Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wywiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wywiady. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 lipca 2016

Aneta Rzepka wywiad z pisarzem

Aneta Rzepka wywiad z pisarzem






Aneta Rzepka jest absolwentką filologii polskiej, Jej debiut powieściowy przypadł na rok 2010 kiedy to na rynku wydawniczym pojawiła się „Tohańska branka”. Mieszka w stolicy, ale marzy o drewnianej chatce w górach. Czyta od dziecka. Pisanie jest dla niej najpiękniejszą przygodą i sposobem na oderwanie się od rzeczywistości. 


Anna Grzyb: Szukając dokładniejszych informacji o Tobie natrafiłam na takie zdanie: „czytelnik nadaje wartość dziełu”. Czy odbiorca Twoich powieści jest dla Ciebie ważny? Czy śledzisz recenzje swoich książek w Internecie, słuchasz rad innych w sprawie Twoich historii, masz pierwszych czytelników, z których zdaniem się liczysz?

Aneta Rzepka: Czytelnik jest bardzo ważny dla powieści, bo dzięki niemu nabiera ona innego wymiaru. Fabuła oglądana przez pryzmat doświadczeń odbiorcy jest zawsze nieco inna od tej stworzonej przeze mnie, bogatsza o doświadczenia innej osoby. Czytając recenzje często się dziwię, że ktoś coś takiego wypatrzył w moim tekście, przecież ja tam tego nie napisałam. Dopiero po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że pewne sprawy można było tak zrozumieć. Bardzo ważny jest ten filtr osobisty, on powoduje, że jeden tekst można na wiele sposobów interpretować.
Tak, śledzę recenzje, bo one mówią mi nie tylko o tym, jak jest odbierana powieść, ale też, co należałoby ewentualnie dopracować, zmienić, doprecyzować. Mam też piszących znajomych, którzy wielokrotnie mi pomogli pokazując nieścisłości w fabule, kierunkując postaci i dając bardzo cenne wskazówki stylistyczne. 


AG: Jak powstają Twoi bohaterowie? Czy z góry wiesz, jaki charakter będzie miała ta czy inna osoba, którą opisujesz w swojej powieści?

AR: Na początku wiem tylko jak mniej więcej będzie wyglądał bohater i jakie cechy są mi potrzebne do stworzenia fabuły. Później dodaję mu pasję, sposób mówienia, różne manieryzmy. Ożywa w trakcie akcji, dostając konkretny strój, zawód, gadżet, jak na przykład okulary, pędzel, rower, staje się namacalny. Czasem ci, którzy mieli być negatywni się zmieniają, bo ktoś, kto lubi zwierzęta, słucha jakiejś muzyki albo podziwia zachód słońca nie może być skończonym draniem albo pustą lalką. Może natomiast mieć ich cechy.




AG: Czy któryś z Twoich bohaterów nie próbował wymykać się spod Twojej kontroli? Którego darzysz szczególnym sentymentem?

AR: Mam wrażenie, że bohaterowie tacy, jakich oglądają czytelnicy nigdy nie są do końca tacy, jakich ich sobie wymyśliłam w fazie przed zaczęciem pisania. Oni po prostu zawsze się zmieniają, bo muszą żyć tak, jak normalni ludzie. Inaczej nie byliby wiarygodni. Łatwiej tworzy mi się bohaterów negatywnych. Dla nich wystarczy kilka wyrazistych cech osobowości, nie trzeba ocieplać ich wizerunku ani poświęcać im dużo uwagi, bo mają do wykonania konkretną rolę: być tymi złymi. Inaczej jest z postaciami, z którymi chciałabym, żeby czytelnik się utożsamił, zrozumiał. Muszą mieć wady i zalety, złożone osobowości, ciekawe charaktery. Tu chyba najlepszym przykładam będzie Ola najpierw ta z „Kieszeni przeszłości”, później z „Czego o Tobie nie wiem”. To miała być taka pusta dziewuszka zepsuta pieniędzmi rodziców, bez wyższych uczuć, egoistyczna, nawet głupiutka blondynka. Ktoś taki jednak nie byłby zdolny do prawdziwej przyjaźni i poświęcenia. Dlatego Ola się zmieniła. Zmieniała się przez całe dwie powieści.






AG: Nie ukrywam, że Twoja najnowsza powieść „Czego o Tobie nie wiem” jest według mnie najlepszą, jaką napisałaś. Wyraziste, nietuzinkowe postaci, świetne dialogi, problemy „z życia wzięte”, doskonały, nienaganny styl wszystko to urzekło mnie i spowodowało, że nie mogłam oderwać się od lektury! Skąd czerpałaś pomysły, jak długo trwały prace nad książką?

AR: Pomysły leżą na ulicy, wystarczy je pozbierać, posłuchać opowieści ludzi, rozumieć, co tak naprawdę może boleć współczesnego człowieka i nieco ubarwić literacką fikcją. Bo, nie ukrywajmy, samo życie jednak nie czytałoby się dobrze, wyszedłby reportaż albo opowieść sąsiadki zasłyszana w kolejce. Literatura to coś więcej. Lubię sięgać po to „więcej”, ono nadaje smaczku codzienności. Pisanie akurat tej powieści nie trwało długo, bo wszystko wcześniej miałam poukładane w głowie. Długo natomiast tekst czekał na wydanie. Dwa lata leżał w szufladzie.

AG: Czy wierzysz w moc kobiecej przyjaźni, o której tak autentycznie napisałaś w „Czego o Tobie nie wiem”?

AR: Wierzę w przyjaźń. Sama mam taką przyjaciółkę, z którą mogę wszystko. Zdarza się, że nie rozmawiamy ze sobą bardzo długo, a kiedy się spotkamy, to jest tak, jakby nie było tego czasu. Jest to rodzaj szczególnego porozumienia, więź silniejsza od tych rodzinnych. Bo przyjaciół wybieramy sobie sami, a rodziny nie.

AG: Uważasz, że kobiety są na tyle silne, by pokonać wszelkie przeciwności losu i zawalczyć o własne szczęście? Jeżeli tak, to jak myślisz, z czego wynika ich siła?

AR: A kto ma walczyć o szczęście kobiet, jeśli nie one same? Każdy człowiek sam wie najlepiej, co jest mu potrzebne do szczęścia, co chce osiągnąć. Czasem potrzebuje pomocy w doborze środków, ale walczyć musi sam, ewentualnie przy wsparciu najbliższych. Siłę dają efekty. Dlatego trzeba sobie wyznaczać realne cele i do nich dążyć. Cieszyć się z małych sukcesów, a po niepowodzeniach wstawać, otrzepywać kolana i iść dalej. 




AG: Czy Twoim zdaniem to, jakie nosimy w sobie doświadczenia odciskają piętno na naszej przyszłości? Czy ją determinują?

AR: Na pewno. Przeszłość wypracowuje w nas cechy charakteru, czerpiemy z jej doświadczeń i osiągnięć. Ktoś, kto nigdy nie uprawiał sportu nie może nagle stać się wybitnym siatkarzem. Myślę, że pewnych doświadczeń nie można wymazać, ale można nad sobą pracować i negatywne emocje zastępować nowymi, dobrymi. Z doświadczeń pozytywnych należy natomiast czerpać.

AG: Jak wygląda Twój zwykły dzień? O jakiej porze najchętniej zasiadasz do pisania? Czy pracujesz przy biurku, w domowym zaciszu, czy wybierasz inne, bardziej wyszukane miejsce?

AR: Rano jest szykowanie dziecka do szkoły, później praca, przeważnie z przerwą na pójście do domu, wtedy mam czas, żeby coś ugotować, pomóc w odrabianiu lekcji, jakieś zajęcia dodatkowe, basen, kółko plastyczne, te sprawy... Piszę, kiedy mam czas. Najczęściej wieczorem, kiedy już nikt nic ode mnie nie chce. Pracuję zwykle przy biurku, tak jest mi najwygodniej. 

AG: Jakich rad mogłabyś udzielić osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z pisaniem?


AR: Żeby się nie zniechęcały po pierwszych niepowodzeniach. Pisania trzeba się nauczyć, tak samo jak mówienia, chodzenia, czytania, liczenia... I nie chodzi tu wcale o umiejętność składania liter w słowa, a słów w zdania, ale głównie  umiejętność stworzenia ciekawej fabuły i opowiedzenia jej tak, żeby ktoś chciał przeczytać. Przeczytać nie z obowiązku, życzliwości czy na prośbę, ale dla własnej przyjemności.

AG: Czy trudniej jest wydać pierwszą czy kolejną powieść, gdy oczekiwania czytelników są już większe?

AR: Nie wiem, jak jest z oczekiwaniami czytelników. O tym mogę napisać tylko z własnego doświadczenia, że od autorów, których coś przeczytałam i mi się spodobało oczekuję utrzymania przynajmniej takiego samego poziomu. Na wielu się zawiodłam.
Moim zdaniem nie wystarczy wypracować sobie nazwiska, a później na nim żerować, produkując kiepskie książki, sztuką jest pisać tak, żeby każda kolejna powieść była lepsza od poprzedniej. Sama też staram się rozwijać warsztat, wprowadzać nowe techniki narracji, inaczej budować fabułę, efekty jednak mogą ocenić tylko czytelnicy. Czasem za duża innowacja albo zbyt odważne eksperymenty nie są dobrze przyjmowane. 
Samo wydanie książki... Nie wiem, czy trudniej wydać pierwszą czy kolejne. Nikt nie zamawia moich książek, nie obiecuje wydania na podstawie konspektu, nie walczy o podpisanie lojalki. Na pewno zdobywa się pewne doświadczenie we współpracy z redaktorami, wie czego się spodziewać po wydawcy, w czym jest dobry. Jeden robi świetną okładkę, drugi przykłada się do opracowania tekstu, inny fantastycznie promuje...


AG: Czy czytasz powieści „koleżanek po piórze”? Mogłabyś jakąś polecić czytelnikom mojego bloga?

AR: Czytam. Moim zdaniem nie można pisać, jeśli samemu się nie jest czytelnikiem. Literatura się zmienia, trzeba ją podpatrywać, żeby samemu nie tkwić w jednym punkcie, a wciąż się rozwijać. Jeśli miałabym polecać autora, to kryminały Małgorzaty Rogali, powieści Joanny Sykat, różnorodna jest też twórczość Kasi Bulicz-Kasprzak, ostatnio odkryłam Katarzynę Kołczewską. 


AG: Czy Twoim zdaniem istnieje przyjaźń między pisarkami?

AR: Istnieje. Pisarki to też ludzie zdolni do przyjaźni. Nie zawieram przyjaźni łatwo, ale mam kilka znajomych pisarek, z którymi łączą mnie ciepłe relacje. Wiem, że często zdarzają się niemiłe sytuacje, ale sama nie doświadczyłam zawiści, złośliwości czy innych przykrości ze strony innych pisarek. Zakładam, że może im się moja twórczość nie podobać, bo nie wszystko podoba się każdemu, mnie też nie każda książka przypada do gustu. Krytykę można jednak wyrazić w sposób cywilizowany i konstruktywny.




AG: Kiedy pojawi się kolejna powieść Twojego autorstwa? Czy możesz zdradzić nam, nad czym obecnie pracujesz?

AR: Nie wiem, kiedy się pojawi. W grudniu pewnie będę wiedziała, czy weźmie ją mój obecny wydawca. Jest to fabularna kontynuacja „Czego o Tobie nie wiem”, ale również tworzy zamkniętą całość.  I problematyka jest nieco inna, bardziej romans, ale też bolesna tajemnica z przeszłości, która odcisnęła piętno na wielu osobach. Główną bohaterką jest Marika, siostra Marcina. A obecnie układam sobie w głowie powieść z motywem detektywistycznym. Nie wiem, jak mi wyjdzie.

AG: Jakie publikacje dla dzieci uważasz za najbardziej wartościowe, bo zapewne niejedną książkę przeczytałaś swojej córeczce?

AR: Takie, które kształtują wyobraźnię, odwołują się do wartości, są pozytywne w odbiorze i pokazują, że dziecko może naprawdę wiele, jeśli chce. Obecnie jesteśmy na etapie „Opowieści z Narnii”, ale miło wspominamy Astrid Lindgren i wcale nie "Dzieci z Bullerbyn”, ale „Ronię, córkę zbójnika”.


AG: Dziękuję za rozmowę.

AR: Również dziękuję za miłą rozmowę i pozdrawiam serdecznie.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Anna Kleiber wywiad i konkurs



Anna Kleiber wywiad

Anna Kleiber jest autorką trzech książek: „Kobiety z pazurem”, „Głupiej baby” i „Sabatu czterdziestek”. Każda z tych publikacji potrafi rozbawić czytelnika do łez, utrzymana jest w lekkim,  zabawnym tonie, w każdej też pojawia się mniej lub bardziej rozwinięty wątek kryminalny.
Pisarka pochodzi z Dolnego Śląska, obecnie mieszka w Luboniu. Jest doktorem nauk rolniczych w zakresie ogrodnictwa, pracuje w Bibliotece Raczyńskich. Uwielbia czytać, szczególnym sentymentem darzy powieści Stephena Kinga i Joanny Chmielewskiej.


Jak powstają tytuły Pani książek? Czy z góry wie Pani, jakim tytułem opatrzona będzie dana historia?

Nie ma w tym żadnej reguły. Czasem tytuł chodzi mi po głowie na długo przed rozpoczęciem pisania, a innym razem wymyślam go po zakończeniu snucia opowieści.


Którego ze swoich bohaterów ceni Pani szczególnie? A którego pokochały Pani czytelniczki?

Cóż, z żadnym moim bohaterem nie jestem szczególnie związana, a którego pokochały moje czytelniczki? To sama chciałabym wiedzieć J.



Czy miasteczka, w których rozgrywa się akcja Pani powieści istnieją naprawdę, czy są jedynie wytworem Pani wyobraźni?

W tej kwestii, tak jak w nadawaniu książkom tytułów, również nie ma reguły. Prawdziwymi miejscowościami są na przykład Lwówek Śląski oraz Zadole, a wymyślone Stare Strzelby.

Którą powieść pisało się Pani najłatwiej, a która sprawiła Pani najwięcej problemów?

Najłatwiej pisało mi się Głupią babę, ale z wydaniem tej właśnie książki miałam najwięcej problemów. Wydana została dopiero po tym, gdy tekst uładziłam zgodnie z wytycznymi otrzymanej z wydawnictwa recenzji, ale wydana została i tak przez zupełnie innego wydawcę.

Kiedy możemy spodziewać się kolejnych historii? Czy nowe książki będą utrzymane w podobnym stylu?

Myślę, że kolejna historia ukaże się już (a może dopiero?) w przyszłym roku. Tytuł ma nadany, jest to wersja robocza i zastanawiam się nad jego zmianą, ale mam z tym problem. A czy kolejne książki utrzymane będą w podobnym stylu? Oczywiście, że tak. Rozmyślam jednak na położeniu większego nacisku na wątek kryminalny. Z pisaniem o uczuciach mam wielki problem. Zresztą wszelakich romansów również nie czytuję.

Wiemy, że uwielbia Pani powieści Kinga i Chmielewskiej. Za co szczególnie? Które ich książki darzy Pani największym sentymentem?

Och, ta Chmielewska już mnie prześladuje ;) Kiedyś w jakimś wywiadzie na pytanie o ulubionych autorów książek powiedziałam, że czytuję Kinga oraz Chmielewską. Drugie nazwisko podałam automatycznie, ponieważ akurat czytałam jakąś książkę tej autorki. Teraz widzę, że mogłam bardziej ważyć słowa, bo często jestem o to pytana. W każdym razie Chmielewskiej najbardziej lubię „Romans wszech czasów” , a Kinga chyba „Czarny Dom”, „To” oraz „Sklepik z marzeniami”. Wprawdzie zostałam zapytana o książki Kinga oraz Chmielewskiej, ale pozwolę sobie zboczyć z tematu i zdradzić tytuł mojej najukochańszej książki J Otóż są to „Chłopi” Reymonta. Po raz pierwszy przeczytałam ją w podstawówce i od tamtej pory co jakiś czas do niej wracam. Ostatnio czytałam ją dobrych kilka lat temu i czuje, że nadszedł czas, aby po raz kolejny po nią sięgnąć. Wspaniała pozycja!


Czy czyta Pani powieści „koleżanek po piórze”? Mogłaby Pani jakąś nam polecić?

Jakiś czas temu odkryłam, że podobają mi się reportaże i wielka była moja radość, gdy dowiedziałam się, że moja koleżanka z ogólniaka, Iza Klementowska, takowe pisuje! Gorąco polecam jej „Minuty. Reportaże o starości” oraz „Samotność Portugalczyka”.


„Sabat czterdziestek” to nie tylko łatwa, lekka i przyjemna lektura. Co prawda w sposób dowcipny, ale jednak przemyciła Pani na karty powieści problematykę przemijania, starzenia się, radzenia sobie z upływającym czasem. Czy Pani zdaniem kobiety akceptują taki stan rzeczy? Godzą się z tym, że nie są już piękne i młode? A może nie warto zbyt intensywnie o tym myśleć, tylko cieszyć się życiem i z każdego dnia czerpać garściami? Jakie jest Pani zdanie w tej sprawie?


Myślę, że z kwestią przemijania mało kto sobie radzi. Uważam jednak, że należy starać się skupiać na tym, co dzieje się tu i teraz, a na pewno nie należy się dodatkowo dołować myślami o tym, że z każdym dniem stajemy się starsi. Trzeba żyć godnie oraz tak, aby nikomu (sobie również) nie zrobić krzywdy, ale wcale nie mam na myśli umartwiania się. O przyjemnościach również należy pamiętać J


Dziękuję za rozmowę.


Dziękuję bardzo.


KONKURS 
Zapraszam do zabawy. Do wygrania będzie egzemplarz powieści "Sabat czterdziestek". 
Aby wziąć udział w konkursie wystarczy pod tym postem podać ciekawą i zabawną odpowiedź na pytanie: 
"Z czym kojarzy Ci się tytuł tej książki?" i podać swój adres e-mail, bym mogła skontaktować się ze zwycięzcą. 
Na odpowiedzi czekam do 25 lipca, do godziny 23:00. 
Nagrodę ufundowało wydawnictwo BIS i autorka książki. 
Powodzenia! 




niedziela, 14 lutego 2016

Wywiad z Jolantą Knitter-Zakrzewską

Jolanta Knitter-Zakrzewska wywiad






Joanna Knitter-Zakrzewska jest autorką powieści obyczajowych-„Asmodeusz. Portrety” i „Niebieskie cienie na śniegu” i thrillera „Diabeł tasmański”. Pasjonuje się teatrem, literaturą, historią i filmem. Ukończyła administrację na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie i Podyplomowe Studia Pedagogiczne na Uniwersytecie Gdańskim. Wielokrotnie zmieniała miejsce zamieszkania, by wreszcie osiąść w Wejherowie. To tutaj mieszka i pracuje. Jest matką czterech synów, których wychowuje wspólnie z mężem w otoczeniu malowniczej kaszubskiej ziemi.


Anna Grzyb: Kiedy pomyślała Pani po raz pierwszy, że jest w stanie stworzyć powieść?

Jolanta Knitter-Zakrzewska: Kiedy tylko moje pierwsze koślawe litery zaczęły układać się w zdania, rozpoczęło się moje pisanie. Miałam zawsze pełno zeszytów w kratę zapisanych łącznie z okładkami przeróżnymi wierszami, opowiadaniami, szkicami do powieści. Pierwszą powieść napisałam w wieku lat dziewiętnastu. Niestety nie udało mi się jej wydać. Dopiero po wielu latach wróciłam do niej – usunęłam z niej nudne fragmenty, dłużyzny, pocięłam, skróciłam i tym razem – wydałam w zbiorze „Niebieskie cienie na śniegu”.

AG: Czy ma Pani tak zwanego pierwszego recenzenta? Kto mówi Pani, nad czym warto popracować, co zmienić, a co jest w Pani historiach najlepsze? Niektóre z pisarek proszą o opinię mężów, inne przyjaciółki. Czy i Pani potrzebuje oceny kogoś znajomego?

JK-Z: Tak, oczywiście dyskutuję o historiach, które opisuję z moimi najbliższymi. Cenię sobie również rady redaktora, który jako profesjonalista ma celne sugestie.

AG: Skąd czerpie Pani pomysły? Czy łatwiej pisze się opowiadania, czy powieść? Moim zdaniem bohaterowie „Kobiety na końcu peronu” idealnie nadają się do dłuższej opowieści…

JK-Z: Pomysły czerpię z samego życia. Większość historii opisanych w „Kobiecie na końcu peronu” jest w znacznej mierze oparta na faktach. Bohaterowie są bardzo ważni, ale najistotniejsza jest dla mnie „podszewka”, puenta, głębszy sens i chyba dlatego tak bardzo lubię formę opowiadań, również jako czytelnik, ponieważ w krótkiej formie pomijamy całe fragmenty długich opisów podając treść w sposób esencjonalny. Krótka forma daje również możliwość zawarcia w jednej książce wielu różnych historii. To jak podróż pociągiem – mijamy wiele stacji i to czytelnik sam wybiera, która najbardziej mu dopowiada, na której wysiądzie, pozostanie dłużej, albo zabierze ją sobie w pamięci w dalszą podróż. Nie wykluczam jednak, że w przyszłości pozwolę swoim bohaterom zaistnieć w dłuższej powieści.

AG: Wydała już Pani kilka książek, jakie są Pani doświadczenia we współpracy z wydawnictwami? Czy Pani zdaniem łatwo jest wydać powieść? Czy debiutant ma jakiekolwiek szanse na rynku wydawniczym?

JK-Z: Debiutant na rynku wydawniczym jest jak mała płotka w akwarium pełnym dużo większych od niego ryb. Żaden wydawca nie może nikomu zagwarantować, że jego książka zacznie sprzedawać się jak poranne, świeżo upieczone bułki w piekarni. Przy podpisywaniu umowy wydawniczej warto wybrać współpracę z tym wydawcą, który potrafi zapewnić autorowi dobrych patronów medialnych. Mimo wszelkich trudności nawet debiutant ma szansę zyskać grono swoich wiernych czytelników.

AG: Jakich rad mogłaby Pani udzielić początkującym autorom?

JK-Z: Nigdy nie można się poddawać. Nawet jeśli nikt nie chciał nas wydać, nie wolno przestać pisać i spróbować jeszcze raz. Nie można porzucać własnej pasji, bo to tak jakby się porzuciło część swojego życia. Człowiek, który pisze musi pozostać wierny sobie. Nie powinien ulegać modzie, nawet jeśli jego poglądy i sposób pisania są inne niż te obecnie „uznane” za „właściwe”. Szczerość przekazu i głębszy sens – to najistotniejsze sprawy.


AG: Jakiego typu literaturę Pani preferuje?

JK-Z: Zawsze rozczytywałam się w literaturze obyczajowej. Moim ulubionym pisarzem jest Isaac Bashewis Singer. Ze współczesnych pisarzy chętnie sięgam po Schmitta. Cenię sobie jego powieść: ”Kiedy byłem dziełem sztuki”, a króciutką:  „Tajemnicę pani Ming” uważam za jedną z najpiękniejszych książek. Doskonałe są opowiadania Schlinka, który najbardziej znany jest z powieści „Lektor”. Chętnie sięgam również po książki historyczne i biografie. Jeśli chodzi o wątki kryminalne, to sięgam po nie pod warunkiem, że oprócz nich historia ma rozbudowany wątek psychologiczno-obyczajowy. Tak jest u MacDonalda w powieściach „Niebieskie pożegnanie” i „Koszmar na różowo”.

AG: Czy Pani bohaterowie wzorowani są na rzeczywistych osobach, czy przygląda się Pani ludziom, by później wykorzystać ich zachowania, sposób myślenia w swoich opowieściach? Czy historie te są od początku do końca wyssane z palca?

JK-Z: Prawie wszystkie historie w „Kobiecie na końcu peronu” są oparte na faktach, niektóre zmieniłam naprawdę w niewielkim stopniu. Bohaterów również wzoruję na rzeczywistych osobach. Mam taki system pracy, że notuję nawet wypowiedzi konkretnych ludzi i wykorzystuję to później w opowieściach.

AG: Jakie są Pani plany na przyszłość? Kiedy ukaże się kolejna książka Pani autorstwa? O czym ona będzie?

JK-Z: Pracuję teraz nad powieścią o dojrzałym mężczyźnie, który po traumatycznym przeżyciu odszedł przed laty z policji i żeby zapomnieć o przeszłości rzuca się w wir pracy, próbując rozwikłać zagadkę śmierci pewnej kobiety. Więcej nie mogę zdradzić. Kiedy książka się ukaże, to zależy w dużej mierze od mojego najmłodszego synka, czy pozwoli mi wieczorami postukać w klawiaturę. Krzyś właśnie skończył dwa latka i jest w tej chwili najbardziej pochłaniającą mnie opowieścią.

AG: Dziękuję za rozmowę.


JK-Z: Dziękuję:-)

wtorek, 24 listopada 2015

Krystian Głuszko. Wywiad.






Krystian Głuszko wywiad



Krystian Głuszko jest autorem trzech książek: dwóch napisanych z myślą o czytelniku dorosłym: „Spectrum” i „Szukaj mnie wśród szaleńców” i jednej skierowanej do dzieci: „Podaj łapkę, misiu”. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec Małgosi. Pracuje jako barman. Na co dzień zmaga się z Zespołem Aspergera, prowadzi bloga „Zaburzony świat Krystiana”, stara się żyć normalnie i dzielić swoimi doświadczeniami. Daje dobry przykład, przełamuje stereotypy, wychodzi do ludzi, by uświadomić im, że choroba nie musi nikogo ograniczać.



Anna Grzyb: Czy pisanie zmieniło coś w Twoim życiu?

Krystian Głuszko: Oczywiście. Dzięki temu, że zacząłem wydawać książki poznałem wielu wspaniałych ludzi zarówno osobiście, jak i w sieci. Dzięki pisaniu mogę spełniać moją małą, wielką misję, którą wyznaczyłem sobie po to, by moje choroby, które nazywam po prostu urodą do czegoś się przydały i bym mógł kiedyś powiedzieć „warto było urodzić się autystycznym, to pomogło innym”, a jestem przekonany, że nie bez powodu urodziłem się z taką „urodą”.


AG: Jak długo w Twoim przypadku trwają prace nad książką i skąd wziął się pomysł, byś zaczął pisać?

KG: Mam ogromne szczęście, że książki piszę strumieniem świadomości. Praca nad książką trwa tyle samo, co miałbym ją czytać. Piszę bardzo szybko, ponieważ jestem ciekaw, co wydarzy się na następnej stronie, a tego nigdy nie wiem i nie planuję. W mojej głowie są już napisane książki, w pewnym momencie siadam do komputera i stukając w klawiaturę daję im istnienie w rzeczywistości, a nie tylko w zakamarkach mojego umysłu.
Pomysł, by zacząć pisać? Nic takiego nie było. Po prostu pewnego dnia pojawiła się silna potrzeba pisania, wyrzucenia z siebie kilku zdań, by poczuć ulgę.

AG: Czy łatwiej pisze się dla czytelnika dojrzałego, czy dla dzieci?

KG: Dla dzieci pisze się tak samo jak dla dorosłych, tylko uważniej i dokładniej. Dzieci są bardziej wymagającymi czytelnikami od dorosłych. Nie można im pozwolić się nudzić przy czytaniu, bo tracą inaczej uwagę i przypominają sobie, że jest jeszcze telewizor czy klocki, a historia w książce umiera na pewnym etapie.

AG: Jak przyjęta została Twoja książeczka skierowana do młodszego czytelnika? Czy znalazła już odbiorców? Cieszy się zainteresowaniem?  



KG: Książeczka została przyjęta bardzo ciepło. Dostaję wiele wiadomości od rodziców, którzy czytają ją swoim dzieciom i za każdym razem bardzo mi za nią dziękują. Moja misja spełnia się idealnie.

AG: Opowiedz nam jeszcze o tegorocznych Targach Książki w Krakowie. Byłeś tam po raz drugi, prawda?

KG: Tak, na targach w Krakowie byłem po raz drugi. Niesamowitą sprawą jest spotkanie się z czytelnikiem w cztery oczy. To bardzo cenne i niezwykłe uczucie, zwłaszcza, jeśli tak jak ja, obnażało się przed nim nie tylko wyobraźnię, ale i całą duszę.

AG: Co chciałbyś powiedzieć osobom dotkniętym Zespołem Aspergera, masz dla nich jakąś cenną radę, wskazówkę?

KG: Nie patrzcie na definicję urody autystycznej. Niemal wszystkie sztywne regułki da się pokonać, a jak nie, to pokochać. Spójrzcie na mnie. Mam Zespół Aspergera i jestem barmanem – przecież brzmi to absurdalnie i niemożliwie, a jednak…

AG: Twój mały bohater, miś Kostek, jest zagubionym stworzonkiem, które mimo wszystko znajduje przyjaciela. Czy trudno jest zaprzyjaźnić się z dzieckiem innym, odmiennym, jak myślisz?

KG: Przyjaźń to coś niesamowitego, trwałego, ale wymagającego ciągłej pielęgnacji. Łatwo jest się zaciekawić dzieckiem innym od reszty, ale trudniej z nim zaprzyjaźnić. To, co inne jest z reguły ciekawe, czasami jednak warto trwać przy tym nawet wtedy, jak już się tą ciekawość zaspokoi.

AG: Jak Twoim zdaniem postrzegane są przez ogół społeczeństwa osoby dotknięte tą chorobą? Czy ludzie boją się odmienności, bo jej nie rozumieją?

KG: Nie chorobą. Moim zdaniem Zespół Aspergera jest typem urody, nie zaburzeniem, dysfunkcją czy chorobą. Osoby z urodą autystyczną są niesamowicie ciekawymi ludźmi, którzy poprzez płaszcz milczenia, który na siebie zarzucają wydają się nudziarzami. Uwierz mi, świat autystyczny potrafi być piękny, pomimo tego, że często jest bolesny.
Ludzie przestają bać się odmienności. Zaczyna ich ona ciekawić i dzięki temu coraz częściej udaje się im ją zrozumieć.

AG: Jakiego typu literaturę preferujesz? I co czytasz swojej córeczce?




KG: Najlepsze książki, jakie przeczytałem trafiły w moje ręce przez przypadek i są one z przeróżnych gatunków. Nie mam swojego ulubionego typu. Książka musi do mnie trafić w odpowiednim momencie mojego życia, bym mógł ją pochłonąć. Moja córeczka sama wybiera sobie książeczki, pomimo tego, że ma zaledwie półtora roczku. Jeśli coś jej się nie spodoba idzie po inną i tak metodą prób i błędów tworzymy jej biblioteczkę na półkach z książkami, które należą do niej.

AG: Czy planujesz wydać coś nowego dla dorosłych? Możesz zdradzić nam, o czym będzie Twoja kolejna książka?

KG: Najprawdopodobniej wiosną ukaże się moja kolejna powieść dla dorosłych. Jest to coś w rodzaju thrillera psychologicznego, tym razem prawie zmyślonego. Mówię „prawie”, ponieważ życie realne jest zbyt ciekawe i cenne, by się nim nie inspirować i nie wplatać go pomiędzy kartki książek.


AG: Trzymam kciuki za kolejne Twoje publikacje i gratuluję sukcesów.




Recenzja "Podaj łapkę, misiu": http://asymaka.blogspot.com/2015/10/krystian-guszko-podaj-apke-misiu.html

poniedziałek, 21 września 2015

"Nagminnie kłamałam..." Wywiad z Agnieszką Lingas-Łoniewską.

„Nagminnie kłamałam. Od tego zaczęła się moja przygoda z pisaniem…”
Agnieszka Lingas-Łoniewska wywiad





Spotkanie autorskie z Agnieszką Lingas-Łoniewską odbyło się 7 września o godzinie 18:30 w małej, przytulnej tuczyńskiej bibliotece. Pisarka bestsellerowych, szalenie popularnych powieści, które wyróżniają się na tle innych ogromną dawką emocji, opowiadała o początkach literackiej kariery ciekawie i z prawdziwą pasją. Uchyliła również rąbka tajemnicy na temat najnowszej swojej książki zatytułowanej „Skazani na ból”, która ukaże się pod koniec października. Dwuczłonowe nazwisko autorki kilkunastu już wydanych powieści znane jest czytelniczkom z całej Polski, które z wielką niecierpliwością oczekują na kolejne stworzone przez nią historie.


Anna Grzyb:
Jak to było z tym pisaniem?

Agnieszka Lingas-Łoniewska:
Pisać chciałam od zawsze, choć wiem, że to takie banalne, bo wszyscy pisarze tak mówią.
Byłam dzieckiem o wybujałej wyobraźni i nagminnie kłamałam. W szkole podstawowej opowiadałam koleżankom o miłości dziadka i babci, którzy poznali się pod Monte Cassino. Mama, gdy się o tym dowiedziała, wręczyła mi zeszyt i zaproponowała, bym zamiast wymyślać i opowiadać w szkole te zmyślone historie, zapisywała je. I tak się to wszystko zaczęło. Moja mama ma zresztą do dziś te zeszyty, trzyma je dla potomnych, dla moich dzieci, dla wnuków.

AG:
Kiedy nauczyłaś się czytać, bo jak wiemy, prowadzisz też blog z recenzjami i czytanie jest Twoją kolejną wielką pasją?



AL.-Ł:
Nauczyłam się czytać jako czterolatka. W domu rodzinnym zawsze było bardzo dużo książek. Już jako dziewięcioletnie dziecko wykazywałam zamiłowanie do kryminałów, znałam wszystkie powieści Agaty Christie.

AG:
Jaką literaturę preferujesz obecnie? Czy nadal cenisz kryminały? Masz ulubionego autora, których powieści mogłabyś polecać „w ciemno”?

AL.-Ł:
W ciemno mogę polecić Daniela Silvę i jego świetną szpiegowską serię o Gabrielu Allonie. A także książki Roberta Craisa. Oczywiście Kinga, aczkolwiek wolę jego wcześniejsze powieści.

AG:
Przez wiele lat pracowałaś w korporacji, by wreszcie poświęcić się tylko pisaniu. Czy dzisiaj, z perspektywy czasu, uważasz, że to był dobry wybór?



AL.-Ł:
Najlepszy z możliwych. Zawsze powtarzam (wzorem bohatera polskiej komedii): Odpowiedz sobie na ważne pytanie, co chcesz w życiu robić? I po prostu zacznij to robić. I ja zaczęłam. I jestem z tego powodu niezwykle szczęśliwym człowiekiem.


AG:
Z wykształcenia jesteś polonistką. Czy kiedykolwiek pracowałaś w zawodzie?

AL.-Ł:
Nie, odbywałam tylko praktyki w liceum i szkole podstawowej. Tak się moja droga potoczyła, że na wiele lat związałam się z korporacją, gdzie byłam dyrektorem dużego działu zajmującego się sprzedażą i marketingiem internetowym. A teraz piszę :)

AG:
Opowiedz nam o najnowszej powieści „Skazani na ból”. Skąd wziął się pomysł na tak trudną, kontrowersyjną postać, jaką bez wątpienia jest Aleks.

AL.-Ł:
Postać Aleksa narodziła się w mojej głowie tuż po tym, kiedy moja nastoletnia córka oznajmiła mi, że zakochała się w starszym chłopaku. Skinheadzie na dodatek. To było zderzenie z rzeczywistością, w której musiałam się odnaleźć. Wniknęłam w ten świat, przeprowadziłam szereg rozmów z młodymi i nie tylko młodymi ludźmi, którzy są mocno związani z tą ideologią. To pomogło mi stworzyć postać Aleksa Pańskiego-głównego bohatera „Skazanych na ból”.

AG:
Którego ze swoich bohaterów darzysz szczególnym sentymentem i dlaczego właśnie tego? A którego pokochały Twoje czytelniczki?

AL.-Ł:
Chyba Lukasa, gdyż po części wzorowany jest na osobie mojego przyjaciela. Lubię też Piotra Sadowskiego z „Bez przebaczenia” i Aleksa Pańskiego ze „Skazanych na ból”. Szczerze mówiąc to każdego mojego bohatera kocham i darzę odpowiednią porcją atencji. A czytelniczki? Jak na razie w tych rankingach bezapelacyjnie wygrywa Lukas. Często też w czołówce pojawia się Piotr Sadowski, Michał Langer i Tommy Cordell.


AG:
Nad czym obecnie pracujesz?

AL.-Ł:
W tej chwili poprawiam napisaną dużo wcześniej powieść z gatunku New Adult. Książka miała pierwotny tytuł „Trudna miłość”, ale ukaże się pod tytułem „Jesteś moja, dzikusko”. Premiera już w lutym 2016 roku.


AG:
Jak to jest z tymi okładkami? Czy autor ma wpływ na to, co pojawi się na okładce jego książki?
AL.-Ł:
W moim przypadku mam wpływ, aczkolwiek i tak ostateczne zdanie należy do wydawnictwa. Pamiętajmy, że książka dla wydawcy to nic innego, jak produkt, który musi atrakcyjnie opakować.


AG:
A tytuł? Czy najpierw powstaje fabuła, a tytuł pojawia się później?

AL.-Ł:
W sumie mogę powiedzieć, że u mnie następuje to niemal jednocześnie. Czasami oczywiście mam problem z właściwym tytułem, a bardzo rzadko wydawca zmienia mi tytuł, do tej pory zdarzyło się to raptem trzy razy.


AG:
Czy kontakt z czytelnikiem jest dla pisarza ważny, potrzebny?

AL.-Ł:
No to raczej oczywiste, chyba że ktoś pisze tylko do szuflady. Bez czytelników pisarz i jego praca nie miałyby racji bytu. Dla mnie to elementarne zadanie: utrzymywać kontakt z czytelnikami. Dlatego jeżdżę po całej Polsce na spotkania autorskie, na które zapraszają mnie biblioteki, prowadzę fanpage autorski i grupę fanowską. Bawię się przy tym wyśmienicie i wiem, że moi czytelnicy także :)

AG:
W jaki sposób pracujesz nad książką? Masz ulubioną porę dnia czy nocy, w czasie której pisze Ci się najlepiej?

AL.-Ł:
Zawsze piszę do południa, około dwóch godzin, a potem późnym wieczorem, gdzieś od 23 do 2 w nocy. To moje stałe pory pracy, już takiego intensywnego pisania. Jednakże gdy pracuję nad daną powieścią, to mam ją w głowie 24 godziny na dobę i dopóki nie postawię magicznej ostatniej kropki, żyję życiem moich bohaterów. Oddaję się im w całości, dlatego są tacy prawdziwi, jak potem wielokrotnie słyszę od moich czytelników.


AG:
Dziękuję za rozmowę i spotkanie.

AL.-Ł:
Ja również i pozdrawiam wszystkich Czytelników :)







czwartek, 9 lipca 2015

Joanna Kubica wywiad





Joanna Kubica wywiad


Joanna Kubica urodziła się w 1987 roku w Lidzbarku Warmińskim, ale od blisko dwudziestu lat jest mieszkanką Wrocławia i to właśnie miasto wybrała na miejsce akcji swojej debiutanckiej powieści. Zainspirowały ją spacery po klimatycznym Ostrowie Tumskim i wrocławskim rynku. Pisze w każdej wolnej chwili, kocha podróże.



Anna Grzyb: Jak długo trwały prace nad książką i czy ma zamiar ograniczyć się Pani tylko do tego jednego gatunku, czyli fantastyki?

Joanna Kubica: Samą powieść pisałam kilka miesięcy. Jednak od momentu, gdy narodził się w mojej głowie pomysł na jej napisanie, a chwilą, gdy książka ukazała się na rynku, minęło jakieś… 6 lat. „Katedrale” długo czekały na swój czas, ale zawsze wierzyłam się uda. J Fantasy to jeden z moich ulubionych gatunków literackich, ale nie ograniczałabym się do pisania samej fantastyki. Mam pewien pomysł, a nawet zarys fabuły powieści obyczajowej, poza tym jestem fanką kryminałów i thrillerów. Nie twierdzę jednak, że podejmę się kiedyś napisania tych dwóch ostatnich. Chociaż kto wie?


AG: W jaki sposób tworzyła Pani swoich bohaterów? Czy z góry wiedziała Pani, że będą tacy, a nie inni?

JK: Teoretycznie wiedziałam kim są moi bohaterowie, jaki mają charakter, plany, marzenia. W trakcie pisania jednak wielu z nich zaczęło „żyć własnym życiem”, ewoluować. Momentami miałam wrażenie, że dany bohater jednak by tego czy tamtego nie zrobił, albo jest zdolny do rzeczy, których pierwotnie nie zakładałam. W kolejnych planowanych tomach sagi „Katedrale” postacie mogą jeszcze niejednokrotnie zaskoczyć czytelnika.



AG: Którego z nich obdarzyła Pani największą sympatią? Czy postaci negatywne wzorowane były na kimś rzeczywistym, by się na przykład na kimś zemścić?

JK: Szczerze mówiąc, ciężko wybrać mi swoich faworytów. Lubię całą paczkę: Karolinę, Natalię, Tomka, Piotra, Adriana i Ronalda. Z każdym mogłabym się zaprzyjaźnić, każdego lubię z innego powodu. Lubię także główny czarny charakter tj. królową Jedah. To postać bardzo skomplikowana. Zanim stała się tym, kim jest, przeżyła rodzinną tragedię. Jedah to przykład człowieka, który pod wpływem wielu trudnych doświadczeń, zmienia się diametralnie i to w tym najgorszym znaczeniu. Jednak dla każdego jest nadzieja. Co będzie, gdy „królowa śniegu” pozna swoją „bliźniaczkę”? Wszystko jest możliwe. A tak nawiasem mówiąc, nigdy by mi nie przyszło do głowy wzorować negatywną postać na kimś rzeczywistym z pragnienia zemsty. Dla niejednej znajomej osoby to wciąż byłaby nobilitacja. "I cóż, że drań, grunt, że znalazł się w powieści." J

AG: Pani bohaterka, Natalia, po raz trzeci oblała egzamin na prawo jazdy, tak zaczyna się Pani opowieść. Jakie były Pani doświadczenia z nauką jazdy, czy również miała Pani problem ze zdaniem egzaminu?

JK: Pierwsza scena powieści to zdecydowanie wątek autobiograficzny. Ja na szczęście za czwartym już nie oblałam, także wszystko przed Natalią. J Zresztą, po wydarzeniach, które stały się udziałem Natalii, taki egzamin jej już niestraszny.


AG: Skąd pomysł na umiejscowienie akcji właśnie we Wrocławiu? Uważa Pani, że pisarz powinien znać okolice, o których opowiada czytelnikom?

JK: Chciałam tchnąć trochę magii do mojego miasta. Zawsze miałam wrażenie, że nadawałoby się idealnie do celów literackich. J Wielokrotnie spacerowałam w dzień czy wieczorem po zabytkowej części Wrocławia i twierdziłam, że jest na swój sposób magiczna. Nie mam nic przeciwko umiejscawianiu akcji powieści w baśniowych lub kompletnie wyimaginowanych światach, ale jest to naprawdę trudne zadanie i tylko kilku pisarzy potrafiło stworzyć intrygujący świat od A do Z, z przemyśleniem każdego najmniejszego detalu. Pod tym kątem warto wspomnieć o takich mistrzach gatunku jak John R.R. Tolkien czy Terry Pratchett. Oni to potrafią! Kiedyś byłam recenzentem w konkursie literackim i przeczytałam naprawdę wiele opowiadań z gatunku fantasy, w których akcja działa się w wykreowanym świecie. Mało komu udało się mnie nim zainteresować. Zwykle były to powielane po tysiąc razy pomysły, często niedopracowane. Dlatego uważam, że czasem warto zainspirować się miejscem, które dobrze znamy. Kto powiedział, że przy odrobinie wyobraźni nie zmieni się w niezwykłą scenerię idealną pod powieść fantasy?


AG: A dwa równoległe światy. Wyobraża sobie Pani czasem, jak mogłoby to być…? „Nigdy nie jesteś sam.”
Gdybyśmy i my mieli po drugiej stronie kogoś podobnego do siebie? Jak zareagowałaby Pani, spotykając taką osobę? Czy podobnie jak Natalia?

JK: Podejrzewam, że z początku zareagowałabym tak jak Natalia. Pod tym względem mamy ze sobą dużo wspólnego. Z drugiej strony, z pewnością byłby moment zachłystnięcia się magicznym światem – trochę jak u Adriana. Jednak… tak naprawdę człowiek nigdy nie jest pewien, jak zareagowałby na niecodzienną i tak niesamowitą sytuację.


AG: Czy chciałaby Pani przeżyć przygody, jakie stały się udziałem Pani bohaterów? Umiałaby Pani odnaleźć się w tak niebezpiecznej sytuacji?

JK: Chciałabym polatać magicznym dywanem i zobaczyć we wrocławskim zoo smoka. J A jeśli chodzi o odnalezienie się w trudnej sytuacji – mam nadzieję, że umiałabym. Mimo wszystko, zanim człowiek czegoś sam nie przeżyje, to może tylko gdybać. A rzeczywistość może być różna.


AG: Wierzy Pani, że dobro zawsze zwycięża? Przyjaźń i miłość potrafią zdziałać cuda?

JK: Chciałabym wierzyć, że dobro zawsze zwycięża. Niestety, słysząc na co dzień o wojnach i tragediach, jakie dzieją się na świecie, a nawet tuż obok nas, nie mogę powiedzieć, że tak zawsze faktycznie jest. Swego czasu Woody Allen nakręcił film pt. Wszystko gra. Pamiętam, że po jego obejrzeniu miałam mieszane uczucia – morderca nie poniósł zasłużonej kary, dopomógł mu łut szczęścia. Później pomyślałam, że w życiu niestety czasem tak jest, a tamten film doskonale obrazował brutalne reguły rządzące światem. Za to mogę podpisać się pod stwierdzeniem, że miłość i przyjaźń potrafią zdziałać cuda. Otoczeni przez bliskich i przyjaciół, wspólnie możemy przenosić góry.



AG: Kiedy ukaże się Pani kolejna publikacja i o czym ona będzie?

JK: W planach mam kolejny tom „Katedrali” oraz myślę o powieści obyczajowej, której póki co szczegółów nie chce zdradzać, aby nie zapeszyć. W każdym razie prace trwają i mam nadzieję, że na efekty nie będzie trzeba tym razem tak długo czekać.

Dziękuję za rozmowę. 



Moja recenzja debiutanckiej powieści autorki: http://asymaka.blogspot.com/2015/06/katedrale-joanna-kubica.html  

sobota, 27 czerwca 2015

Wywiad z Jackiem Ślusarczykiem.

Jacek Ślusarczyk wywiad




Autor niebanalnej i niezwykle zabawnej powieści „Zebra w barze… czyli Polak potrafi” zgodził się odpowiedzieć na kilka moich pytań. Może za sprawą tej rozmowy uda mi się dowiedzieć coś więcej o Jacku Ślusarczyku.


Anna Grzyb: Skąd wziął się pomysł na „Zebrę w barze…”? 
Naprawdę uważa Pan, że to książka skierowana przede wszystkim do mężczyzn? Według mnie i kobiety mogą świetnie się z nią bawić…
Jacek Ślusarczyk: Pomysł na książkę?
Zbieg okoliczności. Myślę, że każdy ma kiedyś w życiu taki moment, kiedy chce podzielić się swoimi spostrzeżeniami, doświadczeniami albo przemyśleniami z kimś, kogo kocha. A ja kocham ludzi. Kiedy podróżowałem po świecie nie chodziłem do muzeów, nie "zwiedzałem zabytków"i nie łaziłem, żeby zobaczyć... i zaliczyć. Byłem... i wpisałem się... /na murze/! Pierwsza rzecz... znaleźć lokalnych tubylców, zaprzyjaźnić się i pogadać o życiu. Miałem szczęście poznać i pracować razem z teatrem awangardowym "Akademia Ruchu". Zwiedziłem w ten sposób kawał Europy. Cudowna przygoda ze wspaniałymi ludźmi. Tak, że... ochota podzielenia się.
Następną sprzyjającą okolicznością był przestój w pracy. Naokoło wszyscy ciężko udawali, że coś robią, a ja nie musiałem...tłukłem w klawisze laptopu i...zawsze wyglądałem na zapracowanego.
Trzecim powodem była frustracja. Cały rynek w Polsce opanowały kobiety. Pani Grochola, Pani Gutowska -Adamczyk... nie muszę udowadniać, wystarczy spojrzeć na półkę z książkami. Właśnie teraz piszę do pani, Pani Aniu, a moim wydawcą jest Joasia. Kobiety piszą dla kobiet. Domy stoją nad Rozlewiskami, wszędzie pleni się miłość i tragedia gdzieniegdzie. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Książki są świetne, wszystkie przeczytałem, ale jak zobaczyłem kiedyś okładkę, na której mężczyzna leży w łóżeczku i ssie paluszek jak jakiś obsrany niemowlaczek... to mną zatrzęsło. Pomyślałem, że może czas na książkę TEŻ dla mężczyzn. To sobie sam napisałem.
W ten sposób odpowiedziałem przy okazji na pytanie drugie.

 AG: Opowiedział Pan, i to jak... Takiego rozmówcy jeszcze nie miałam. 
 Którego ze stworzonych przez siebie bohaterów obdarzył Pan największą sympatią, z którym mógłby się Pan zaprzyjaźnić?
Czy historia ta zawiera elementy autobiograficzne, czy czerpał Pan inspirację z życia swojego lub swoich znajomych? 
JŚ: Bohaterowie mojej powieści istnieli naprawdę, i byłem zaprzyjaźniony z nimi / i jestem / też naprawdę. Jak już napisałem... kocham ludzi i biorę ich takimi, jakimi są. Nie przebieram. Ludzie są fajni i każdy ma w sobie coś ciekawego. Ludzie skłóceni ze sobą nie szukają przyjaźni, męczą się sami.
I tu widzę odpowiedziałem częściowo na pytanie czwarte. Książka jest autobiograficzna. Niektóre elementy podkoloryzowane trochę, zmienione nazwiska i nazwy, poza tym... historia prawdziwa.

 AG: Jaką literaturę preferuje Jacek Ślusarczyk?
JŚ: Czytam wszystko, poza historiami o wampirach. Moja kochana siostra Barbara przysyła mi książki bez przerwy. Dzięki jej za to. Dobre książki czytam czasem parę razy. / Harry Potter...kto napisał, że to dla dzieci?!/


AG: Czy tworzy Pan kolejną powieść? Jeżeli tak, o czym ona będzie?
JŚ: Mam plan i początek powieści dla młodzieży. Za dwa lata będę na emeryturze /Hurrrra!/... może wtedy dokończę, bo w pracy, cholera, jesteśmy teraz wyjątkowo zajęci, a jak Smoleń mówił..."żyć trzeba".

 AG: Jakimi słowami zachęciłby Pan czytelnika do sięgnięcia po „Zebrę w barze…”?
JŚ: Jeżeli ktoś chce przeczytać książkę, którą się czyta lekko, jest zabawna i która pokazuje Stany Zjednoczone oczami kogoś, kto żyje tu od lat trzydziestu...to jest "Zebra w barze...".
Dziękuję za wywiad, Pani Aniu.



AG: Dziękuję za ciekawą rozmowę. 

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Krystian Głuszko wywiad i konkurs "Szukaj mnie wśród szaleńców"

Krystian Głuszko wywiad
"Moim marzeniem jest bym był takim rodzicem dla swojej córeczki, jakimi rodzicami byli dla mnie moi. Chciałbym być dla niej przyjacielem. Nauczyć szacunku dla słabszych."


Zdjęcie pochodzi z profilu autora na FB: https://www.facebook.com/profile.php?id=100002813533385&fref=ts




Krystian Głuszko zadebiutował tytułem „Spektrum” w 2012 roku. Od urodzenia mieszka w Tomaszowie Lubelskim. Pracuje jako barman w rodzinnym pubie. Zmaga się od dzieciństwa z autyzmem oraz chorobami współistniejącymi. To właśnie choroba stała się zaczątkiem do pisania i publikowania. Przed sześcioma laty autor wydał tomik wierszy zatytułowany „Śmierć wiosny”, ale to prozę uznał za swój prawdziwy debiut literacki. Świeżo upieczony ojciec Małgosi i mąż Ewy. Choć życie go nie rozpieszcza, stara się myśleć pozytywnie i docenia to, co ma. To niezwykle pozytywnie nastawiony do świata i ludzi człowiek, ciepły, sympatyczny, wrażliwy i kulturalny. Zapraszam na blog pisarza: WWW.krystian-robert.blogspot.com 

Właśnie pojawiła się na rynku wydawniczym kolejna propozycja literacka Krystiana, w związku z tym postanowiłam przybliżyć Wam sylwetkę autora.


AG: Wiem, że pisanie nie sprawia Ci większych trudności. Czy zawsze tak było?

KG: Gdy byłem dzieckiem pisałem wierszyki. Zawsze miałem przy sobie notes i długopis. Często w głowie pojawiały mi się słowa, a ja układałem z nich zdania. Pisanie nigdy nie sprawiało mi trudności. Pisząc wyłączam się. Nie ma mnie dla otoczenia. Jestem tylko ja i świat, który tworzę. To trochę tak jak zabawa w Boga. Dajesz życie bohaterom i kierujesz ich losami.

AG: Jak została przyjęta Twoja debiutancka książka przez czytelników? Czy obawiali się jej, czy też bez zahamowań chętnie po nią sięgali?

KG: Moja pierwsza książka porusza temat tabu choroby psychicznej. Z takimi tematami bywa różnie. Ludzie raczej je omijają. Nie jest to książka, którą czyta się, by się odprężyć, zrelaksować. Jest ciężka, ale wydaje mi się, że potrzebna.

AG: Co myślisz o spotkaniach autorskich? Na Targach Książki w Krakowie, gdzie premierę miała Twoja najnowsza powieść „Szukaj mnie wśród szaleńców” znalazły się osoby, które prosiły o autograf i chwilę rozmowy. Czy to i dla Ciebie tak samo ważne doświadczenie, jak dla odbiorców Twojej twórczości?

KG: Tak, jest to dla mnie ważne. Niesamowicie stresujące, ale miłe. Staram się unikać tłumów. Źle na mnie działają. Budzą lęk i niepokój. To normalne u osób z Zespołem Aspergera. Ja jednak staram się przełamywać swoje słabości, a gdy przełamać ich nie mogę, to chociaż oszukać. To miłe, gdy czytelnik chce zamienić parę słów z autorem i mimo wszystko tego pragnę.


AG: Czy rodzina wspiera Cię w pisaniu? Czytają, komentują, trzymają kciuki?

KG: Moja żona wyłapuje błędy w moich tekstach. Pomaga mi dostrzec w nich to, czego ja jako autor nie potrafię. Bardzo mnie wspiera i razem ze mną cieszy się z moich małych sukcesów. Bez niej teksty wysłane do wydawcy byłyby bardzo niedopracowane.


AG: Do jakiego czytelnika chciałbyś trafić za sprawą swojej najnowszej książki? Każde z opowiadań jest zupełnie inne, według mnie jedno przekona tych, którzy kochają historie dające nadzieję, podnoszące na duchu, drugie nastawi do Ciebie pozytywnie miłośników kryminalnych zagadek, a trzecie, bardzo intymne i niełatwe w odbiorze pokaże, jaki jesteś. Z czym zmagasz się na co dzień, o czym myślisz, jak daleką drogę przeszedłeś w swoim niemalże trzydziestoletnim życiu. Zgadzasz się z moją opinią?

KG: Tak, zgadzam się z Tobą. Mam nadzieję, że uda mi się dotrzeć do odpowiedniej grupy czytelników. Każde z opowiadań ma swoje zadanie. Jedno ma dać nadzieję, drugie pokazać moc umysłu, a trzecie to, że zawsze można być szczęśliwym, mimo choroby psychicznej, mimo wszystko...

AG: Czy pisanie jest dla Ciebie w jakiś sposób oczyszczające? Pomaga Ci w czymkolwiek, czy jest spełnieniem marzeń sprzed lat?

KG: Tak, pisanie jest moją terapią. Bardzo mi pomaga. Jedni biegają, inni robią brzuszki lub trenują sztuki walki. Ja piszę. Wyżywam się na klawiaturze. Można powiedzieć, że jest to dla mnie pewien rodzaj sportu, oczyszczenia, spełnienia marzeń...

AG: O czym są Twoje wiersze? Czy wolisz pisać prozą czy jednak poezja gra pierwsze skrzypce w Twojej duszy?

KG: Wierszy nie piszę już od wielu lat. Od nich zaczynałem. Jednak po pewnym czasie przestały mi wystarczać. Mam za dużo do powiedzenia i w żadnym wierszu nie zmieściłbym tego, co chcę przekazać innym.

AG: Kiedy najlepiej Ci się pisze, rano, wieczorem, w nocy?

KG: Dla mnie nie jest ważna pora dnia, lecz faza choroby, w której jestem. Najgorzej pisze mi się, gdy jestem w psychozie, a najlepiej w depresji. Gdy w niej jestem mogę pisać wszędzie i o każdej porze. Nic mnie wtedy nie rozprasza.

AG: Jakim chciałbyś być ojcem dla swojej córeczki? Co chciałbyś jej przekazać, czego nauczyć o życiu?

KG: Moim marzeniem jest bym był takim rodzicem dla swojej córeczki, jakimi rodzicami byli dla mnie moi. Chciałbym być dla niej przyjacielem. Nauczyć szacunku dla słabszych.

AG: Opowiedz nam jeszcze o blogowaniu. Jak długo prowadzisz stronę, z jakiego typu komentarzami się tam spotykasz? Czy pisanie o chorobie pomaga osobom z podobnymi schorzeniami, podnosi je na duchu?

KG: Bloga prowadzę dwa lata. Trafia na niego konkretne grono czytelników. Z komentarzy i wiadomości prywatnych dostrzegam, że pomaga on innym. Wielu szuka porady, ale są i tacy, którzy nie chcą czuć się samotni z problemem. Mój blog spełnia „misję”, którą sam sobie wymierzyłem.


AG: Czy piszesz coś nowego? Jakiego rodzaju będzie to publikacja?

KG: Póki co w mojej głowie szaleją słowa. Zaczynają układać się już w zdania, więc lada moment zacznę je spisywać. Tym razem postaram się, by pozycja nie była ciężka.


AG: Bardzo dziękuję za rozmowę i cieszę się, że miałam okazję poznać Cię osobiście.

KONKURS: 

Do wygrania "Szukaj mnie wśród szaleńców". Wystarczy pod tym postem umieścić odpowiedź na pytanie: Dlaczego to właśnie do Ciebie ma trafić ta książka? Pamiętajcie o pozostawieniu adresu e-mail. 
Zabawa zaczyna się dzisiaj, 8 grudnia i potrwa do 15 grudnia, do godziny 23:00. 









poniedziałek, 17 listopada 2014

Ewa Bartkowska wywiad i konkurs "Ja, judaszka" do wygrania


"Miłość nie ma wieku, koloru skóry ani religii, nie ma nawet płci(...)"
Ewa Bartkowska
Wywiad i konkurs



Ewa Bartkowska zadebiutowała w październiku tego roku powieścią „Ja, judaszka”. Mówi o sobie, że jest całkiem zwyczajną osobą, kobietą, matką, córką, przyjaciółką. Mam jednak co do tego stwierdzenia wątpliwości. Tylko człowiek wyjątkowy byłby w stanie stworzyć taką historię!
Uwielbia czytać książki, jak też podróżować. Mieszkała już w Jeleniej Górze, w Szczytnie, Olsztynie, we Frankfurcie nad Menem, Offenbachu, Rodgau. Czternaście lat temu osiedliła się we Wrocławiu, czy na stałe? Nigdy nie przywiązywała się do stanowisk czy miejsc. Życiowe role również zmieniała bez najmniejszych problemów.


Jak długo trwały prace nad powieścią? Czy pisało się ją lekko, czy pochłonęła Panią bez reszty ta historia?

- Pierwsza wersja historii powstawała przez dziewięć miesięcy, potem były jeszcze poprawki, zmiany to tu, to tam. Jednak cały czas miałam wrażenie, że powieść pisze się jakby sama, płynnie, bez przerw, nie napotykając na żadne przeszkody, a ja jestem tylko narzędziem, i oprócz wystukiwania na klawiaturze właściwych znaków nie mam tu nic więcej do zrobienia.   Przyznaję, że historia pochłonęła mnie całkowicie, nie pozostawiając miejsca na inne aktywności. Pisanie jest zajęciem ogromnie pasjonującym, choć jednocześnie zaborczym - wprawia w stan euforii i uzależnia.    


Co było najpierw, fabuła czy tytuł? Ten ostatni jest przecież tak kontrowersyjny, przyciągający, hipnotyzujący wręcz, a dobry tytuł to zdaje się podstawa, by zainteresować potencjalnego czytelnika?

- Niebanalny tytuł, ciekawa okładka są bardzo ważne, ale nie najważniejsze. Czytamy głównie dla treści, chociaż ja sama niekiedy dla stylu i języka. W przypadku mojej powieści pierwsza była fabuła, pomysłów na tytuł pojawiło się kilka, ale żaden nie zachwycał. I wtedy, jak królik z kapelusza, wyskoczył „Ja, judaszka”. Stwierdziłam, że konstrukcja intrygująca i oryginalna, a do tego odrobinę abstrakcyjna. Bingo!   




Czy w postaci Alicji znajdziemy jakąkolwiek cechę Pani własnej osobowości? Czy darzy Pani sympatią swoją bohaterkę?

- Bardzo lubię Alicję choć nie zawsze się zgadzamy. Ale szanuję jej odmienność, bo właśnie różnice są interesujące. I rozwijające. Dzięki nim poszerzamy granice własnego postrzegania. Mamy też cechy wspólne – również jestem samotniczką, nie czuję potrzeby posiadania wokół siebie tłumu ludzi, lubię być sama ze sobą a wyjątkiem jest tylko osoba, którą kocham, jest powietrzem – niezbędna. Co jeszcze? Podobnie postrzegam świat, niewiele rzeczy mnie dziwi, moc uszczęśliwienia czy zranienia posiadają tylko ci, którzy są ważni dla mnie.

Czy nie obawiała się Pani oburzenia czytelników, w końcu historia, którą Pani opisuje nie należy do najprostszych. Skomplikowany związek Alicji i Wiktora, ogromna różnica wieku, ona jest uczennicą, on nauczycielem, to od razu budzi w „porządnych obywatelach” emocje i to niestety negatywne. Czy to był zabieg zamierzony?

- Szanuję prawo ludzi do osobistych emocji i reakcji, jeśli naprawdę są osobiste. Nie obawiam się, jak to trafnie, w cudzysłowie, Pani ujęła - „porządnych obywateli”, bo jeśli się oburzają to znaczy, że albo tej historii nie zrozumieli, albo należą do zbioru nietolerancyjnych.
Miłość nie ma wieku, koloru skóry ani religii, nie ma nawet płci, a tak zwana „porządność” jest pojęciem względnym, i zbyt często opacznie interpretowanym. Zabieg był poniekąd zamierzony, lubię trudne, złożone tematy, lubię je analizować, oglądać z różnych stron. 

Nie przywiązuje się Pani do miejsc, stanowisk, życiowych ról. Czy zawsze tak było?

- A do czego się tu przywiązywać? Stanowiska i role są niczym ubrania - cokolwiek byśmy nie przywdziali i tak pozostaniemy sobą. Świadomość kim jesteśmy bez dodatków, ozdób i tytułów, to wielka wartość, to najważniejsze, tego nikt nie jest w stanie nam odebrać.
Podobnie z miejscami – gdziekolwiek pójdę siebie zabiorę ze sobą. Widoki mogą być ładniejsze lub brzydsze, ale zawsze będą tylko tłem.          


O miłości napisała Pani w sposób piękny, ciekawy, zaskakujący, ale też bolesny. Nie pokazała Pani prostej drogi, rozwiązania, jakie Pani zastosowała są skomplikowane i dają do myślenia. Czy wierzy Pani w prawdziwe uczucie, które nie przemija, którego nie zaciera czas, nie zmienia codzienność, szara i smutna?

- Miłość to konstrukcja niezmiernie złożona. Nawet nie próbuję jej zrozumieć, nie po to została nam dana. Nie sądzę, by czas miał wpływ na jej trwanie lub jego brak, po prostu ludzie się zmieniają. I jest to zupełnie naturalne, ani świat ani człowiek nie stoją w miejscu. Codzienność natomiast nie musi być szara i smutna, zależy od nas, może być przytulna, jeśli taką stworzymy. Przecież żaden dzień już nigdy się nie powtórzy, szkoda życia na rutynę. I właśnie miłość może nas od niej uchronić. Nawet jeśli bywa wrażliwa, nawet gdy zmienia swe oblicza, to nie jest lepsza czy gorsza, zawsze pozostanie miłością.       




Jak odbierana jest Pani książka przez pierwszych czytelników. Czy rozumieją, co chciała im
Pani przekazać?

- Rozumieją bardzo dobrze i to mnie ogromnie cieszy. To było dla mnie najważniejsze. Jak dotąd nie zdarzyło się, by ktokolwiek wyraził wyżej wzmiankowane oburzenie. Nawet jeśli, w początkowej fazie czytania pojawiały się, jak to określiła jedna z Czytelniczek: „mieszane uczucia”, to potem przekaz trafił bezbłędnie. Książka się podoba, nie tylko ze względu na fabułę, ale również język i styl. Oczywiście pochwały zbiera też okładka. No i tytuł…

Zapewne trwają prace nad kolejną powieścią. Może Pani zdradzić, o czym ona będzie? Czy również o  trudnej miłości?

- Bronię się przed tą pracą jak mogę, ale chyba próżny trud. Następna historia zagnieździła się w mojej głowie, noszę ją już czas jakiś, chyba kończy się proces dojrzewania, bo zaczyna mnie coraz mocniej uwierać. Wiem, że faza wewnętrznego przymusu w końcu nadejdzie, i będę musiała się z tą opowieścią zmierzyć. Nie będzie łatwo, bo choć temat fascynujący, to jeszcze trudniejszy niż w "Judaszce”, ale lubię wsadzać kij w mrowisko. Tak, zgadła Pani – będzie o miłości, tyle mogę zdradzić.       


Co Pani myśli o naszym polskim rynku wydawniczym? Czy ciężko na nim zaistnieć? Dotrzeć do wydawcy, a następnie do czytelnika?

- Łatwiej robić przekłady zagranicznych bestsellerów, sprzedały się tam, to zejdą i u nas. Pieniądze pewne. Po co inwestować w ryzykowne przedsięwzięcie, nieznane nazwisko, wydanie debiutu? Wszechobecna komercja zawładnęła również literaturą. Swoją książkę wysłałam do ponad czterdziestu wydawnictw, ledwie kilka było łaskawych w ogóle odpowiedzieć. Reszta jak kamień w studnię. Zastanawiam się tylko w jakim celu, na swoich stronach internetowych zachęcają do nadsyłania prac, skoro nie są nimi w ogóle zainteresowani. A jednak miałam szczęście, mam tę świadomość. Trafiłam do świetnego Wydawnictwa, szanującego autorów i ich pracę. Nie mam więc na podorędziu żadnych zakrawających na wydawniczy horror historii, ale czytałam takowe w Internecie. Dla mnie los był bardzo łaskawy, takiej współpracy jak z JanKa życzę wszystkim autorom. Co do czytelników, to jeśli tylko będą chcieli książkę przeczytać, to ona znajdzie ich, albo oni ją.     

Uwielbia Pani czytać. Jakie lektury Pani preferuje?

- Kiedyś czytałam dosłownie wszystko: powieści fantastyczne, historyczne, sensacyjne, obyczajowe, kryminały, romanse. Co mi w ręce wpadło. Dziś jestem dużo bardziej wybredna. Preferuję literaturę ciekawą tematycznie i językowo, choć to oczywiście subiektywne  określenie. Czytam Elfriede Jelinek, Virginię Woolf, Doris Lessing, Hertę Mueller, Annie Proulx, Alice Munro, Jane Carol Oatis, Michaela Cunninghama, Olgę Tokarczuk, Stasiuka. Powstrzymam się od wymieniania tytułów, za długo by trwało.


Jak czuje się osoba, której udało się spełnić największe marzenie, bo pragnęła Pani z całego serca napisać powieść. Czy teraz stawia Pani przed sobą kolejne cele?

- To uczucie trudno z czymkolwiek porównać. Szczęście, ogromna radość, niedowierzanie, satysfakcja, i wszystko to na raz. Piękny moment, jaki się długo pamięta. Mam nadzieję, że będą inne, równie wspaniałe, że gdzieś tam, w przyszłości czekają. Nie robię dalekosiężnych planów, nie układam każdego kroku, nie zamartwiam o to co będzie. Lubię żyć w teraźniejszości, w tym co tu i teraz. Jeśli czegoś zapragnę, spróbuję po to sięgnąć. Po prostu.         


Dziękuję za rozmowę. I czekam niecierpliwie na Pani drugą książkę.


KONKURS:
Zabawa zaczyna się dzisiaj, 17 listopada i potrwa do 24 listopada do godziny 23:30. Do wygrania jest egzemplarz powieści "Ja, judaszka" oczywiście. 





 Nagrodę ufundowało wydawnictwo JanKa i autorka. Wystarczy pod tym postem zostawić w komentarzu odpowiedź na pytanie: "Czego nie odważyłaś (łeś) się zrobić w swoim życiu, i  żałujesz tego do dzisiaj?". Nie zapomnijcie dodać adresu e-mail. 


Wyniki pojawią się do trzech dni roboczych czyli do 27 listopada. Pozdrawiam.