sobota, 16 kwietnia 2016

Siedem pytań do pisarza wyniki Iwona Wilmowska




Główna bohaterka "Tajemnic Leokadii" - Agata amatorsko wciela się w rolę detektyw. Pani Iwono, ciekawi mnie, czy gdyby zaszła taka okoliczność, czy Pani podjęłaby się takiego wyzwania? I czy brak doświadczenia byłby dla Pani przeszkodą?
Ho, ho! To bardzo trudne pytanie! W końcu wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono, a ja na razie nie znalazłam się w takiej sytuacji. Chcę wierzyć, że dałabym radę. Zawsze staram się stawiać czoła wyzwaniom. Mój mąż śmieje się ze mnie, że moja dewiza życiowa to „To nie może być trudne”. I cóż, na razie nie zaliczyłam jakiejś spektakularnej porażki, więc mam nadzieję, że i w tym wypadku bym sobie poradziła. To nie może być trudne... J

Pani Iwono! pierwsza powieść skierowana do dorosłego czytelnika. Czy taki plan miała Pani od początku pisania? Dla której kategorii wiekowej pisze się Pani łatwiej? Dzisiaj z pewnością już Pani zna odpowiedź?
Nic z tych rzeczy! Zawsze piszę takie książki, na które mam w danym momencie ochotę. Nie mam w żaden sposób zaplanowanej ścieżki kariery pisarskiej. Nigdy nie myślałam w ten sposób, że najpierw napiszę i wydam książkę A, bo potem z książką B będzie mi łatwiej. Uważam, że rynek jest zbyt nieprzewidywalny, by tworzyć takie plany i najlepiej jest pisać to, co nam aktualnie w duszy gra. Gdy pisałam Pogromców Nudy, nie miałam nawet pomysłów na Julkę, a tym bardziej na Tajemnice Leokadii. Koniec końców wyszło to jednak dobrze, bo fakt, że mam opublikowane książki dla każdej grupy wiekowej sprawia, że nadal mam tę wolność pisania tego, na co akurat przyjdzie mi ochota i nie ma ryzyka, że ktoś mi powie: „No co ty? Przecież ty piszesz książki dla innej grupy wiekowej!” Kolejny dowód na to, że warto ufać sobie!

Skąd zainteresowanie ukulele i czy to jest jakiś sposób na odreagowanie?
Ukulele to przypadek. Zawsze chciałam grać na jakimś instrumencie, albo chociaż ładnie śpiewać, ale nigdy mi się to nie udawało. Zawsze byłam totalnym beztalenciem muzycznym. Naprawdę, proszę mi wierzyć, nie ma tu ani odrobiny kokieterii – totalnym beztalenciem. Gitara, flet, keyboard – różnych instrumentów próbowałam, wszystko z opłakanym skutkiem. Aż w końcu moja córka napisała do Mikołaja list, w którym zażyczyła sobie ukulele. Mikołaj ukulele przyniósł, tyle że gra na tym instrumencie okazała się dla niej za trudna. Ja jednak jak zwykle postanowiłam spróbować i okazało się, że jest to pierwszy instrument, na którym jestem w stanie nauczyć się grać – cztery struny i niewielki gryf nie przekraczały moich możliwości. Skoro więc znalazłam coś, na czym moje brzdąkanie nie brzmi wręcz odstraszająco, to się tego trzymam. Proszę sobie nie wyobrażać, że jestem jakimś wirtuozem, ale kilka piosenek potrafię zagraćJ. I daje mi to dużo radości.

Dla kogo pisze się trudniej, dla dzieci czy dla dorosłych, czy zgadza się Pani ze mną, że dzieci są bardziej wymagającymi czytelnikami? Bo mnie się wydaje, że jeżeli w dzieciństwie złapie się bakcyla czytania, to książki zostają z nami na całe życie:)
Mówi się, że dzieci są o tyle bardziej wymagające, że nie mają tolerancji dla nudnych fragmentów. To, przez co dorosły przebrnie w nadziei na ciekawszy ciąg dalszy często sprawi, że dziecko odłoży książkę i więcej do niej nie wróci. Ja tak do tego nie podchodzę. Nie ma dla mnie czytelnika, o którym mogłabym sobie powiedzieć, że „OK., tu nie muszę się tak starać, najwyżej sobie ten fragment ominie” J. Tak więc każdą książkę piszę z takim samym zaangażowaniem, tak samo starając się utrzymać uwagę czytelnika w każdym akapicie, w każdym zdaniu. A jeśli moja książka przyczyni się do tego, że jakieś dziecko zapała miłością do literatury, to ja będę przeszczęśliwa!:-)

Gdyby wiedziała Pani, że ma przed sobą tylko jeden dzień życia, jakby go Pani spędziła i co by robiła w tych ostatnich minutach? Oprócz spędzenia czasu z najbliższymi, bo tego pragnie każdy z nas.
Gdy po raz pierwszy przeczytałam to pytanie, pomyślałam, że nie dam rady na nie odpowiedzieć, bo ostatni dzień życia po prostu spędziłabym z najbliższymi i naprawdę nie robiłabym niczego innego, więc cokolwiek bym odpowiedziała, byłoby to po prostu kłamstwo. Pytanie za mną chodziło, chodziło, aż w końcu wpadłam na pomysł, co by to mogło być. Myślę, że stworzyłabym dla moich córek listę książek, które chciałabym, żeby przeczytały, gdy mnie już nie będzie. Na pewno znalazłoby się na niej moje ukochane Sto lat samotności (pierwsza „dorosła” książka, która naprawdę mnie zachwyciła), zapewne Ronja córka zbójnika (moja ukochana powieść z dzieciństwa), moje ostatnie odkrycie, czyli Czasomierze Davida Mitchella, powieści Iris Murdoch. W ten sposób mogłabym nadal przy córkach być. I jadłabym dużo pysznego jedzenia, popijając je wybornym winem!

Droga pisarza do sukcesu niekoniecznie usłana jest różami. Czasami brakuje drogowskazów, pojawia się zwątpienie i łzy, ale i są na pewno chwile radości. Kiedy Pani skakała ze szczęścia - gdy przyszedł mail potwierdzający chęć wydania książki, gdy otrzymała Pani wydrukowane egzemplarze czy gdy pojawiła się pierwsza pozytywna recenzja? A może jeszcze Pani wyczekuje takie radosnego momentu?
Praca pisarza jest o tyle trudna i niewdzięczna, że wszelkie zewnętrzne gratyfikacje są po pierwsze niepewne, a po drugie (o ile w ogóle wystąpią), odwleczone w czasie. Dlatego w zajęciu tym, jak w rzadko którym, przydaje się "wewnątrzsterowność", czyli poleganie na swoich sądach. Ja, na szczęście, mam tę cechę dość silnie rozwiniętą. Tak więc dla mnie momentem największego poczucia spełnienia i wręcz szczęścia jest moment, w którym stawiam ostatnią kropkę, gdy już wiem, że udało mi się stworzyć od początku do końca ciekawą historię, napisać powieść. Potem oczywiście jest sprawdzanie tekstu, wysyłka do wydawnictwa i czekanie w napięciu, czy znajdzie się ktoś, kto zdecyduje się książkę wydać. Moment, gdy przychodzi odpowiedź pozytywna jest wspaniały, ale nie aż tak jak ten pierwszy, po ostatniej kropce. Bo w tym momencie ja już i tak wiem, że napisałam fajną książkę (inaczej bym jej przecież nie wysłała), a to, czy ktoś zdecyduje się w nią zainwestować, to zupełnie inna sprawa. Trzeba pamiętać, że w wydawnictwach też pracują ludzie, ludzie o różnych gustach. Jednego powieść zachwyci, inny rzuci ją w kąt po kilku stronach. Poza tym wydawnictwa mają plany wydawnicze, rozpisane budżety i często mimo że książka się podoba, nie zdołają wydać jej w sensownym terminie. Dlatego fakt znalezienia wydawcy nie jest dla mnie najważniejszym wskaźnikiem tego, czy moje pisanie ma sens (choć tu może łatwo mi mówić, bo jak dotąd wszystko, co napisałam, poza świeżo skończonymi utworami, znalazło wydawcęJ). Gdy książka zostanie zaakceptowana, rozpoczyna się proces wydawniczy, który bywa długi i żmudny (choć nie zawsze taki jest). Gdy wydrukowane egzemplarze trafiają w moje ręce oczywiście jest radość, ale też ulga, że to już. A potem następuje kolejny najważniejszy moment, czyli zewnętrzne opinie. Pisarz pisze po to, by inni go czytali – to oczywista oczywistośćJ Dlatego tym, co obok postawienia ostatniej kropki dostarcza najwięcej emocji, są reakcje czytelników. Te pozytywne dodają skrzydeł, a negatywne... no cóż, tu znów przydaje się wewnątrzsterownośćJ. I – odpowiadając na ostatnie pytanie – oczywiście wierzę w to, że największy sukces jest nadal przede mną, ale to nie jest tak, że rozmyślam o nim dniami i nocami. Cieszę się tym, co jest tu i teraz (na przykład odpowiadaniem na Państwa ciekawe pytania, za które przy okazji dziękujęJ)

Czy tajemnice Leokadii mają coś z magii Julki?

Nie. Jedyne, co łączy te książki, to osoba autoraJ. Tajemnice Leokadii to powieść skierowana do dorosłych czytelników, kryminał z silnie zarysowanym wątkiem obyczajowym, bez krztyny fantastyki. Natomiast Julka to seria dla młodzieży (choć dorosłym też może się spodobać), w której dużą rolę odgrywa magia. Inni bohaterowie, inne tło, inny gatunek literacki – te książki to zupełnie odrębne byty.


Autorka postanowiła nagrodzić Edytę, gratuluję. 

3 komentarze: