wtorek, 24 marca 2015

Książka dnia. Malowanki na szkle Beata Gołembiowska Fragment pierwszy.

Książka dnia.
Malowanki na szkle Beata Gołembiowska
Fragment pierwszy. "Skąd ich się tylu zebrało? Przecież nie mamy nikogo z rodziny, a przyjaciół można by policzyć na palcach jednej ręki."
Napotykam na wrogie, wręcz nienawistne spojrzenia, obłapiające mnie lepko jak macki ośmiornicy.
'Ależ się ubrała!'-zdają się mówić, przypatrując się mojej kolorowej sukience. Może to z ich powodu nie czuję słońca na nagich ramionach. Przeciwnie, chłód przenika moje ciało. W ręku trzymam dwa bukiety rozsiewające dookoła dziwną woń. Wchłaniam ich zapach.
'Szkoda, że muszę się z nimi rozstać.'
Rzucam kwiaty w czarną czeluść dołu, obserwując jak z cichym szelestem spadają na dwie proste trumny. Wybucham głośnym śmiechem.
'Tak, chcę pokazać wszystkim, jaka jestem szczęśliwa!'
Odchodzę powoli, nie oglądając się na ludzi, czuję ich wzrok wbity w moje plecy. Wkraczam w mgłę, jej wilgotne kropelki osiadają mi na twarzy. I oto jestem na górskiej hali. Moje bose stopy czują miękkość traw i szorstkość turzyc. Łodygi i płatki kwiatów czepiają się sukni, zaczynają mnie oplatać jak dzikie wino albo nie, jak powój, bo wszędzie widzę kwiaty; różowe, liliowe, białe. Muszę coś zrobić, żeby nie zniknąć pod tą rozbuchaną masą. Zaczynam tańczyć, z początku delikatnie, na palcach, lecz to nie wystarcza, aby wyrwać się z zagarniającej mnie otchłani. Taniec zmienia się w coraz bardziej dziki, wyrzucam gwałtownie nogi i ręce, wyrywam się z pułapki i moje ruchy stają się coraz wolniejsze. Uwolnione ręce wędrują pod boki, a nogi, również już niczym nieskrępowane, zaczynają drobić po góralsku. I nagle sen się urywa.
'Brr. Senna mara. Czy rzeczywiście cieszyłam się ze śmierci matki i Simy? Nie, to nieprawda, to tylko sen."

o książkach, ale inaczej niż zwykle ;)

Wiecie co robi ostatnio mój mąż, gdy wchodzi do Biedronki albo do księgarni? Ogląda okładki książek, na których jest moje logo lub fragment mojej recenzji. Cudowne uczucie, bo mieszkam na prowincji, a jednak udało mi się wybić. I to jest mój wielki sukces. Jak dotąd niestety jedyny, ale co tamEmotikon wink 
Chciałam pochwalić się najnowszą polecanką. Na Maminsynku, dziękuję Natasza Socha. Niebawem kolejna, u innej pisarki. 


poniedziałek, 23 marca 2015

Siedem pytań do pisarza. Natasza Socha. Wyniki. Wywiad.



1.    Poruszyła Pani w swojej najnowszej książce dość delikatny temat, a mianowicie dorosłego już mężczyznę w dalszym ciągu łączy z matką pępowina. Ciekawa jestem dlaczego wybrała Pani akurat ten temat? Czy pomysł sam wpadł do głowy, a może ktoś sprawił, że "Maminsynek" pojawił się na księgarnianych półkach?

Pokolenie „maminsynków” to syndrom naszych czasów. To tylko złudzenie, że współcześni mężczyźni przecinają pępowinę w momencie narodzin. Gdy tylko orientują się, że świat jest zbyt skomplikowany, a życie trudniejsze, niż im się wydawało, symboliczna pępowina odrasta, a oni wracają galopem pod skrzydła mamusi. W Ameryce mówi się na nich „boomerang kids”, bo właśnie niczym bumerangi powracają pod rodzinny dach. Czyja to wina? I nas, matek wiecznie chuchających i wyręczających we wszystkim swoje dzieci, i po części ojców, którzy nie potrafią się zbuntować i wreszcie samych synków, którzy na pierwszym miejscu stawiają wygodę i podetkany pod nos obiadek. W książce jest taki fragment, w którym Amelia dochodzi do wniosku, że powinnyśmy wychowywać więcej tzw. lumberseksualnych facetów, czyli twardych, stanowczych i samodzielnych.
Gdyby matki próbowały wychowywać swoich synów na drwali, być może po świecie nie chodziłoby tak wiele męskich oferm. Nie ściągano by im bucików w wieku ośmiu lat, nie noszono za nimi tornistrów, tylko wysłano do lasu, żeby upolowali bażanta na kolację. Taka współczesna Sparta. Po jakimś czasie zachwiana męska tożsamość znowu wróciłaby do normy, a faceci poczuli, że to co im wisi między nogami to jednak jaja”.



2.    Czy inspiracją do przedstawionych w Pani książkach historii są obserwacje ludzi, świata, a może czerpie Pani z historii bliskich osób, czy też korzysta z wyobraźni?

Wszystko po trochu. Każdy pisarz ma chyba w sobie coś takiego, że lubi obserwować świat, który go otacza, a zwłaszcza ludzi i ich zachowania. Wszędzie czai się jakaś historia, którą należy wyłapać, doprawić własną wyobraźnią i własnymi spostrzeżeniami – i tak właśnie powstaje książka. Rzadko kiedy losy bohaterów mają swoje stuprocentowe odbicie w rzeczywistości. To raczej zlepek różnych osób, różnych zachowań i sytuacji, które wpadły nam w oko i które zostały przetworzone w naszej głowie. Część tych historii jest często przerysowana, pokazana w krzywym zwierciadle właśnie po to, by podkreślić dany problem, uwypuklić go i uczulić na pewne sytuacje. Leander jako Leander nie istnieje. W jego ciele kumuluje się cała armia Leandrów nie potrafiących dorosnąć. Matka jako Matka też nie istnieje. To raczej puzzlowa układanka przeróżnych matek i ich skrzywionych relacji z dziećmi.




3.    O tym, że świetnie bawi się Pani w kuchni, ucząc dzieci kucharzenia, już wiem:) Mnie, jako nauczycielkę przedszkola, która stara się "zarażać" swoich wychowanków pasją czytania, interesuje czy ma Pani jakiś ciekawy sposób na rozbudzanie wśród dzieci zainteresowania słowem literackim?

W dzisiejszych czasach bardzo trudno jest zachęcić dziecko do czytania, bo z każdej strony łypią na nie inne atrakcje – gry komputerowe, gadające zabawki, „ajfony”, „ajpady”, interaktywe hełmy, miecze i x-boxy. I jak tu przebić się z zadrukowanym papierem? Jedynym wyjściem jest metoda na Szeherezadę. Ona, aby uniknąć śmierci opowiadała księciu ciekawe historie i urywała w najciekawszym momencie. Ja robiłam dokładnie tak samo czytając moim dzieciom. Dochodziłam do momentu, w którym smok zbliżał się do królewicza, albo mały lisek stawał nad przepaścią i... I zamykałam książkę. Ten wrzask, że tak nie wolno, że mam czytać dalej, że oni teraz nie zasną – bezcenne. Z czasem pojawił się u nich tzw. głód ciągu dalszego. Teraz są już w szkole i czytają sami. Zasada jest jedna – nie wolno im obejrzeć żadnej sfilmowanej książki, dopóki jej nie przeczytają. Olga kończy szósty tom Harry’ego Pottera i dopiero wtedy pokażę jej film. Zresztą już po pierwszym tomie uznała, że „w książce było dużo więcej i ciekawiej”.


4.    Proszę nam zdradzić Pani przepis na napisanie dobrej powieści. Co w trakcie pisania było dla Pani najłatwiejsze, a co najtrudniejsze? Czy pojawia się brak weny twórczej?

Gdyby istniał taki przepis, mielibyśmy same bestsellery na półkach.  Niejeden pisarz dałby się pokroić za receptę na dobrą książkę. Chyba nie ma jednej reguły, jakiegoś jednego pisarskiego prawidła. Dobra książka to zlepek wielu czynników – ciekawego lub modnego tematu, intrygująco opisanego. Nie bez znaczenia jest sam język – osobiście nie lubię książek, które „haczą” w trakcie czytania. Przechodzenie ze zdania w kolejne zdanie powinno być płynne, przyjemne. Czytelnik nie powinien się męczyć, cofać do początku, bo nie zrozumiał, o co autorowi chodziło. W kolejnych stronach powieści trzeba się z przyjemnością zanurzać, a nie co chwila wystawiać głowę, by złapać oddech.
A co do weny... Praca pisarza nie bazuje wyłącznie na wenie, ale też na systematyczności i pewnym skupieniu. Jeśli codziennie zmusimy nasze pośladki do kontaktu z krzesłem, odpalimy komputer i zaczniemy pisać, to nawet najbardziej obrażona na nas wena, w końcu się pojawi. Autorzy kochają wymówki, wiem coś o tym. Dzisiaj mam gości, jutro pranie, a pojutrze zaplanowałam wielki spacer z chomikiem. Tymczasem pisanie należy traktować jak każdą pracę. Z doświadczenia wiem, że wystarczy pół godziny od momentu włączenia komputera, by historia, którą piszemy zaczęła nas wciągać, bohaterowie nawoływać, a my powoli przenosimy się wtedy do świata naszej wyobraźni. No, chyba, że wygra spacer z chomikiem.




5.    Czy łatwo przychodzi Pani napisanie zdania rozpoczynającego książkę?

Różnie. Czasem pierwsze zdanie wymyślam rzeczywiście na samym początku i ono jest rodzajem startera do dalszego biegu. Tak było w przypadku „Macochy”. „Mam dziecko” – napisałam na kartce i... pobiegłam.
Czasem jednak jakieś zdanie wypowie nasz bohater w połowie książki, a ty myślisz sobie – mam początek! To właśnie tak musi się zaczynać!

6.    Zawsze się zastanawiałam, jak to jest napisać książkę, czy są to chaotyczne myśli przelewane na papier w przypływach weny, czy pisanie według ustalonego grafiku. Jak wygląda praca pisarza od tej właśnie strony, czyli od początku, od samego powstania pomysłu?

Pewnie każdy pisarz pracuje inaczej. Najpierw rodzi się pomysł. Potem do tego pomysłu doklejamy kolejne, aż powstaje jakaś historia. Jak ją jednak napiszemy, zależy od stylu naszej pracy. Mnie często wpadają pewne myśli do głowy, które rozwijam i zapisuję, bez zastanawiania się czy ten fragment pasuje do poprzedniego. To coś w rodzaju puzzli. Oczywiście całości towarzyszy myśl przewodnia, ale to nie znaczy, że wszystkie wątki piszę po kolei. Dopiero później dopasowuję je do książkowej układanki i cieszę się, kiedy z tych fragmentów zaczyna powstawać konkretny obraz. Czasem jest też tak, że jeden wątek niejako nakręca kolejny, a czasem stajemy jak wryci, bo nagle droga się urwała i nie bardzo wiadomo jaki będzie ciąg dalszy. Wtedy należy napić się wina ;-).





7.    Którą lekturę z dzieciństwa lub młodości darzy Pani największą sympatią i dlaczego?

Mam starszego o dwa lata kuzyna, z którym zawsze bardzo lubiłam się bawić. Ale ponieważ byłam dziewczyną i to młodszą, on niechętnie zgadzał się na wspólne strzelanie do żołnierzyków czy też podglądanie życia pająków. W końcu, żeby się ode mnie odczepić powiedział: musisz przeczytać „Władcę pierścieni”, ja cię odpytam i jak zdasz egzamin, będziemy się razem bawić. Miałam wtedy dwanaście lat i przebrnięcie przez Mordor było trudniejsze niż bieg przez płotki w szpilkach. Ale dałam radę. Niewiele wtedy zrozumiałam z tej książki, ale w mojej głowie zamieszkały elfy, hobbici, orki i krasnoludy. I to mi zostało do dzisiaj.  Uwielbiam książki i filmy fantasy i jestem pewna, że w poprzednim życiu miałam nie psa, ale smoka oraz piękne elfickie uszy. W wieku dwudziestu lat przeczytałam raz jeszcze „Władcę pierścieni” i pokochałam Aragorna miłością straszliwą. A kiedy w ekranizacji zagrał go Viggo Mortensen, zrozumiałam, że to był słuszny wybór. 

PYTANIE DODATKOWE NAGRODZONE KSIĄŻKĄ


"Żegnaj - ktokolwiek wymyślił to słowo, powinien smażyć się w piekle." - takie słowa można przeczytać w "Utracie" Rachel Van Dyken. Za powstanie/wymyślenie jakiego słowa otworzyłaby Pani bramy raju?
Oblicza Róży


Za trzy słowa. „Mamo, kocham cię”. Bo chociaż często tracę cierpliwość i siły, a nawet jestem w stanie ryknąć niczym smoczyca, to jednak najbardziej na świecie kocham moje dzieci. 

piątek, 20 marca 2015

Stojąc pod tęczą Dorota Schrammek



Dorota Schrammek pochodzi z Rudek koło Wałcza, a więc z tego samego powiatu, w którym i ja mieszkam. Właśnie ukazał się jej debiut powieściowy, książka zatytułowana "Stojąc pod tęczą". Autorka od kilkunastu już lat publikuje opowiadania w czasopismach skierowanych przede wszystkim do kobiet, dlatego bez trudu udało jej się stworzyć historię o czterech przyjaciółkach, pełną ciepła i nadziei.
Powieść została wydana w serii Leniwa Niedziela i moim zdaniem pasuje do tego cyklu idealnie. W publikacji tej poznajemy cztery kobiety pracujące w jednej ze szczecińskich agencji nieruchomości. Każda z nich jest inna, o czym innym marzy, czego innego pragnie, za czymś innym goni. Mają swoje mniejsze lub większe problemy, dylematy, zmagają się z poczuciem winy, z rozczarowaniem i żalem do losu, ale łączy je przyjaźń, która jest prawdziwa i szczera. Co takiego musi się stać, by Patrycja, Jagoda, Magda i Aneta zrozumiały, co w życiu jest najważniejsze? Czy wszystkie mają wystarczająco dużo czasu, by zmienić swoje podejście, by cieszyć się tym, co otrzymały od losu?

Nie jest to powieść obszerna, której musimy poświęcić mnóstwo uwagi i czasu. Czyta się ją bardzo szybko, ekspresowo powiedziałabym nawet. Świetnie połączono ze sobą wątki, dialogi są prawdopodobne i żywe, całość interesująca, choć oczywiście dosyć przewidywalna. To doskonała lektura dla kogoś, kto potrzebuje relaksu, ale i zastanowienia się nad swoją własną być może egzystencją? Taka na leniwą niedzielę, do kawy i odpoczynku w sam raz. Można w niej znaleźć całą gamę emocji, będzie i pożegnanie, i początek, smutek, rozpacz, radość, wybaczenie i miłość. Jak to w życiu bywa, raz jesteśmy szczęśliwi, a raz zdołowani.

Warto zapoznać się z pierwszą, i miejmy nadzieję, że nie ostatnią, rewelacyjnie napisaną prozą Schrammek. Potrafi zainteresować czytelnika, ma niebanalny styl, tworzy bardzo ciekawe postaci, różnorodne, niepozbawione wad, a jednocześnie sympatyczne i pełne uroku. Cudownie było przenieść się w barwną rzeczywistość wykreowaną przez autorkę, wzruszyć do łez, nabrać energii, zrelaksować się, po prostu dobrze się bawić, zapominając o troskach i smutkach własnej codzienności. Przesłanie książki tchnie do działania zapewne każdego czytelnika, nie marnujmy ani chwili i czerpmy z życia garściami, bo drugiej szansy może nie być!


Polecam, polecam i jeszcze raz polecam. To kolejna świetnie zapowiadająca się polska autorka, dowód na to, że marzenia się spełniają, tylko trzeba wytrwale i pracowicie dążyć do raz obranego celu. To historia o każdej z nas, kobiecie, która czasem zapomina, jak wiele posiada, na szczęście dzięki "Stojąc pod tęczą" szybko przypomnimy sobie, co istotne jest w naszej własnej rzeczywistości i z czego należy się cieszyć.

czwartek, 19 marca 2015

Hanna Kowalewska Tam, gdzie nie sięga już cień. Premiera: 23.04.2015




Hanna Kowalewska jest autorką książek, ale też scenariuszy filmowych, słuchowisk, dramatów, opowiadań. Nie ogranicza się jednak tylko do tekstów pisanych prozą, spod jej pióra z równym powodzeniem wychodzą utwory wierszowane.

 "Tam, gdzie nie sięga już cień" to moje pierwsze spotkanie z twórczością pisarki. Nie słyszałam nigdy wcześniej o bestsellerowej i jakże popularnej podobno serii o Zawrociu, jednak po zapoznaniu się z powyższą, najnowszą publikacją literacką autorki, nie omieszkam rozejrzeć się za poprzednimi. Dlaczego? Ano dlatego, że jestem nią oczarowana. To książka, która wciągnęła mnie już od pierwszych stron. Z wielkim zainteresowaniem śledziłam losy głównej bohaterki, było ciekawie, intrygująco, pasjonująco. Ogrom tajemnic, wspomnień z przeszłości, emocje wylewające się z każdej niemalże strony, świetnie wykreowane postaci, każdy z tych elementów sprawia, że powieść naprawdę zapada w pamięć i nie sposób jej odłożyć.


A wszystko zaczyna się od Inki, jakże wyrazistej i nietuzinkowej osobowości, którą zaczynamy darzyć sympatią od samego początku, gdy tylko ją  poznajemy. Młoda, mieszkająca od wielu lat w stolicy, kobieta opuściła Jantarnię, by nigdy tutaj nie wrócić. Nie zamierzała więcej pojawiać się w miejscu, w którym traktowano ją chłodno, z dystansem, żeby nie powiedzieć, z jawną wrogością nawet. Z tą nadmorską miejscowością związane były jej dziecięce wspomnienia, czas jej młodości, pierwszej miłości... Czy Inka zostawiła za sobą przeszłość, czy rozliczyła się z nią, gdy wyjeżdżała? Chyba nie, bo teraz, po powrocie, tamten okres z jej życia przypomni o sobie boleśnie i ze zdwojoną siłą.
Ciotka Berta wzywa swoją wychowankę po wielu latach milczenia. Potrzebuje jej... wybaczenia. Tylko ona tu na nią czeka, tylko ona odnosi się do niej ciepło i z sympatią, ale niknie w oczach, bo umiera.
Rodzinne tajemnice, skomplikowane relacje międzyludzkie, miłość, która nieplanowana wdziera się do serca, trudne wybory, pogarda. Jak uwolnić się od owego tytułowego cienia? Jak szczęśliwie i spokojnie żyć, gdy tak wielu sytuacji, traumatycznych zdarzeń  nie sposób zapomnieć?

"Bo ta ich miłość to była jak jakiś kwiat, co wyrósł nie tam, gdzie trzeba. O, jak choćby ten, co go widziała przed chwilą w kompostowniku. Nie pora na kwitnienie, nie miejsce, a pomarańczowy nagietek zakiełkował i zakwitł. Na samym środku. Musiała uważać, by go nie przywalić suchymi badylami. I z tamtymi też tak było. Tyle że los nie był równie uważny jak ona dzisiaj. Nawet śladu nie ma. Może tylko czasem w czyjejś głowie, jak dziś w jej, jakieś krótkie przypomnienie..." [1]

Wzruszająca, zaskakująca, doprawdy rewelacyjna lektura o miłości i różnych jej odcieniach. Każdy kocha na swój własny sposób, nie zawsze zwyczajny, prosty, idealny. Jeden zachłannie, z wielką namiętnością, drugi bez wzajemności.
Warto przeczytać "Tam, gdzie nie sięga już cień", bo to książka o sile ludzkich uczuć, o życiu po prostu, ze wszystkimi jego barwami, począwszy od jasnych, nastawiających optymistycznie, po te ciemniejsze, kiedy musimy uporać się ze stratą, niezrozumieniem, zagubieniem. Mimo wszystko całość nie jest pozbawiona ciepła i humoru, pozwala wierzyć w lepsze jutro i daje nadzieję, nastraja nas optymistycznie do otaczającej rzeczywistości. Polecam z całego serca, dla mnie to była wielka przyjemność.

I jestem szalenie ciekawa, co znalazła Inka za zamkniętymi drzwiami... Może powstanie ciąg dalszy? Chciałabym!


[1] Hanna Kowalewska "Tam, gdzie nie sięga już cień", Wydawnictwo Literackie 23.04.2015, strona 204-205






Prowincja pełna snów. Katarzyna Enerlich

W ostatnich tygodniach coraz mniej zamieszczam tu notek związanych z przeczytanymi przeze mnie książkami, ale spowodowane jest to tym, iż pracuję nad własną powieścią. Zaczęłam ją pisać w szpitalu, pod koniec 2012 roku. Przeleżała prawie dwa lata, bym zerknęła na nią w 2014 roku, jednak to jeszcze "nie było to". Dopiero teraz, na spokojnie i z dystansem, próbuję nadać jej taką formę, którą mogłabym pokazać szerszemu gronu odbiorców. Wszak coś robić trzeba, a jeśli nie mogę znaleźć normalnej pracy, nie będę tkwić w miejscu i użalać się nad sobą. Postanowiłam wreszcie pomyśleć o sobie, dlatego moich wiernych Czytelników proszę o trzymanie kciuków za mnie. I przepraszam za to, że nie prezentuję Wam już tak systematycznie książek, jakie miałam przyjemność przeczytać. 


A teraz już o Prowincji... 





Katarzyna Enerlich jest pisarką niezwykłą, ponieważ ona nie opowiada, ona czaruje słowem. Dzięki jej powieściom stajemy się bardziej wrażliwi, pełni empatii, współczucia dla innych. Zaczynamy dostrzegać piękne kolory i drobne radości, to, co powinno być w naszym życiu najważniejsze, uczymy się wybaczać, rozumieć postępowanie innych ludzi. Przestajemy się wstydzić własnych emocji, jak też tego, że mieszkamy w małych społecznościach i jesteśmy przywiązani do naszej prowincji. Autorka pięknie o niej opowiada w wielotomowej serii, jej słowa są magiczne: pełne czarów, szeptów, smaków, marzeń, gwiazd, słońca. Opowieści Enerlich urzekają nas, wciągają, relaksują, ale też nie pozwalają zapomnieć, że życie nie jest bajką.


"Prowincja pełna snów" to już siódma część serii, a niebawem, w połowie czerwca pojawi się kolejna. 



Bardzo ciekawie zaczyna się ta przepełniona snami opowieść. Być może wolelibyśmy przez większość czasu pozostać w objęciach Morfeusza, w świecie dalekim od trudnej rzeczywistości, której nie zawsze potrafimy stawić czoła. Nie umiemy i nie chcemy jej zaakceptować. Przynajmniej nie od razu. Buntujemy się przeciw niej, czujemy się zranieni, jesteśmy pełni żalu i gniewu. Bo nie tak miało być! Teraz, wreszcie, gdy wszystko zaczynało się układać w życiu głównej bohaterki, kiedy znalazła spokój i cel, w progu jej domostwa staje... kochanka jej zmarłego męża, która oznajmia jej, że ma z nim dziecko. Dziecko, które już zawsze będzie przypominało jej o zdradzie ukochanego, dziecko, które będzie namacalnym dowodem na to, że... że jej nigdy nie kochał! 

"Był podobny do niej, przynajmniej na zdjęciu.
Na szczęście. Nie zniosłabym widoku jasnych oczu i morelowej skóry w dziecięcym wydaniu. Ale miał chyba jego uśmiech, choć przecież mogło mi się wydawać. Czasem na pierwszy rzut oka widzimy coś, co potem zupełnie ginie, i zastanawiamy się, jak to możliwe, że coś takiego w ogóle zauważyliśmy. Tak bywa w przypadku pierwszej fascynacji kimś nowo poznanym. Kiedy dowiadujemy się o nim więcej i przychodzi rozczarowanie, zapominamy o pierwszym wrażeniu. Zastępuje je drugie i trzecie; stają się już ważniejsze, rozstrzygające.
Miał dopiero siedem miesięcy. I na imię Żenia. Czu Evgen. Po polsku Eugeniusz. Był zdrowy i silny.
-To takie mądre dziecko-zapewniała.
Urodził się w lutym. Dokładnie piątego lutego. Co wtedy robiłam? Pewnie był mroźny dzień, jeden z tych, które nadają porankom metaliczny smak." [1] 


Przed Ludmiłą zatem czas kolejnej próby. Na szczęście nie jest z tym wszystkim sama, ma obok siebie bliskich i kochających ją ludzi. Opiekuje się córeczką, otwiera pensjonat o zabawnej i niebanalnej nazwie "Baba Joga". Stara się żyć w zgodzie z samą sobą, choć los niestety nie ma zamiaru jej oszczędzić. Nie dostrzega, jak bardzo jest samotna, przynajmniej do pewnego momentu... Czy uda jej się wreszcie być szczęśliwą? Co da jej największą satysfakcję, spełnienie? 
To książka o tym, że nie warto komplikować sobie życia. Czasem proste rozwiązania, dostrzeganie uroków otoczenia, zbieranie ziół, przygotowywanie posiłków ze zbiorów z własnego ogrodu może przynieść nam spokój i ukojenie. Codzienność wcale nie musi być smutna, szara, monotonna, tak wiele przecież zależy od nas samych. 
Pełna emocji, prawdziwego życia, trudnej walki z własnymi słabościami to historia. Uczymy się dzięki niej wybaczać, choć oczywiście początkowo jesteśmy oburzeni, zagniewani, wściekli. Cóż jednak innego moglibyśmy odczuwać? Dopiero, gdy zrozumiemy, że negatywne emocje do niczego dobrego nie prowadzą, będziemy gotowi zrozumieć i zaakceptować to, co się stało. 
Książka refleksyjna, dająca do myślenia, ciekawie napisana. Z żalem rozstajemy się z pełnymi ciepła, sympatycznymi bohaterami, by z niecierpliwością oczekiwać na kolejną część. Tym razem również będzie smakowicie i w zgodzie z naturą. 


[1] "Prowincja pełna snów" Katarzyna Enerlich, Wydawnictwo MG 2015, strona 11 

środa, 18 marca 2015

Siedem pytań do pisarza. Katarzyna Enerlich.





Katarzyna Enerlich prowadzi blog: http://prowincjapelnamarzen.blog.pl/, na którym opowiada o sobie, swoich książkach, spotkaniach z czytelnikami. To tam możecie znaleźć Jej przemyślenia, refleksje na temat życia, aktualnych tematów poruszanych w mediach.

Już dzisiaj zapraszam Was do zapoznania się z kolejną publikacją autorki, która na rynku wydawniczym pojawi się w połowie tego roku.





A takimi słowami polecałam "Prowincję pełną snów" na okładce:

Katarzyna Enerlich jest pisarką niezwykłą, ponieważ ona nie opowiada, ona czaruje słowem. Dzięki jej powieściom stajemy się bardziej wrażliwi, pełni empatii, współczucia dla innych. Zaczynamy dostrzegać piękne kolory i drobne radości, to, co powinno być w naszym życiu najważniejsze, uczymy się wybaczać, rozumieć postępowanie innych ludzi. Przestajemy się wstydzić własnych emocji, jak też tego, że mieszkamy w małych społecznościach i jesteśmy przywiązani do naszej prowincji. Autorka pięknie o niej opowiada w wielotomowej serii, jej słowa są magiczne: pełne czarów, szeptów, smaków, marzeń, gwiazd, słońca. Opowieści Enerlich urzekają nas, wciągają, relaksują, ale też nie pozwalają zapomnieć, że życie nie jest bajką.



KONKURS:
Siedem pytań do pisarza. 
1. Zabawa zaczyna się dzisiaj, 18 marca i potrwa do 25 marca, do godziny 23:00. 
2. Każdy z Was może zadać autorce jedno pytanie, należy wpisać je w komentarzu pod tym postem, wraz z adresem e-mail. 
3. Spośród wszystkich pytań wybranych zostanie SIEDEM, na które pisarka odpowie na moim blogu. 
4. Jedno, najciekawsze pytanie zostanie nagrodzone egzemplarzem powieści.