, że jego książka zacznie
sprzedawać się jak poranne, świeżo upieczone bułki w piekarni. Przy
podpisywaniu umowy wydawniczej warto wybrać współpracę z tym wydawcą, który
potrafi zapewnić autorowi dobrych patronów medialnych. Mimo wszelkich trudności
nawet debiutant ma szansę zyskać grono swoich wiernych czytelników.
AG: Jakich
rad mogłaby Pani udzielić początkującym autorom?
JK-Z: Nigdy
nie można się poddawać. Nawet jeśli nikt nie chciał nas wydać, nie wolno
przestać pisać i spróbować jeszcze raz. Nie można porzucać własnej pasji, bo to
tak jakby się porzuciło część swojego życia. Człowiek, który pisze musi
pozostać wierny sobie. Nie powinien ulegać modzie, nawet jeśli jego poglądy i
sposób pisania są inne niż te obecnie „uznane” za „właściwe”. Szczerość
przekazu i głębszy sens – to najistotniejsze sprawy.
AG: Jakiego
typu literaturę Pani preferuje?
JK-Z: Zawsze
rozczytywałam się w literaturze obyczajowej. Moim ulubionym pisarzem jest Isaac
Bashewis Singer. Ze współczesnych pisarzy chętnie sięgam po Schmitta. Cenię
sobie jego powieść: ”Kiedy byłem dziełem sztuki”, a króciutką: „Tajemnicę pani Ming” uważam za jedną z
najpiękniejszych książek. Doskonałe są opowiadania Schlinka, który najbardziej
znany jest z powieści „Lektor”. Chętnie sięgam również po książki historyczne i
biografie. Jeśli chodzi o wątki kryminalne, to sięgam po nie pod warunkiem, że
oprócz nich historia ma rozbudowany wątek psychologiczno-obyczajowy. Tak jest u
MacDonalda w powieściach „Niebieskie pożegnanie” i „Koszmar na różowo”.
AG: Czy
Pani bohaterowie wzorowani są na rzeczywistych osobach, czy przygląda się Pani
ludziom, by później wykorzystać ich zachowania, sposób myślenia w swoich
opowieściach? Czy historie te są od początku do końca wyssane z palca?
JK-Z: Prawie
wszystkie historie w „Kobiecie na końcu peronu” są oparte na faktach, niektóre
zmieniłam naprawdę w niewielkim stopniu. Bohaterów również wzoruję na
rzeczywistych osobach. Mam taki system pracy, że notuję nawet wypowiedzi
konkretnych ludzi i wykorzystuję to później w opowieściach.
AG: Jakie
są Pani plany na przyszłość? Kiedy ukaże się kolejna książka Pani autorstwa? O
czym ona będzie?
JK-Z: Pracuję teraz nad powieścią o dojrzałym mężczyźnie, który po traumatycznym przeżyciu
odszedł przed laty z policji i żeby zapomnieć o przeszłości rzuca się w wir
pracy, próbując rozwikłać zagadkę śmierci pewnej kobiety. Więcej nie mogę
zdradzić. Kiedy książka się ukaże, to zależy w dużej mierze od mojego
najmłodszego synka, czy pozwoli mi wieczorami postukać w klawiaturę. Krzyś właśnie
skończył dwa latka i jest w tej chwili najbardziej pochłaniającą mnie
opowieścią.
AG: Dziękuję
za rozmowę.
JK-Z: Dziękuję:-)
wtorek, 24 listopada 2015
Krystian Głuszko. Wywiad.
Krystian Głuszko wywiad
Krystian Głuszko jest autorem trzech książek: dwóch
napisanych z myślą o czytelniku dorosłym: „Spectrum” i „Szukaj mnie wśród
szaleńców” i jednej skierowanej do dzieci: „Podaj łapkę, misiu”. Prywatnie
szczęśliwy mąż i ojciec Małgosi. Pracuje jako barman. Na co dzień zmaga się z
Zespołem Aspergera, prowadzi bloga „Zaburzony świat Krystiana”, stara się żyć
normalnie i dzielić swoimi doświadczeniami. Daje dobry przykład, przełamuje
stereotypy, wychodzi do ludzi, by uświadomić im, że choroba nie musi nikogo
ograniczać.
Anna Grzyb: Czy pisanie zmieniło coś w Twoim życiu?
Krystian Głuszko: Oczywiście. Dzięki temu, że zacząłem wydawać książki
poznałem wielu wspaniałych ludzi zarówno osobiście, jak i w sieci. Dzięki
pisaniu mogę spełniać moją małą, wielką misję, którą wyznaczyłem sobie po to,
by moje choroby, które nazywam po prostu urodą do czegoś się przydały i bym
mógł kiedyś powiedzieć „warto było urodzić się autystycznym, to pomogło innym”, a jestem przekonany, że nie bez powodu urodziłem się z taką „urodą”.
AG: Jak długo w Twoim przypadku trwają prace nad książką i skąd
wziął się pomysł, byś zaczął pisać?
KG: Mam ogromne szczęście, że książki piszę strumieniem
świadomości. Praca nad książką trwa tyle samo, co miałbym ją czytać. Piszę
bardzo szybko, ponieważ jestem ciekaw, co wydarzy się na następnej stronie, a
tego nigdy nie wiem i nie planuję. W mojej głowie są już napisane książki, w
pewnym momencie siadam do komputera i stukając w klawiaturę daję im istnienie w
rzeczywistości, a nie tylko w zakamarkach mojego umysłu.
Pomysł, by zacząć pisać? Nic takiego nie było. Po prostu
pewnego dnia pojawiła się silna potrzeba pisania, wyrzucenia z siebie kilku
zdań, by poczuć ulgę.
AG: Czy łatwiej pisze się dla czytelnika dojrzałego, czy dla
dzieci?
KG: Dla dzieci pisze się tak samo jak dla dorosłych, tylko
uważniej i dokładniej. Dzieci są bardziej wymagającymi czytelnikami od
dorosłych. Nie można im pozwolić się nudzić przy czytaniu, bo tracą inaczej
uwagę i przypominają sobie, że jest jeszcze telewizor czy klocki, a historia w
książce umiera na pewnym etapie.
AG: Jak przyjęta została Twoja książeczka skierowana do
młodszego czytelnika? Czy znalazła już odbiorców? Cieszy się zainteresowaniem?
KG: Książeczka została przyjęta bardzo ciepło. Dostaję wiele wiadomości
od rodziców, którzy czytają ją swoim dzieciom i za każdym razem bardzo mi za
nią dziękują. Moja misja spełnia się idealnie.
KG: Tak, na targach w Krakowie byłem po raz drugi. Niesamowitą sprawą
jest spotkanie się z czytelnikiem w cztery oczy. To bardzo cenne i niezwykłe
uczucie, zwłaszcza, jeśli tak jak ja, obnażało się przed nim nie tylko wyobraźnię,
ale i całą duszę.
AG: Co chciałbyś powiedzieć osobom dotkniętym Zespołem
Aspergera, masz dla nich jakąś cenną radę, wskazówkę?
KG: Nie patrzcie na definicję urody autystycznej. Niemal
wszystkie sztywne regułki da się pokonać, a jak nie, to pokochać. Spójrzcie na
mnie. Mam Zespół Aspergera i jestem barmanem – przecież brzmi to absurdalnie i
niemożliwie, a jednak…
AG: Twój mały bohater, miś Kostek, jest zagubionym stworzonkiem,
które mimo wszystko znajduje przyjaciela. Czy trudno jest zaprzyjaźnić się z
dzieckiem innym, odmiennym, jak myślisz?
KG: Przyjaźń to coś niesamowitego, trwałego, ale wymagającego
ciągłej pielęgnacji. Łatwo jest się zaciekawić dzieckiem innym od reszty, ale
trudniej z nim zaprzyjaźnić. To, co inne jest z reguły ciekawe, czasami jednak
warto trwać przy tym nawet wtedy, jak już się tą ciekawość zaspokoi.
AG: Jak Twoim zdaniem postrzegane są przez ogół społeczeństwa
osoby dotknięte tą chorobą? Czy ludzie boją się odmienności, bo jej nie
rozumieją?
KG: Nie chorobą. Moim zdaniem Zespół Aspergera jest typem urody,
nie zaburzeniem, dysfunkcją czy chorobą. Osoby z urodą autystyczną są
niesamowicie ciekawymi ludźmi, którzy poprzez płaszcz milczenia, który na
siebie zarzucają wydają się nudziarzami. Uwierz mi, świat autystyczny potrafi
być piękny, pomimo tego, że często jest bolesny.
Ludzie przestają bać się odmienności. Zaczyna ich ona
ciekawić i dzięki temu coraz częściej udaje się im ją zrozumieć.
AG: Jakiego typu literaturę preferujesz? I co czytasz swojej
córeczce?
KG: Najlepsze książki, jakie przeczytałem trafiły w moje ręce
przez przypadek i są one z przeróżnych gatunków. Nie mam swojego ulubionego
typu. Książka musi do mnie trafić w odpowiednim momencie mojego życia, bym mógł
ją pochłonąć. Moja córeczka sama wybiera sobie książeczki, pomimo tego, że ma
zaledwie półtora roczku. Jeśli coś jej się nie spodoba idzie po inną i tak
metodą prób i błędów tworzymy jej biblioteczkę na półkach z książkami, które
należą do niej.
AG: Czy planujesz wydać coś nowego dla dorosłych? Możesz
zdradzić nam, o czym będzie Twoja kolejna książka?
KG: Najprawdopodobniej wiosną ukaże się moja kolejna powieść dla
dorosłych. Jest to coś w rodzaju thrillera psychologicznego, tym razem prawie
zmyślonego. Mówię „prawie”, ponieważ życie realne jest zbyt ciekawe i cenne, by
się nim nie inspirować i nie wplatać go pomiędzy kartki książek.
AG: Trzymam kciuki za kolejne Twoje publikacje i gratuluję
sukcesów.
Recenzja "Podaj łapkę, misiu": http://asymaka.blogspot.com/2015/10/krystian-guszko-podaj-apke-misiu.html
poniedziałek, 21 września 2015
"Nagminnie kłamałam..." Wywiad z Agnieszką Lingas-Łoniewską.
„Nagminnie
kłamałam.
Od tego zaczęła się moja
przygoda z pisaniem…”
Agnieszka Lingas-Łoniewska
wywiad
Spotkanie autorskie z Agnieszką Lingas-Łoniewską odbyło
się 7 września o godzinie 18:30 w małej,
przytulnej tuczyńskiej bibliotece. Pisarka
bestsellerowych, szalenie popularnych powieści,
które
wyróżniają się na tle innych ogromną
dawką emocji,
opowiadała o początkach
literackiej kariery ciekawie i z prawdziwą
pasją.
Uchyliła również rąbka tajemnicy na temat najnowszej
swojej książki zatytułowanej
„Skazani
na ból”, która
ukaże się pod
koniec października. Dwuczłonowe
nazwisko autorki kilkunastu już
wydanych powieści
znane jest czytelniczkom z całej Polski, które
z wielką niecierpliwością oczekują
na kolejne stworzone przez nią historie.
Anna Grzyb:
Jak to było
z tym pisaniem?
Agnieszka Lingas-Łoniewska:
Pisać chciałam
od zawsze, choć wiem, że
to takie banalne, bo wszyscy pisarze tak mówią.
Byłam
dzieckiem o wybujałej wyobraźni
i nagminnie kłamałam.
W szkole podstawowej opowiadałam koleżankom
o miłości dziadka i babci, którzy
poznali się pod Monte Cassino. Mama, gdy się o tym dowiedziała, wręczyła
mi zeszyt i zaproponowała, bym zamiast wymyślać i opowiadać
w szkole te zmyślone
historie, zapisywała je. I tak się to wszystko zaczęło. Moja mama ma zresztą do dziś
te zeszyty, trzyma je dla potomnych,
dla moich dzieci, dla wnuków.
AG:
Kiedy nauczyłaś się
czytać,
bo jak wiemy, prowadzisz też
blog z recenzjami i czytanie jest Twoją kolejną
wielką pasją?
AL.-Ł:
Nauczyłam
się czytać
jako czterolatka. W domu rodzinnym
zawsze było bardzo dużo
książek. Już jako
dziewięcioletnie dziecko wykazywałam
zamiłowanie do kryminałów, znałam wszystkie powieści
Agaty Christie.
AG:
Jaką literaturę preferujesz obecnie? Czy nadal cenisz kryminały?
Masz ulubionego autora, których powieści
mogłabyś polecać „w
ciemno”?
AL.-Ł:
W ciemno mogę polecić
Daniela Silvę i jego świetną szpiegowską serię
o Gabrielu Allonie. A także
książki Roberta Craisa. Oczywiście
Kinga, aczkolwiek wolę
jego wcześniejsze
powieści.
AG:
Przez wiele lat pracowałaś w korporacji, by wreszcie poświęcić się
tylko pisaniu. Czy dzisiaj, z
perspektywy czasu, uważasz, że
to był dobry wybór?
AL.-Ł:
Najlepszy z możliwych.
Zawsze powtarzam (wzorem bohatera polskiej komedii): Odpowiedz sobie na ważne
pytanie, co chcesz w życiu robić?
I po prostu zacznij to robić. I ja zaczęłam. I jestem z tego powodu niezwykle szczęśliwym człowiekiem.
AG:
Z wykształcenia
jesteś polonistką.
Czy kiedykolwiek pracowałaś
w zawodzie?
AL.-Ł:
Nie, odbywałam
tylko praktyki w liceum i szkole podstawowej. Tak się moja droga potoczyła, że
na wiele lat związałam
się z korporacją, gdzie byłam
dyrektorem dużego działu
zajmującego się sprzedażą i marketingiem internetowym. A teraz piszę :)
AG:
Opowiedz nam o najnowszej powieści
„Skazani
na ból”. Skąd
wziął się pomysł na tak trudną, kontrowersyjną postać, jaką bez
wątpienia
jest Aleks.
AL.-Ł:
Postać Aleksa
narodziła się w
mojej głowie tuż po
tym, kiedy moja nastoletnia córka oznajmiła
mi, że zakochała
się w starszym chłopaku. Skinheadzie na dodatek. To było
zderzenie z rzeczywistością,
w której musiałam
się odnaleźć. Wniknęłam
w ten świat, przeprowadziłam
szereg rozmów z młodymi
i nie tylko młodymi ludźmi, którzy
są mocno związani z tą ideologią.
To pomogło mi stworzyć postać
Aleksa Pańskiego-głównego bohatera „Skazanych na ból”.
AG:
Którego
ze swoich bohaterów darzysz szczególnym
sentymentem i dlaczego właśnie tego? A którego
pokochały Twoje czytelniczki?
AL.-Ł:
Chyba Lukasa, gdyż po części wzorowany jest na osobie mojego
przyjaciela. Lubię też Piotra
Sadowskiego z „Bez przebaczenia” i Aleksa Pańskiego ze „Skazanych
na ból”. Szczerze mówiąc
to każdego mojego bohatera kocham i darzę odpowiednią
porcją atencji.
A czytelniczki? Jak na razie w tych rankingach bezapelacyjnie wygrywa Lukas. Często
też w czołówce pojawia się Piotr Sadowski, Michał
Langer i Tommy Cordell.
AG:
Nad czym obecnie pracujesz?
AL.-Ł:
W tej chwili poprawiam napisaną dużo wcześniej
powieść z gatunku New Adult. Książka miała pierwotny tytuł „Trudna
miłość”, ale ukaże się pod
tytułem „Jesteś moja, dzikusko”. Premiera już w lutym 2016 roku.
AG:
Jak to jest z tymi okładkami?
Czy autor ma wpływ na to, co pojawi się na okładce jego książki?
AL.-Ł:
W moim przypadku mam wpływ,
aczkolwiek i tak ostateczne zdanie należy do wydawnictwa. Pamiętajmy,
że
książka dla wydawcy to nic innego, jak
produkt, który musi atrakcyjnie opakować.
AG:
A tytuł?
Czy najpierw powstaje fabuła, a tytuł pojawia się
później?
AL.-Ł:
W sumie mogę powiedzieć, że
u mnie następuje to niemal jednocześnie.
Czasami oczywiście mam problem z właściwym
tytułem, a bardzo rzadko wydawca zmienia mi
tytuł, do tej pory zdarzyło
się to raptem trzy razy.
AG:
Czy kontakt z czytelnikiem jest dla
pisarza ważny, potrzebny?
AL.-Ł:
No to raczej oczywiste, chyba że
ktoś pisze tylko do szuflady. Bez czytelników
pisarz i jego praca nie miałyby racji bytu. Dla mnie to
elementarne zadanie: utrzymywać
kontakt z czytelnikami. Dlatego jeżdżę po całej Polsce na spotkania autorskie, na
które
zapraszają mnie biblioteki, prowadzę fanpage autorski i grupę fanowską.
Bawię się przy
tym wyśmienicie i wiem, że
moi czytelnicy także :)
AG:
W jaki sposób
pracujesz nad książką? Masz ulubioną porę
dnia czy nocy, w czasie której
pisze Ci się najlepiej?
AL.-Ł:
Zawsze piszę do południa, około
dwóch
godzin, a potem późnym wieczorem, gdzieś od 23 do 2 w nocy. To moje stałe
pory pracy, już takiego intensywnego pisania. Jednakże
gdy pracuję nad daną powieścią,
to mam ją w głowie
24 godziny na dobę i dopóki
nie postawię magicznej ostatniej kropki, żyję życiem
moich bohaterów. Oddaję się im w całości, dlatego są tacy prawdziwi, jak potem wielokrotnie słyszę od moich czytelników.
AG:
Dziękuję za rozmowę
i spotkanie.
AL.-Ł:
Ja również i pozdrawiam wszystkich Czytelników
:)
czwartek, 9 lipca 2015
Joanna Kubica wywiad
Joanna Kubica wywiad
Joanna Kubica urodziła się w 1987 roku w Lidzbarku
Warmińskim, ale od blisko dwudziestu lat jest mieszkanką Wrocławia i to właśnie
miasto wybrała na miejsce akcji swojej debiutanckiej powieści. Zainspirowały ją
spacery po klimatycznym Ostrowie Tumskim i wrocławskim rynku. Pisze w każdej
wolnej chwili, kocha podróże.
Anna Grzyb: Jak długo trwały
prace nad książką i czy ma zamiar ograniczyć się Pani tylko do tego jednego
gatunku, czyli fantastyki?
Joanna Kubica: Samą powieść pisałam kilka miesięcy. Jednak od momentu, gdy
narodził się w mojej głowie pomysł na jej napisanie, a chwilą, gdy książka
ukazała się na rynku, minęło jakieś… 6 lat. „Katedrale” długo czekały na swój
czas, ale zawsze wierzyłam się uda. J Fantasy to jeden z
moich ulubionych gatunków literackich, ale nie ograniczałabym się do pisania
samej fantastyki. Mam pewien pomysł, a nawet zarys fabuły powieści obyczajowej,
poza tym jestem fanką kryminałów i thrillerów. Nie twierdzę jednak, że podejmę się kiedyś napisania tych dwóch ostatnich. Chociaż kto wie?
AG: W jaki sposób
tworzyła Pani swoich bohaterów? Czy z góry wiedziała Pani, że będą tacy, a nie
inni?
JK: Teoretycznie wiedziałam kim są moi bohaterowie, jaki mają
charakter, plany, marzenia. W trakcie pisania jednak wielu z nich zaczęło „żyć
własnym życiem”, ewoluować. Momentami miałam wrażenie, że dany bohater jednak
by tego czy tamtego nie zrobił, albo jest zdolny do rzeczy, których pierwotnie
nie zakładałam. W kolejnych planowanych tomach sagi „Katedrale” postacie mogą
jeszcze niejednokrotnie zaskoczyć czytelnika.
AG: Którego z nich
obdarzyła Pani największą sympatią? Czy postaci negatywne wzorowane były na
kimś rzeczywistym, by się na przykład na kimś zemścić?
JK: Szczerze mówiąc, ciężko wybrać mi swoich faworytów. Lubię
całą paczkę: Karolinę, Natalię, Tomka, Piotra, Adriana i Ronalda. Z każdym
mogłabym się zaprzyjaźnić, każdego lubię z innego powodu. Lubię także główny
czarny charakter tj. królową Jedah. To postać bardzo skomplikowana. Zanim stała
się tym, kim jest, przeżyła rodzinną tragedię. Jedah to przykład człowieka,
który pod wpływem wielu trudnych doświadczeń, zmienia się diametralnie i to w
tym najgorszym znaczeniu. Jednak dla każdego jest nadzieja. Co będzie, gdy
„królowa śniegu” pozna swoją „bliźniaczkę”? Wszystko jest możliwe. A tak
nawiasem mówiąc, nigdy by mi nie przyszło do głowy wzorować negatywną postać na
kimś rzeczywistym z pragnienia zemsty. Dla niejednej znajomej osoby to wciąż
byłaby nobilitacja. "I cóż, że drań, grunt, że znalazł się w powieści." J
AG: Pani bohaterka,
Natalia, po raz trzeci oblała egzamin na prawo jazdy, tak zaczyna się Pani
opowieść. Jakie były Pani doświadczenia z nauką jazdy, czy również miała Pani
problem ze zdaniem egzaminu?
JK: Pierwsza scena powieści to zdecydowanie wątek
autobiograficzny. Ja na szczęście za czwartym już nie oblałam, także wszystko
przed Natalią. J
Zresztą, po wydarzeniach, które stały się udziałem Natalii, taki egzamin jej
już niestraszny.
AG: Skąd pomysł na
umiejscowienie akcji właśnie we Wrocławiu? Uważa Pani, że pisarz powinien znać
okolice, o których opowiada czytelnikom?
JK: Chciałam tchnąć
trochę magii do mojego miasta. Zawsze miałam wrażenie, że nadawałoby się
idealnie do celów literackich. J Wielokrotnie spacerowałam w dzień czy wieczorem po
zabytkowej części Wrocławia i twierdziłam, że jest na swój sposób magiczna. Nie
mam nic przeciwko umiejscawianiu akcji powieści w baśniowych lub kompletnie
wyimaginowanych światach, ale jest to naprawdę trudne zadanie i tylko kilku
pisarzy potrafiło stworzyć intrygujący świat od A do Z, z przemyśleniem każdego
najmniejszego detalu. Pod tym kątem warto wspomnieć o takich mistrzach gatunku
jak John R.R. Tolkien czy Terry Pratchett. Oni to potrafią! Kiedyś byłam
recenzentem w konkursie literackim i przeczytałam naprawdę wiele opowiadań z
gatunku fantasy, w których akcja działa się w wykreowanym świecie. Mało komu
udało się mnie nim zainteresować. Zwykle były to powielane po tysiąc razy pomysły,
często niedopracowane. Dlatego uważam, że czasem warto zainspirować się
miejscem, które dobrze znamy. Kto powiedział, że przy odrobinie wyobraźni nie
zmieni się w niezwykłą scenerię idealną pod powieść fantasy?
AG: A dwa równoległe
światy. Wyobraża sobie Pani czasem, jak mogłoby to być…? „Nigdy nie jesteś
sam.”
Gdybyśmy i my mieli
po drugiej stronie kogoś podobnego do siebie? Jak zareagowałaby Pani, spotykając taką osobę? Czy podobnie jak Natalia?
JK: Podejrzewam, że z początku zareagowałabym tak jak Natalia.
Pod tym względem mamy ze sobą dużo wspólnego. Z drugiej strony, z pewnością
byłby moment zachłystnięcia się magicznym światem – trochę jak u Adriana.
Jednak… tak naprawdę człowiek nigdy nie jest pewien, jak zareagowałby na
niecodzienną i tak niesamowitą sytuację.
AG: Czy chciałaby Pani
przeżyć przygody, jakie stały się udziałem Pani bohaterów? Umiałaby Pani
odnaleźć się w tak niebezpiecznej sytuacji?
JK: Chciałabym polatać magicznym dywanem i zobaczyć we
wrocławskim zoo smoka. J A jeśli chodzi o odnalezienie się w trudnej sytuacji
– mam nadzieję, że umiałabym. Mimo wszystko, zanim człowiek czegoś sam nie
przeżyje, to może tylko gdybać. A rzeczywistość może być różna.
AG: Wierzy Pani, że dobro
zawsze zwycięża? Przyjaźń i miłość potrafią zdziałać cuda?
JK: Chciałabym wierzyć, że dobro zawsze zwycięża. Niestety,
słysząc na co dzień o wojnach i tragediach, jakie dzieją się na świecie, a nawet
tuż obok nas, nie mogę powiedzieć, że tak zawsze faktycznie jest. Swego czasu Woody
Allen nakręcił film pt. Wszystko gra. Pamiętam, że po jego obejrzeniu miałam
mieszane uczucia – morderca nie poniósł zasłużonej kary, dopomógł mu łut
szczęścia. Później pomyślałam, że w życiu niestety czasem tak jest, a tamten
film doskonale obrazował brutalne reguły rządzące światem. Za to mogę podpisać
się pod stwierdzeniem, że miłość i przyjaźń potrafią zdziałać cuda. Otoczeni
przez bliskich i przyjaciół, wspólnie możemy przenosić góry.
AG: Kiedy ukaże się Pani
kolejna publikacja i o czym ona będzie?
JK: W planach mam kolejny tom „Katedrali” oraz myślę o powieści
obyczajowej, której póki co szczegółów nie chce zdradzać, aby nie zapeszyć. W
każdym razie prace trwają i mam nadzieję, że na efekty nie będzie trzeba tym
razem tak długo czekać.
Moja recenzja debiutanckiej powieści autorki: http://asymaka.blogspot.com/2015/06/katedrale-joanna-kubica.html
sobota, 27 czerwca 2015
Wywiad z Jackiem Ślusarczykiem.
Jacek Ślusarczyk wywiad
Autor niebanalnej i niezwykle zabawnej powieści „Zebra w
barze… czyli Polak potrafi” zgodził się odpowiedzieć na kilka moich pytań. Może
za sprawą tej rozmowy uda mi się dowiedzieć coś więcej o Jacku Ślusarczyku.
Anna Grzyb: Skąd wziął się pomysł na „Zebrę w barze…”?
Naprawdę uważa Pan, że to książka skierowana przede wszystkim do mężczyzn? Według mnie i kobiety mogą świetnie się z nią bawić…
Jacek Ślusarczyk: Pomysł na książkę?
Zbieg okoliczności. Myślę, że każdy ma kiedyś w życiu taki moment, kiedy chce podzielić się swoimi spostrzeżeniami, doświadczeniami albo przemyśleniami z kimś, kogo kocha. A ja kocham ludzi. Kiedy podróżowałem po świecie nie chodziłem do muzeów, nie "zwiedzałem zabytków"i nie łaziłem, żeby zobaczyć... i zaliczyć. Byłem... i wpisałem się... /na murze/! Pierwsza rzecz... znaleźć lokalnych tubylców, zaprzyjaźnić się i pogadać o życiu. Miałem szczęście poznać i pracować razem z teatrem awangardowym "Akademia Ruchu". Zwiedziłem w ten sposób kawał Europy. Cudowna przygoda ze wspaniałymi ludźmi. Tak, że... ochota podzielenia się.
Następną sprzyjającą okolicznością był przestój w pracy. Naokoło wszyscy ciężko udawali, że coś robią, a ja nie musiałem...tłukłem w klawisze laptopu i...zawsze wyglądałem na zapracowanego.
Trzecim powodem była frustracja. Cały rynek w Polsce opanowały kobiety. Pani Grochola, Pani Gutowska -Adamczyk... nie muszę udowadniać, wystarczy spojrzeć na półkę z książkami. Właśnie teraz piszę do pani, Pani Aniu, a moim wydawcą jest Joasia. Kobiety piszą dla kobiet. Domy stoją nad Rozlewiskami, wszędzie pleni się miłość i tragedia gdzieniegdzie. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Książki są świetne, wszystkie przeczytałem, ale jak zobaczyłem kiedyś okładkę, na której mężczyzna leży w łóżeczku i ssie paluszek jak jakiś obsrany niemowlaczek... to mną zatrzęsło. Pomyślałem, że może czas na książkę TEŻ dla mężczyzn. To sobie sam napisałem.
W ten sposób odpowiedziałem przy okazji na pytanie drugie.
Czy historia ta zawiera elementy autobiograficzne, czy czerpał Pan inspirację z życia swojego lub swoich znajomych?
JŚ: Bohaterowie mojej powieści istnieli naprawdę, i byłem zaprzyjaźniony z nimi / i jestem / też naprawdę. Jak już napisałem... kocham ludzi i biorę ich takimi, jakimi są. Nie przebieram. Ludzie są fajni i każdy ma w sobie coś ciekawego. Ludzie skłóceni ze sobą nie szukają przyjaźni, męczą się sami.
I tu widzę odpowiedziałem częściowo na pytanie czwarte. Książka jest autobiograficzna. Niektóre elementy podkoloryzowane trochę, zmienione nazwiska i nazwy, poza tym... historia prawdziwa.
JŚ: Czytam wszystko, poza historiami o wampirach. Moja kochana siostra Barbara przysyła mi książki bez przerwy. Dzięki jej za to. Dobre książki czytam czasem parę razy. / Harry Potter...kto napisał, że to dla dzieci?!/
AG: Czy tworzy Pan kolejną powieść? Jeżeli tak, o czym ona
będzie?
JŚ: Mam plan i początek powieści dla młodzieży. Za dwa lata będę na emeryturze /Hurrrra!/... może wtedy dokończę, bo w pracy, cholera, jesteśmy teraz wyjątkowo zajęci, a jak Smoleń mówił..."żyć trzeba".
JŚ: Jeżeli ktoś chce przeczytać książkę, którą się czyta lekko, jest zabawna i która pokazuje Stany Zjednoczone oczami kogoś, kto żyje tu od lat trzydziestu...to jest "Zebra w barze...".
Dziękuję za wywiad, Pani Aniu.
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Rozmowa z Gabrielą Gargaś.
Zapraszam na stronę Empiku do zapoznania się z moim wywiadem z Gabrielą Gargaś.
http://www.empik.com/wywiad-z-gabriela-gargas-wywiady-empikultura,94350,a
Tutaj moje recenzje na portalu Czas Dzieci:
http://czasdzieci.pl/multimedia/id,4541783.html
http://czasdzieci.pl/ksiazki/ksiazka,2336bfe-tomek_lebski_wymiata.html
http://czasdzieci.pl/ksiazki/ksiazka,2483186-marta_zagadkowy_pojazd.html
http://czasdzieci.pl/ksiazki/ksiazka,24841ab-basia_kask.html
Pozdrawiam i życzę wszystkim udanego tygodnia.
http://www.empik.com/wywiad-z-gabriela-gargas-wywiady-empikultura,94350,a
Tutaj moje recenzje na portalu Czas Dzieci:
http://czasdzieci.pl/multimedia/id,4541783.html
http://czasdzieci.pl/ksiazki/ksiazka,2336bfe-tomek_lebski_wymiata.html
http://czasdzieci.pl/ksiazki/ksiazka,2483186-marta_zagadkowy_pojazd.html
http://czasdzieci.pl/ksiazki/ksiazka,24841ab-basia_kask.html
Pozdrawiam i życzę wszystkim udanego tygodnia.
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Krystian Głuszko wywiad i konkurs "Szukaj mnie wśród szaleńców"
Krystian Głuszko wywiad
"Moim marzeniem jest bym był takim rodzicem dla swojej córeczki, jakimi rodzicami byli dla mnie moi. Chciałbym być dla niej przyjacielem. Nauczyć szacunku dla słabszych."
Zdjęcie pochodzi z profilu autora na FB: https://www.facebook.com/profile.php?id=100002813533385&fref=ts
Krystian Głuszko zadebiutował tytułem „Spektrum” w 2012
roku. Od urodzenia mieszka w Tomaszowie Lubelskim. Pracuje jako barman w
rodzinnym pubie. Zmaga się od dzieciństwa z autyzmem oraz chorobami
współistniejącymi. To właśnie choroba stała się zaczątkiem do pisania i
publikowania. Przed sześcioma laty autor wydał tomik wierszy zatytułowany
„Śmierć wiosny”, ale to prozę uznał za swój prawdziwy debiut literacki. Świeżo
upieczony ojciec Małgosi i mąż Ewy. Choć życie go nie rozpieszcza, stara się
myśleć pozytywnie i docenia to, co ma. To niezwykle pozytywnie nastawiony do
świata i ludzi człowiek, ciepły, sympatyczny, wrażliwy i kulturalny. Zapraszam
na blog pisarza: WWW.krystian-robert.blogspot.com
Właśnie pojawiła się na rynku wydawniczym kolejna propozycja
literacka Krystiana, w związku z tym postanowiłam przybliżyć Wam sylwetkę
autora.
AG: Wiem, że pisanie nie sprawia Ci większych trudności. Czy
zawsze tak było?
KG: Gdy byłem dzieckiem pisałem wierszyki. Zawsze miałem przy
sobie notes i długopis. Często w głowie pojawiały mi się słowa, a ja układałem
z nich zdania. Pisanie nigdy nie sprawiało mi trudności. Pisząc wyłączam się.
Nie ma mnie dla otoczenia. Jestem tylko ja i świat, który tworzę. To trochę tak
jak zabawa w Boga. Dajesz życie bohaterom i kierujesz ich losami.
AG: Jak została przyjęta Twoja debiutancka książka przez
czytelników? Czy obawiali się jej, czy też bez zahamowań chętnie po nią
sięgali?
KG: Moja pierwsza książka porusza temat tabu choroby
psychicznej. Z takimi tematami bywa różnie. Ludzie raczej je omijają. Nie jest
to książka, którą czyta się, by się odprężyć, zrelaksować. Jest ciężka, ale
wydaje mi się, że potrzebna.
AG: Co myślisz o spotkaniach autorskich? Na Targach Książki w
Krakowie, gdzie premierę miała Twoja najnowsza powieść „Szukaj mnie wśród
szaleńców” znalazły się osoby, które prosiły o autograf i chwilę rozmowy. Czy
to i dla Ciebie tak samo ważne doświadczenie, jak dla odbiorców Twojej
twórczości?
KG: Tak, jest to dla mnie ważne. Niesamowicie stresujące, ale
miłe. Staram się unikać tłumów. Źle na mnie działają. Budzą lęk i niepokój. To
normalne u osób z Zespołem Aspergera. Ja jednak staram się przełamywać swoje
słabości, a gdy przełamać ich nie mogę, to chociaż oszukać. To miłe, gdy
czytelnik chce zamienić parę słów z autorem i mimo wszystko tego pragnę.
AG: Czy rodzina wspiera Cię w pisaniu? Czytają, komentują,
trzymają kciuki?
KG: Moja żona wyłapuje błędy w moich tekstach. Pomaga mi
dostrzec w nich to, czego ja jako autor nie potrafię. Bardzo mnie wspiera i
razem ze mną cieszy się z moich małych sukcesów. Bez niej teksty wysłane do
wydawcy byłyby bardzo niedopracowane.
AG: Do jakiego czytelnika chciałbyś trafić za sprawą swojej
najnowszej książki? Każde z opowiadań jest zupełnie inne, według mnie jedno
przekona tych, którzy kochają historie dające nadzieję, podnoszące na duchu,
drugie nastawi do Ciebie pozytywnie miłośników kryminalnych zagadek, a trzecie,
bardzo intymne i niełatwe w odbiorze pokaże, jaki jesteś. Z czym zmagasz się na
co dzień, o czym myślisz, jak daleką drogę przeszedłeś w swoim niemalże
trzydziestoletnim życiu. Zgadzasz się z moją opinią?
KG: Tak, zgadzam się z Tobą. Mam nadzieję, że uda mi się dotrzeć
do odpowiedniej grupy czytelników. Każde z opowiadań ma swoje zadanie. Jedno ma
dać nadzieję, drugie pokazać moc umysłu, a trzecie to, że zawsze można być
szczęśliwym, mimo choroby psychicznej, mimo wszystko...
AG: Czy pisanie jest dla Ciebie w jakiś sposób oczyszczające?
Pomaga Ci w czymkolwiek, czy jest spełnieniem marzeń sprzed lat?
KG: Tak, pisanie jest moją terapią. Bardzo mi pomaga. Jedni
biegają, inni robią brzuszki lub trenują sztuki walki. Ja piszę. Wyżywam się na
klawiaturze. Można powiedzieć, że jest to dla mnie pewien rodzaj sportu,
oczyszczenia, spełnienia marzeń...
AG: O czym są Twoje wiersze? Czy wolisz pisać prozą czy jednak
poezja gra pierwsze skrzypce w Twojej duszy?
KG: Wierszy nie piszę już od wielu lat. Od nich zaczynałem.
Jednak po pewnym czasie przestały mi wystarczać. Mam za dużo do powiedzenia i w
żadnym wierszu nie zmieściłbym tego, co chcę przekazać innym.
AG: Kiedy najlepiej Ci się pisze, rano, wieczorem, w nocy?
KG: Dla mnie nie jest ważna pora dnia, lecz faza choroby, w
której jestem. Najgorzej pisze mi się, gdy jestem w psychozie, a najlepiej w
depresji. Gdy w niej jestem mogę pisać wszędzie i o każdej porze. Nic mnie
wtedy nie rozprasza.
AG: Jakim chciałbyś być ojcem dla swojej córeczki? Co chciałbyś
jej przekazać, czego nauczyć o życiu?
KG: Moim marzeniem jest bym był takim rodzicem dla swojej
córeczki, jakimi rodzicami byli dla mnie moi. Chciałbym być dla niej
przyjacielem. Nauczyć szacunku dla słabszych.
AG: Opowiedz nam jeszcze o blogowaniu. Jak długo prowadzisz
stronę, z jakiego typu komentarzami się tam spotykasz? Czy pisanie o chorobie
pomaga osobom z podobnymi schorzeniami, podnosi je na duchu?
KG: Bloga prowadzę dwa lata. Trafia na niego konkretne grono
czytelników. Z komentarzy i wiadomości prywatnych dostrzegam, że pomaga on
innym. Wielu szuka porady, ale są i tacy, którzy nie chcą czuć się samotni z
problemem. Mój blog spełnia „misję”, którą sam sobie wymierzyłem.
AG: Czy piszesz coś nowego? Jakiego rodzaju będzie to
publikacja?
KG: Póki co w mojej głowie szaleją słowa. Zaczynają układać się
już w zdania, więc lada moment zacznę je spisywać. Tym razem postaram się, by
pozycja nie była ciężka.
AG: Bardzo dziękuję za rozmowę i cieszę się, że miałam okazję
poznać Cię osobiście.
KONKURS:
Do wygrania "Szukaj mnie wśród szaleńców". Wystarczy pod tym postem umieścić odpowiedź na pytanie: Dlaczego to właśnie do Ciebie ma trafić ta książka? Pamiętajcie o pozostawieniu adresu e-mail.
Zabawa zaczyna się dzisiaj, 8 grudnia i potrwa do 15 grudnia, do godziny 23:00.
poniedziałek, 17 listopada 2014
Ewa Bartkowska wywiad i konkurs "Ja, judaszka" do wygrania
"Miłość nie ma wieku, koloru skóry ani religii, nie ma nawet płci(...)"
Ewa Bartkowska
Wywiad i konkurs
Ewa Bartkowska zadebiutowała w październiku tego roku
powieścią „Ja, judaszka”. Mówi o sobie, że jest całkiem zwyczajną osobą,
kobietą, matką, córką, przyjaciółką. Mam jednak co do tego stwierdzenia
wątpliwości. Tylko człowiek wyjątkowy byłby w stanie stworzyć taką historię!
Uwielbia czytać książki, jak też podróżować. Mieszkała już w
Jeleniej Górze, w Szczytnie, Olsztynie, we Frankfurcie nad Menem, Offenbachu,
Rodgau. Czternaście lat temu osiedliła się we Wrocławiu, czy na stałe? Nigdy
nie przywiązywała się do stanowisk czy miejsc. Życiowe role również zmieniała
bez najmniejszych problemów.
Jak długo trwały prace nad powieścią? Czy pisało się ją
lekko, czy pochłonęła Panią bez reszty ta historia?
- Pierwsza wersja historii powstawała przez dziewięć
miesięcy, potem były jeszcze poprawki, zmiany to tu, to tam. Jednak cały czas
miałam wrażenie, że powieść pisze się jakby sama, płynnie, bez przerw, nie
napotykając na żadne przeszkody, a ja jestem tylko narzędziem, i oprócz wystukiwania
na klawiaturze właściwych znaków nie mam tu nic więcej do zrobienia. Przyznaję, że historia pochłonęła mnie
całkowicie, nie pozostawiając miejsca na inne aktywności. Pisanie jest zajęciem
ogromnie pasjonującym, choć jednocześnie zaborczym - wprawia w stan euforii i uzależnia.
Co było najpierw, fabuła czy tytuł? Ten ostatni jest
przecież tak kontrowersyjny, przyciągający, hipnotyzujący wręcz, a dobry tytuł
to zdaje się podstawa, by zainteresować potencjalnego czytelnika?
- Niebanalny tytuł, ciekawa okładka są bardzo ważne, ale nie
najważniejsze. Czytamy głównie dla treści, chociaż ja sama niekiedy dla stylu i
języka. W przypadku mojej powieści pierwsza była fabuła, pomysłów na tytuł
pojawiło się kilka, ale żaden nie zachwycał. I wtedy, jak królik z kapelusza,
wyskoczył „Ja, judaszka”. Stwierdziłam, że konstrukcja intrygująca i oryginalna,
a do tego odrobinę abstrakcyjna. Bingo!
Czy w postaci Alicji znajdziemy jakąkolwiek cechę Pani
własnej osobowości? Czy darzy Pani sympatią swoją bohaterkę?
- Bardzo lubię Alicję choć nie zawsze się zgadzamy. Ale
szanuję jej odmienność, bo właśnie różnice są interesujące. I rozwijające.
Dzięki nim poszerzamy granice własnego postrzegania. Mamy też cechy wspólne –
również jestem samotniczką, nie czuję potrzeby posiadania wokół siebie tłumu
ludzi, lubię być sama ze sobą a wyjątkiem jest tylko osoba, którą kocham, jest
powietrzem – niezbędna. Co jeszcze? Podobnie postrzegam świat, niewiele rzeczy
mnie dziwi, moc uszczęśliwienia czy zranienia posiadają tylko ci, którzy są
ważni dla mnie.
Czy nie obawiała się Pani oburzenia czytelników, w końcu
historia, którą Pani opisuje nie należy do najprostszych. Skomplikowany związek
Alicji i Wiktora, ogromna różnica wieku, ona jest uczennicą, on nauczycielem,
to od razu budzi w „porządnych obywatelach” emocje i to niestety negatywne. Czy
to był zabieg zamierzony?
- Szanuję prawo ludzi do osobistych emocji i reakcji, jeśli
naprawdę są osobiste. Nie obawiam się, jak to trafnie, w cudzysłowie, Pani ujęła
- „porządnych obywateli”, bo jeśli się oburzają to znaczy, że albo tej historii
nie zrozumieli, albo należą do zbioru nietolerancyjnych.
Miłość nie ma wieku, koloru skóry ani religii, nie ma nawet
płci, a tak zwana „porządność” jest pojęciem względnym, i zbyt często opacznie
interpretowanym. Zabieg był poniekąd zamierzony, lubię trudne, złożone tematy,
lubię je analizować, oglądać z różnych stron.
Nie przywiązuje się Pani do miejsc, stanowisk, życiowych
ról. Czy zawsze tak było?
- A do czego się tu przywiązywać? Stanowiska i role są
niczym ubrania - cokolwiek byśmy nie przywdziali i tak pozostaniemy sobą.
Świadomość kim jesteśmy bez dodatków, ozdób i tytułów, to wielka wartość, to
najważniejsze, tego nikt nie jest w stanie nam odebrać.
Podobnie z miejscami – gdziekolwiek pójdę siebie zabiorę ze
sobą. Widoki mogą być ładniejsze lub brzydsze, ale zawsze będą tylko tłem.
O miłości napisała Pani w sposób piękny, ciekawy,
zaskakujący, ale też bolesny. Nie pokazała Pani prostej drogi, rozwiązania,
jakie Pani zastosowała są skomplikowane i dają do myślenia. Czy wierzy Pani w
prawdziwe uczucie, które nie przemija, którego nie zaciera czas, nie zmienia
codzienność, szara i smutna?
- Miłość to konstrukcja niezmiernie złożona. Nawet nie
próbuję jej zrozumieć, nie po to została nam dana. Nie sądzę, by czas miał
wpływ na jej trwanie lub jego brak, po prostu ludzie się zmieniają. I jest to
zupełnie naturalne, ani świat ani człowiek nie stoją w miejscu. Codzienność
natomiast nie musi być szara i smutna, zależy od nas, może być przytulna, jeśli
taką stworzymy. Przecież żaden dzień już nigdy się nie powtórzy, szkoda życia
na rutynę. I właśnie miłość może nas od niej uchronić. Nawet jeśli bywa
wrażliwa, nawet gdy zmienia swe oblicza, to nie jest lepsza czy gorsza, zawsze
pozostanie miłością.
Jak odbierana jest Pani książka przez pierwszych
czytelników. Czy rozumieją, co chciała im
Pani przekazać?
- Rozumieją bardzo dobrze i to mnie ogromnie cieszy. To było
dla mnie najważniejsze. Jak dotąd nie zdarzyło się, by ktokolwiek wyraził wyżej
wzmiankowane oburzenie. Nawet jeśli, w początkowej fazie czytania pojawiały
się, jak to określiła jedna z Czytelniczek: „mieszane uczucia”, to potem
przekaz trafił bezbłędnie. Książka się podoba, nie tylko ze względu na fabułę,
ale również język i styl. Oczywiście pochwały zbiera też okładka. No i tytuł…
Zapewne trwają prace nad kolejną powieścią. Może Pani
zdradzić, o czym ona będzie? Czy również o
trudnej miłości?
- Bronię się przed tą pracą jak mogę, ale chyba próżny trud.
Następna historia zagnieździła się w mojej głowie, noszę ją już czas jakiś,
chyba kończy się proces dojrzewania, bo zaczyna mnie coraz mocniej uwierać.
Wiem, że faza wewnętrznego przymusu w końcu nadejdzie, i będę musiała się z tą
opowieścią zmierzyć. Nie będzie łatwo, bo choć temat fascynujący, to jeszcze trudniejszy
niż w "Judaszce”, ale lubię wsadzać kij w mrowisko. Tak, zgadła Pani – będzie o
miłości, tyle mogę zdradzić.
Co Pani myśli o naszym polskim rynku wydawniczym? Czy ciężko
na nim zaistnieć? Dotrzeć do wydawcy, a następnie do czytelnika?
- Łatwiej robić przekłady zagranicznych bestsellerów,
sprzedały się tam, to zejdą i u nas. Pieniądze pewne. Po co inwestować w
ryzykowne przedsięwzięcie, nieznane nazwisko, wydanie debiutu? Wszechobecna komercja
zawładnęła również literaturą. Swoją książkę wysłałam do ponad czterdziestu
wydawnictw, ledwie kilka było łaskawych w ogóle odpowiedzieć. Reszta jak kamień
w studnię. Zastanawiam się tylko w jakim celu, na swoich stronach internetowych
zachęcają do nadsyłania prac, skoro nie są nimi w ogóle zainteresowani. A
jednak miałam szczęście, mam tę świadomość. Trafiłam do świetnego Wydawnictwa,
szanującego autorów i ich pracę. Nie mam więc na podorędziu żadnych
zakrawających na wydawniczy horror historii, ale czytałam takowe w Internecie.
Dla mnie los był bardzo łaskawy, takiej współpracy jak z JanKa życzę wszystkim
autorom. Co do czytelników, to jeśli tylko będą chcieli książkę przeczytać, to
ona znajdzie ich, albo oni ją.
Uwielbia Pani czytać. Jakie lektury Pani preferuje?
- Kiedyś czytałam dosłownie wszystko: powieści fantastyczne,
historyczne, sensacyjne, obyczajowe, kryminały, romanse. Co mi w ręce wpadło.
Dziś jestem dużo bardziej wybredna. Preferuję literaturę ciekawą tematycznie i
językowo, choć to oczywiście subiektywne
określenie. Czytam Elfriede Jelinek, Virginię Woolf, Doris Lessing,
Hertę Mueller, Annie Proulx, Alice Munro, Jane Carol Oatis, Michaela
Cunninghama, Olgę Tokarczuk, Stasiuka. Powstrzymam się od wymieniania tytułów,
za długo by trwało.
Jak czuje się osoba, której udało się spełnić największe
marzenie, bo pragnęła Pani z całego serca napisać powieść. Czy teraz stawia
Pani przed sobą kolejne cele?
- To uczucie trudno z czymkolwiek porównać. Szczęście,
ogromna radość, niedowierzanie, satysfakcja, i wszystko to na raz. Piękny
moment, jaki się długo pamięta. Mam nadzieję, że będą inne, równie wspaniałe,
że gdzieś tam, w przyszłości czekają. Nie robię dalekosiężnych planów, nie
układam każdego kroku, nie zamartwiam o to co będzie. Lubię żyć w
teraźniejszości, w tym co tu i teraz. Jeśli czegoś zapragnę, spróbuję po to
sięgnąć. Po prostu.
Dziękuję za rozmowę. I czekam niecierpliwie na Pani drugą
książkę.
KONKURS:
Zabawa zaczyna się dzisiaj, 17 listopada i potrwa do 24 listopada do godziny 23:30. Do wygrania jest egzemplarz powieści "Ja, judaszka" oczywiście.
Wyniki pojawią się do trzech dni roboczych czyli do 27 listopada. Pozdrawiam.
A tu moja recenzja tej powieści: http://asymaka.blogspot.com/2014/10/ja-judaszka-ewa-bartkowska-patronat.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)














.jpg)
