poniedziałek, 28 maja 2018

Tatuażysta z Auschwitz Heather Morris




Heather Morris pochodzi z Nowej Zelandii, mieszka w Australii. O Żydach nie wiedziała nic, dlatego tytułowemu tatuażyście wydała się odpowiednią osobą do opowiedzenia historii swego życia. Między tą dwójką szybko nawiązała się nić sympatii, a następnie połączyła ich prawdziwa przyjaźń. Lale powierzył Heather swoje największe sekrety, opowiedział jej z rozbrajającą szczerością o sobie, swoich uczuciach i emocjach, jakie mu towarzyszyły i jakie nim targały w czasie pobytu w piekle Auschwitz. 

Lale miał zaledwie 26 lat, gdy trafił do obozu koncentracyjnego. Znał kilka języków, był inteligentny i pełen uroku osobistego. Miał też dobre serce i pomagał innym, dzięki czemu inni pomagali i jemu, kiedy wpadał w tarapaty i był bliski śmierci. W Auschwitz o takie chwile nie było przecież trudno... Niestety. 

Lale został tatuażystą. Za pomocą igły pozostawiał trwały ślad na ludzkim przedramieniu. Naznaczał więźniów. Kiedy w kolejce do tatuowania numeru pojawił się ona, od razu wiedział, że to  ta jedna jedyna. Postanowił, że czeka ich wspólna przyszłość. Przyszłość z dala od piekła. 


"Tatuażysta z Auschwitz" to książka niezwykła, ponieważ napisana przez życie. Tylko ono mogło ułożyć taki scenariusz... Czytałam już wiele o II wojnie światowej, poznałam losy Polaków, Żydów i innych ludzi, którym przyszło żyć w tych okrutnych czasach, ale nigdy nie zastanawiałam się, kim był człowiek tatuujący na nich numery. Naznaczający ich na całe życie. Skąd czerpał siłę, by wykonywać polecenia oprawców, w jaki sposób panował nad swoimi emocjami? 
Czy opowiadając o swoim życiu, nie bał się oceny ze strony ludzi dzisiejszych czasów? Tych mądrych, wiedzących wszystko, krytycznie do niego nastawionych? Bo przecież tak łatwo jest oceniać, bo my nigdy byśmy się na to nie zgodzili, bo wolelibyśmy umrzeć. A jednak to on musiał przeżyć w tamtej obozowej rzeczywistości, nie my. Przeżył i jeszcze pomagał innym. Na tym powinniśmy się skupić. 
To historia bohatera. Człowieka, który w tych okropnych czasach dodawał innym nadziei, osładzał ich los kostkami czekolady, chronił i opiekował się nimi na taką skalę, na jaką to było możliwe. Warto przeczytać jego opowieść. A gdzie tam warto. Trzeba. Szczerze polecam. Mimo trudnej tematyki, całość czyta się szybko, to interesująca i pouczająca lektura, obok której nie sposób przejść obojętnie. 

wtorek, 22 maja 2018

Kogut domowy Natasza Socha



Kolejna powieść Nataszy Sochy, z którą możemy spędzić wesoło czas. Sam pomysł wydał mi się rewelacyjny, ponieważ oczami wyobraźni widziałam ojca, który tak naprawdę ojcem nigdy nie był, a teraz skacze na głęboką wodę i stara się robić dobrą minę do złej gry. Będzie się działo, pomyślałam!

Kogut domowy nigdy nie należał do domatorów, niewiele wiedział o własnych dzieciach, choć nie do końca była to jego wina. Jakoś tak mimochodem i bez większego żalu z którejkolwiek ze stron nastąpił tradycyjny podział ról w domu Koguta. On jako głowa rodziny dbał o sprawy finansowe, z kolei Berenika - żona, zajmowała się praniem, sprzątaniem, gotowaniem, wychowywaniem dziewczynek, etc.

Kogut stracił jednak dobrze płatną pracę w banku i zamiast zajmować się arcyważnymi zadaniami, dzięki którym czuł się prawdziwym mężczyzną, postanowił skupić się na prowadzeniu domu i zostaniu tytułowym kogutem. Początkowo zajęcie to wydawało mu się proste i nieskomplikowane, szybko jednak okazało się, że oczy trzeba mieć naokoło głowy, znać się dosłownie na wszystkim i o wszystkim pamiętać, jak też wykonywać jednocześnie kilka czynności. Na przykład zajmować się najmłodszą córką, rozmawiać z najstarszą, przygotowywać posiłek i próbować zrozumieć średnią, szukając wraz z tą ostatnią rajstop, które powinny być w określonym kolorze, pasującym do reszty stroju. Czy mężczyzna jest w stanie ogarnąć tyle tematów w tym samym czasie???

Już rozumiecie, dlaczego czytając opis książki miałam na twarzy uśmiech od ucha do ucha. Wiedziałam też, że lektura ta wywoła we mnie mnóstwo pozytywnych emocji i śmiechu będzie wiele. Było, a jakże. I wszystko byłoby pięknie i ładnie, gdyby nie fakt, że zakończenie było łatwe do przewidzenia. Nieco mnie ono rozczarowało. Miałam nadzieję, że autorka trochę jeszcze namąci w życiu głównych bohaterów. Że pokaże pazurki, do czego przyzwyczaiła czytelników w poprzednich powieściach.




"Kogut domowy" to lekka i zabawna opowieść o małżeństwie dalekim od ideału, czyli takim, jakich wiele. Miewają wzloty i upadki, nie potrafią ze sobą rozmawiać i chyba to właśnie jak zawsze doprowadza do narastającego konfliktu. Jedno z nich zaczyna błądzić, szukać szczęścia gdzie indziej... To historia, w której pisarka pokazała nam mnóstwo ciekawych postaci, poznaliśmy też mysz Grażynę, która budzi sympatię czytelników, córeczki Koguta są cudowne, a dialogi rewelacyjne. I jeszcze Marianna od naleśników, i masażysta - fryzjer z synkiem Stasiem... Polecam zdecydowanie! Świetna powieść na nadchodzący letni czas, na urlop gdzieś w tropikach czy też na relaks w przydomowym ogródku...


niedziela, 4 marca 2018

Ałbena Grabowska Tam, gdzie urodził się Orfeusz



  


Wznowienie debiutanckiej powieści Ałbeny Grabowskiej skłoniło mnie do zapoznania się z tą właśnie lekturą. Już wcześniej chciałam ją przeczytać i dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy otrzymałam jej egzemplarz na zeszłorocznych targach książki.


Powieści Ałbeny chłonę niczym gąbka i jestem wielką fanką tej autorki od kilku już ładnych lat. Jej książki stoją na mojej półce i zawsze chętnie sięgam po nie, jak też polecam je innym, bo naprawdę warto. To jedna z nielicznych polskich pisarek, która ma własny, niepowtarzalny styl i wie doskonale, o czym chce napisać i co przekazać czytelnikowi.

"Tam, gdzie urodził się Orfeusz" to książka opowiadająca o korzeniach Ałbeny Grabowskiej. Część jej rodziny pochodzi z Bułgarii, a historia ta została spisana specjalnie z myślą o jej trójce dzieci. Szybko jednak okazało się, że nie tylko rodzina chętnie zapozna się z tą lekturą.


To niezwykła podróż do krainy Orfeusza, poznajemy w niej zwyczajnych ludzi, którzy wcale tacy zwyczajni nie są, zwyczajne miejsca, które okazują się doprawdy niezwykłe. To także podróż kulinarna z prawdziwymi przepisami na smaczne dania bułgarskie, które możemy wypróbować w naszej polskiej kuchni, w naszym własnym domu. Rozsmakujmy się w tych egzotycznych smakołykach, przyjmijmy zaproszenie od Ałbeny Grabowskiej, by dowiedzieć się o różnicach, ale może i podobieństwach pomiędzy naszymi krajami? Zachęcam, ponieważ to historia o wspaniałych ludziach z krwi i kości, którzy żyli naprawdę... A może za sprawą tej właśnie lektury zapragniecie odwiedzić Bułgarię, by na górskim szlaku spotkać uroczą, piękną kobietę o bułgarskich korzeniach?

Tajemnice starego domu Ilona Gołębiewska





Recenzja tomu pierwszego: klik.

Tom drugi jest równie obszerny jak pierwszy. Nieszczególnie przepadam za kontynuacjami, ponieważ najzwyczajniej w świecie zapominam, o czym była mowa w pierwszej części, ale też nie zawsze pamiętam poznanych kilka miesięcy wcześniej bohaterów. Tym razem dosyć szybko przypomniałam sobie, kim jest główna bohaterka stworzona przez Ilonę Gołębiewską. Alicja, bo tak ma na imię, mieszka w miejscu, które pamięta z dzieciństwa. To tutaj czuje się szczęśliwa, tu rozwija się jej miłość, nie tylko do mężczyzny, ale również do dziecka, dla którego chce być matką. Niestety, z uwagi na tytuł powieści, pojawią się sekrety i tajemnice, które zburzą pozorny ład, porządek i spokój. Czy to możliwe by ta dojrzała kobieta naprawdę miała siostrę, której nie zna?

Jak wiele potrzeba czasu, by zniszczyć to, co z mozołem budowano przez wiele, wiele lat? Jak łatwo można zniszczyć szczęście drugiego człowieka? Dlaczego kolejne pokolenie musi płacić za błędy poprzedników?


Lektura całkiem przyzwoita. Czyta się ją szybko, z zaciekawieniem i zaintrygowaniem. Jak zawsze najbardziej interesował mnie wątek związany z II wojną światową, ale i inne były równie wciągające. Można się było za sprawą tej książki nie tylko doskonale bawić, ale też zastanowić się nad wieloma sprawami. To dobra lekcja życia mówiąca wiele o przebaczeniu, o miłości, o przeszłości i o tym, by wsłuchać się w swoje wewnętrzne ja, bo dzięki temu możemy poznać prawdę o sobie. Polecam!

piątek, 2 marca 2018

Anna Sakowicz Na dnie duszy




Znam tylko i wyłącznie pierwsze książki Anny Sakowicz i nieszczególnie byłam zainteresowana najnowszymi propozycjami literackimi tej pisarki, ale ta powieść w jakiś dziwny, niewytłumaczalny sposób przyciągnęła mnie do siebie. Z pewnych względów obawiałam się tej historii. Bałam się jej jak cholera. Teraz, po zakończonej lekturze wiem, że obawy te były bezpodstawne, a to, co ciągnęło mnie do niej to oczywiście związek z II wojną światową.


Ostatnio rzadko kiedy naprawdę się wzruszam przy czytaniu. Bardzo rzadko. Tutaj łzy leciały po mojej twarzy ciurkiem. Co prawda styl autorki jest szorstki i nigdy nie nazwałabym go ciepłym, przyjaznym, ma w sobie coś niezwykłego. Nietuzinkowego. Plastycznego. Coś, dzięki czemu obrazy malujące się przed naszymi oczami są wyraźne, zbyt wyraźne wręcz. Nie pozwalają nam bowiem o sobie zapomnieć.


Początek historii nie powalił mnie na kolana. Czułam się rozczarowana, bo znowu pogrzeb. Znowu spadek... To już było tyle razy! A jednak nie! Autorka miała własny, niesztampowy pomysł na powieść. Bohaterka, którą stworzyła, miała w sobie charyzmę, poczucie humoru i, co najważniejsze, potrafiła przyznać się do błędów.

Książka wciągnęła mnie w momencie, gdy poznawałam dzieciństwo Donaty. Zaintrygowana czekałam, jak potoczą się jej dalsze losy. Chciałam ją przytulić, pocieszyć, a jej matką potrząsnąć. Jakoś do niej przemówić.

"Na dnie duszy" to historia, która wzbudziła we mnie szereg różnorodnych emocji. Czytało się ją jednak bardzo trudno, bo przepełniona była smutną rzeczywistością. Oczywiście znalazłam w niej i fragmenty bardziej radosne, ale jeżeli szukacie lektury łatwej, lekkiej i przyjemnej to ta taka na pewno nie jest. To powieść, która intryguje, wstrząsa, w sposób zupełnie odmienny uświadamia, co w życiu ważne, a czym nie należy zawracać sobie głowy. To coś innego, a jak wiadomo w naszym świecie znaleźć prawdziwy unikat jest bardzo, bardzo trudno. Właśnie dlatego warto sięgnąć po powieść "Na dnie duszy". Polecam!

niedziela, 18 lutego 2018

Troje na huśtawce Natasza Socha




Natasza Socha jest felietonistką, dziennikarką i pisarką. Wychowała się w Poznaniu, obecnie mieszka w Niemczech. Na swoim koncie ma powieści obyczajowe tworzone w sposób dosyć ironiczny, ale nie boi się trudnych, poważnych tematów, o których potrafi pisać bez niepotrzebnego tragizmu i histerii. W ostatnim czasie poruszyła po raz kolejny problematykę kobiety dojrzałej, z niebywałą konsekwencją uświadamiając nam, a może tylko przypominając, że po czterdziestce również można zacząć wszystko od nowa.

"Troje na huśtawce" to książka z przepiękną okładką sprawiająca wrażenie lekkości i radości. Czy właśnie taka będzie najnowsza historia Sochy?

Mam w sobie wiele sprzecznych uczuć po zapoznaniu się z tą lekturą. Najczęściej byłam pełna oburzenia, gdy czytałam i zagłębiałam się w tej historii coraz bardziej. A dlaczego?


"Troje na huśtawce" to niełatwa książka. Pisana jak zawsze u Sochy z prawdziwą lekkością, czyta się szybko, choć brakuje w niej jakiejkolwiek chronologii nietrudno się w wykreowanej przez autorkę historii odnaleźć. Dialogi są świetne, całość pisana w sposób zabawny, a bohaterowie wiarygodni. I wszystko byłoby ładnie i pięknie, gdyby nie ten cholerny, zupełnie nieoczywisty trójkąt!

Wyobraź sobie, że jesteś dzieckiem, a następnie młodą kobietą, która marzy o przyjaźni z nieco od Ciebie starszą sąsiadką. Sąsiadką podziwianą przez Ciebie. Uwielbianą. Chciałabyś być taka, jak ona. Wreszcie sąsiadka zachodzi w ciążę i rodzi synka, a Ty otrzymujesz od losu wielką szansę. Szansę jedną na milion. Stajesz się nianią tego chłopca. Wychowujesz go, tłumaczysz świat. Podcierasz jego tyłek, kochasz jak własne dziecko...

I nagle, gdy dziecko jest już dorosłe, wrażliwe i niezwykłe jakoś tak się dziwnie dzieje, że zaczynasz dostrzegać w nim mężczyznę. A on zaczyna dostrzegać w Tobie kobietę.

A teraz postaw się w sytuacji jego matki...


To tak w skrócie. Książka jest w jakiś sposób niezwykła i inna. Muszę to przyznać. Pokazuje nam zupełnie odmienny punkt widzenia. Wzbudza emocje, zmusza do myślenia jak rzadko która. I dlatego jest dobra, bo powieść powinna budzić w nas emocje, właśnie o to chodzi. Dlatego polecam ją Wam z całego serca, bo to opowieść o życiu. Może nie o moim czy Twoim, bo my przecież święte jesteśmy, my nigdy w życiu... ale ona tak. Ona ma na imię Koralia i ma 42 lata. On ma na imię Tytus i jest o 18 lat od niej młodszy. Jego mama jest jej najlepszą przyjaciółką. Warto poznać tych trzech bohaterów. Naprawdę warto!

wtorek, 13 lutego 2018

Nieświęta rodzina Danuta Noszczyńska



Danuta Noszczyńska jest autorką kilkunastu już powieści. "Nieświęta rodzina" jest trzecią z kolei wydaną w serii Siedem grzechów głównych.

Dla mnie spotkanie z tą książką było nie lada przeżyciem. Bardzo trudno jest znaleźć w natłoku powieści bezbarwnych, płytkich, podobnych do siebie, sztampowych, zwyczajnie nudnych historię na wskroś przejmującą. Opowiadającą o życiu beznadziejnym, skomplikowanym, nie do pozazdroszczenia. Bo czegóż mielibyśmy zazdrościć głównej bohaterce "Nieświętej rodziny"?
Możemy jej jedynie współczuć...

Z wielkim niepokojem śledziłam losy Agi. Martwiłam się o nią. Byłam oburzona, bo jakże to tak?

Danuta Noszczyńska odziera nas ze złudzeń. To doskonała obserwatorka otaczającego nas świata. Dobrze wie, jak wygląda nasza polska, szara rzeczywistość. Jak wygląda prawdziwa polska rodzina. Pełna wad, sprzeczności, daleka od ideału. Ona jedna daje nam szansę. Pozwala się zrehabilitować, choć nie jest to wcale łatwe ani przyjemne, bo musimy się przyznać do błędu, zdać sobie sprawę z własnych ułomności, nałogów, braków.
Pisarka pozwala nam na zmiany. Na niepowielanie porażek. Na zrozumienie samych siebie.

Pierwszoosobowa narracja jeszcze szybciej przenosi nas w świetnie wykreowaną przez Noszczyńską rzeczywistość. Równie szybko zaczniemy kibicować głównej bohaterce i marzyć o tym, by udało jej się wyjść z tego marazmu i tej beznadziei, w jakiej tkwi.
Poznajemy męża Agi -Tediego, który nie jest biologicznym ojcem jej syna Maciusia i który nawet nie próbuje mu tego ojca zastąpić. Pod jednym dachem mieszka z nimi jeszcze tata Agi.
Krok po kroku dowiadujemy się, jakie było dzieciństwo i wczesna młodość głównej bohaterki. Im lepiej ją poznajemy, tym mocniej trzymamy za nią kciuki i mamy nadzieję, że jej los nie jest z góry przesądzony.
"Nieświęta rodzina" jest lekturą nietuzinkową, obok której nie wolno przejść obojętnie. Postaci stworzone przez pisarkę są świetnie nakreślone i dobrze przemyślane. Fabuła ciekawi i daje do myślenia. Styl autorki jest nietypowy, a język ironiczny, cięty, ostry. Książkę polecam zdecydowanie!

poniedziałek, 12 lutego 2018

Dziewczyny chcą się zabawić Adrianna Michalewska Izabela Szolc






Wiedziałam. Po prostu wiedziałam, że powieść ta nie będzie taka całkiem zwyczajna. Brakowało mi właśnie takiej prozy, umiejscowionej w latach mojego dzieciństwa, opowiadającej o prawdziwych problemach nastolatek dojrzewających w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych. I jest! Nareszcie jest! Lektura idealna dla nas, trzydziestolatek i czterdziestolatek, którymi stałyśmy się nie wiadomo kiedy, zupełnie jakoś tak bez naszej wiedzy i zgody... 


O autorkach nic nie napiszę, bo niestety nic o nich nie wiem, nic poza tym, że stworzyły świetną fabułę, wykreowały charakterystyczne i żywe postaci, prawdopodobne dialogi i jakby tego wszystkiego było mało, wplotły wątek dotyczący II wojny światowej. Dla mnie to idealne połączenie i dlatego skradły moje serce! Absolutnie! 


Michalewska i Szolc pokazały nam prawdziwe, pozbawione złudzeń życie czterech młodych dziewczyn mieszkających w szarej, beznadziejnej Łodzi. Na szczęście nasze bohaterki nie pozwoliły miastu bez przyszłości na pochłonięcie, one wiedziały, że prędzej czy później im się uda. Właśnie im. To książka o marzeniach, o pragnieniach, o nadziei na lepsze jutro. O tym, że młodość musi się wyszumieć, że musi popełnić swoje własne błędy. To historia o wielkiej samotności wśród ludzi, o dążeniu do doskonałości dla innych, o pragnieniach, by było normalnie jak w prawdziwych, kochających się rodzinach. 
Dziewczyny pomimo wielu kompleksów, zawodów i rozczarowań są szalone, przebojowe, wesołe, chcą być zwyczajnie, tak po ludzku szczęśliwe. Dorastają w okresie zmian, marzy im się sława, marzy im się miłość, marzy im się wszystko to, co nieznane i nieokiełznane. Czy odnajdą swoją drogę, nie pogubią się, skoro nawet ich rodzice nie mają pojęcia jak żyć? 

To lektura zaskakująco dobra. Odzierająca ze złudzeń, zmuszająca do refleksji. Podróż, w którą zabrały nas te dwie autorki nie była tylko łatwa i przyjemna, choć wiele razy śmiałam się i cieszyłam, gdy dziewczyny były pełne nadziei i wiary, muszę przyznać, że niejednokrotnie wzruszały mnie losy tych czterech dziewczyn z Łodzi. Trzymałam za nie mocno kciuki. 

"Dziewczyny chcą się zabawić" to książka, którą naprawdę warto przeczytać. Polecam! 
Premiera: 14.02.2018



niedziela, 11 lutego 2018

Historia złych uczynków Katarzyna Zyskowska




Katarzyna Zyskowska jest jedną z niewielu polskich pisarek, których twórczość cenię i których powieści mogłabym polecać w ciemno. Naprawdę! Nigdy nie zawiodłam się na tworzonych przez nią historiach. Jej bohaterowie zawsze są świetnie nakreśleni i przemyślani, a styl autorki charakterystyczny i piękny, poetycki. Nie jest istotne, czy Zyskowska pisze o moim ukochanym Baczyńskim, czy o wspaniałej Skłodowskiej, czy o postaciach fikcyjnych. Książki jej autorstwa wciągają już od pierwszych stron, intrygują i nie pozwalają o sobie zapomnieć nawet w ciągu wielu dni po skończonej lekturze.

"Historia złych uczynków" to powieść wielowątkowa. Poznajemy w niej Ninę, która opowiada nam o swoim życiu w sposób ciekawy i nietuzinkowy. Nie wiemy, czego możemy się spodziewać, nie mamy pojęcia, co wydarzy się za chwilę i kto w tej historii jest bez skazy, a komu daleko jest do ideału. Autorka trzyma nas w napięciu do samego końca, nie pozwala nawet na sekundę oddechu. To książka przepełniona emocjami, zaskakuje na każdym kroku i zmusza do myślenia. Już, już wydaje nam się, że poznaliśmy tajemnicę, że zrozumieliśmy jedną czy drugą postać, że wiemy, dlaczego postępuje tak, a nie inaczej... Niestety po raz kolejny zostaniemy z niczym, bo powieść ta naszpikowana jest pozorami i niczego nie można w niej przewidzieć.

Główna bohaterka wychowywana jedynie przez matkę zaczyna studia w stolicy. Właśnie dowiedziała się, że rodzicielka przez całe życie okłamywała ją, twierdząc, iż ojciec dziewczyny nie żyje. Nina poznaje Miłosza, człowieka pozbawionego wszelkich skrupułów. Nigdy nie wiadomo, jak się zachowa, jest nieprzewidywalny i porywczy. Porzuca ją w chwili, gdy kobieta dowiaduje się, że nosi pod sercem jego dziecko. Okazuje się, że nie tylko to łączy Ninę i Miłosza. Ich losy były ze sobą związane od wielu, wielu lat...

To naprawdę doskonała proza. Jedna na milion. Cholernie dobra fabuła. Przemyślana. Dająca do myślenia. Zaskakująca. Będę myśleć o niej jeszcze długo... długo... długo...
Dla mnie mistrzostwo. Prawdziwa perełka.


 Historia emocjonalnego niedostatku. Polecam! Premiera pod koniec lutego! Zapamiętajcie ten tytuł, bo warto!


sobota, 3 lutego 2018

Marzena Rogalska Gra w kolory recenzja przedpremierowa




Marzena Rogalska jest dziennikarką, która potrafi słuchać i rozmawiać z ludźmi. Cecha ta łączy ją z główną bohaterką "Gry w kolory", Agatą.

"Gra w kolory" to kolejna po "Wyprzedaży snów"opowieść o Agacie. Jest równie ciekawa i świetnie napisana.

Główna bohaterka próbuje się pozbierać po wielkiej stracie. Na szczęście nie jest w życiu sama, przyjaciele dodają jej nadziei, otuchy i siły. Mnie najbardziej zaintrygowały w tej historii sekrety sprzed lat i tajemnice rodzinne Agaty. Ten wątek wzbudził moje zainteresowanie i na nim się skupiłam, zagłębiając się w lekturze. 

Marzena Rogalska doskonale operuje słowem. Czytelnik oddaje się w jej ręce, ponieważ tworzona przez nią fabuła i wykreowani bohaterowie budzą w nim sympatię i dają poczucie bezpieczeństwa. Chcemy wierzyć w moc przyjaźni, w dobro, które powraca. Chcemy mieć nadzieję, że przeszłość, nawet najbardziej trudna i skomplikowana, to jednak tylko i wyłącznie przeszłość. Warto poznać prawdę, nawet najbardziej bolesną, bo jak inaczej mamy coś zmienić w naszym życiu na lepsze? Jak iść dalej, do przodu, gdy nie rozliczyliśmy się jeszcze z tym, co było? Gdy nie znamy odpowiedzi na pytania sprzed lat?

"Gra w kolory" to fascynująca opowieść o dorastaniu. O przyjaźni. O miłości. O wybaczaniu. O uczuciu dziecka do rodzica i rodzica do dziecka. O tęsknocie. O życiu po prostu, które składa się z całej palety barw. Zarówno z jasnych, słonecznych, jak i z tych mniej radosnych.

Historia ta ujmuje, chwyta za serce, ponieważ jest przepięknie opowiedziana, z wyczuciem i ciepłem mówi o prawdziwej rodzicielskiej trosce i miłości, której nie da się porównać z żadną inną. Tak może kochać tylko rodzic...

W tej książce nic nie jest proste ani łatwe, a pozory zmylą niejednego...


Całość polecam! Premiera w Walentynki. Myślę, że to może być całkiem przyjemny prezent na Dzień Zakochanych!


Premiera: 14 lutego 2018 roku

niedziela, 21 stycznia 2018

Zapowiedzi styczeń i luty 2018, czyli na co czekam?

Jak wiadomo, czytanie to jedno z moich ulubionych zajęć, dlatego oddaję się mu, kiedy tylko mogę. Ostatnio nie miałam zbyt wiele czasu na śledzenie zapowiedzi i nowości czytelniczych, ale ponieważ moja biblioteczka z książkami do przeczytania sukcesywnie się zmniejsza, postanowiłam rozejrzeć się za tym, co dopiero pojawi się na półkach księgarń. I tak z wielką ciekawością oczekuję na powieści moich ulubionych pisarek, których styl nigdy mnie nie zawiódł. Czekam na:





Świąteczne iluminacje odeszły w przeszłość, nadszedł styczeń, a z nim powrót do codzienności. A u naszych ulubionych bohaterów wiele się zmieniło. Magda musi wrócić do pracy, gdzie będzie spotykać swojego dawnego ukochanego z jego nową narzeczoną, a jej szefową, Antek poszuka nowego zajęcia, a Bianka pojedzie do Warszawy, do swojego dawnego życia. Michał i Bartek znajdą się nagle po przeciwnych stronach barykady, a Dorota Mirska postanawia wreszcie zawalczyć o siebie w małżeństwie.
Czy im się uda? Czy znajdą swoje miejsce w tej przedziwnej kombinacji uczuć i emocji, jaką zafunduje im ten początek roku i wiosenne słońce, które nieśmiało przenika przez ciężkie chmury? A może szczęście znajduje się zupełnie gdzie indziej niż na dobrze znanych codziennych ścieżkach?






Koralia ma czterdzieści dwa lata i czterdzieści dwa powody, by zmienić swoje życie. Oraz jeden dodatkowy, który wywraca jej świat do góry nogami. Tytus jest osiemnaście lat młodszy. Kiedy ona zdawała maturę, on własnie się rodził. I jeszcze jedno – jest synem jej najlepszej przyjaciółki. Co w życiu jest ważniejsze? Przyjaźń czy miłość? Czy naprawdę trzeba wybierać? „Troje na huśtawce” to współczesny romans obyczajowy, spisany w formie pamiętnika, opowiedziany z dystansem, ironią i dużą dawką emocji.
Jeśli przyjmiemy, że życie jest windą, która zatrzymuje się na każdym piętrze, a potem jedzie dalej, to wszystko można sobie bardzo prosto wytłumaczyć. Piętro z napisem małżeństwo zostało przeze mnie opuszczone, a ja znowu przesuwam się w górę. Obecnie wysiadłam na poziomie „romans z młodszym”.




Jak kot, który żyje siedem razy, Agata po raz kolejny zaczyna na nowo.
Po dotkliwej stracie Agata dochodzi do siebie pod troskliwą opieką najbliższych. Kiedyś podzieliła się z nimi swoimi snami. Ale czy pojawi się ktoś, kto zechce dzielić z nią życie? I czy ona, targana wątpliwościami, będzie na to gotowa?
Aby być szczęśliwym, trzeba zrozumieć siebie. Marzena Rogalska poruszająco opowiada o wewnętrznym dojrzewaniu Agaty, odkrywa jej rodzinne tajemnice i pokazuje, że każdy może zmierzyć się z demonami zapomnianej i wypartej przeszłości. Trzeba tylko odwagi i… niewielkiej pomocy przyjaciół!


Rozalia, Donata i Inga to przedstawicielki trzech pokoleń kobiet. Każda z nich została wychowana w innych czasach,
miała swoje marzenia i cele, ale łączyły je więzy krwi i pragnienie różnie pojętej miłości. Na dno duszy każdy człowiek spycha swoje lęki i traumatyczne doświadczenia. Może czasami warto je wydobyć na światło dzienne i rozliczyć przeszłość? Pozornie zwyczajna historia, jakich wiele, a jednocześnie pełna niespodziewanych zwrotów akcji, dawnych tajemnic i zaskakujących wyborów. „Na dnie duszy” to powieść o relacjach rodzinnych, o tym, że jedno niespełnione
pragnienie może mieć wpływ na życie następnych pokoleń.
Ta intrygująca opowieść pochłonie cię bez reszty i zadziwi niejeden raz!
Bo dla każdego ta sama przeszłość wygląda inaczej…

Czekam również na książkę o tematyce bliskiej memu sercu. Została napisana przez koleżankę blogerkę. Trzymam mocno za nią kciuki. Na książkę czekam naprawdę niecierpliwie! 


Przejmujące wspomnienia dwunastu kobiet, które przeżyły piekło niemieckiego nazistowskiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. Książka jest efektem rozmów autorki z każdą z bohaterek.
Leokadia Rowińska do obozu trafiła w trzecim miesiącu ciąży. Wspomina, jak okrutnie traktowane były kobiety oczekujące potomstwa. Ireneusz, bo takie imię nadała swojemu synkowi, stał się najmłodszą ofiarą Marszu Śmierci. Pochowała go w pudełku po makaronie.
Zofia Wareluk urodziła się w Auschwitz. Swoją smutną historię opowiada na podstawie wspomnień matki. Poród Zosi odbierała Stanisława Leszczyńska.
Urszula Koperska do obozu trafiła jako 8-letnie dziecko. Opowiada o głodzie, tęsknocie i strachu. Jej wspomnienia to historia każdego dziecka w Auschwitz. W baraku, w którym się znajdowała, więzień artysta, rysował dzieciom na ścianie obrazki, które przetrwały do dziś.
Wiesława Gołąbek w obozie przebywała prawie trzy lata. W tym samym baraku co ona znalazła się Seweryna Szmaglewska. Pisarka wspomina 16-letnią Wiesię w swojej książce Dymy nad Birkenau.
Walentyna Nikodem była w Auschwitz świadkiem wielu bestialskich poczynań esesmanek. To ona pod koniec wojny spotkała jedną z najokrutniejszych morderczyń i doprowadziła do jej egzekucji.
To tylko niektóre z historii, ale każda z nich zasługuje na pamięć.


Sylwia Winnik z domu Grochala, ukończyła dziennikarstwo we Wrocławiu. Interesuje się historią, szczególnie II wojny światowej. Jest autorką bloga Czas na Książki. W 2015 roku została wybrana przez czytelników magazynu Fanbook Książkowym Blogerem Roku. Jest pomysłodawcą i współorganizatorem Literackiego Festiwalu Czas na Książki. Jej pasją są książki i góry.

Jestem też ciekawa tych propozycji literackich... 



Kto z nas czasami nie ma ochoty rzucić wszystkiego i zmienić swojego życia? Główny bohater powieści, samotnie wychowujący nastoletniego syna, w ciągu jednego miesiąca traci pracę, syna i zdrowie. Ale kiedy wszystko się wali, może to oznaczać, że świat chce nam pomóc zbudować siebie inaczej, od nowa. Niektórym zdarzeniom trzeba po prostu pozwolić się zadziać.
Czterdziestokilkuletni mężczyzna wyprowadza się na drugi koniec Polski, żeby przed sobą uciec, a w konsekwencji siebie znajduje. W nowym domu odkrywa ukryty pod podłogą właz do piwniczki, która skrywa tajemnicę z czasów II wojny światowej...





Pewnego dnia 1941 roku siostra Jolanta zrozumiała, że to, co robi dla zamkniętych w getcie przyjaciół, nie wystarczy, aby ich ocalić. `Będę pomagać inaczej`, postanawia, i narażając życie swoje i ogromnej siatki ludzi, którzy myślą jak ona, codziennie ratuje kilkoro dzieci. Ich lista, umieszczona w zwykłej butelce po mleku, którą Jolanta zakopuje pewnego dnia pod jabłonką, liczy... dwa i pół tysiąca dzieci!

`Ja tylko próbowałam żyć po ludzku... To przecież nic takiego. Każdy by tak zrobił. Trzeba podać rękę tonącemu. Nawet, jeśli nie umie się pływać, zawsze jakoś można pomóc. Nauczył mnie tego mój tatuś...`
- Poznajcie historię życia Ireny Sendlerowej.






Czy istnieją szczęśliwe rozwody?

Rebecca i Jacob podjęli decyzję o rozwodzie. Nie ma w tym niczyjej winy. Zabrakło namiętności, a w miejsce miłości pojawiła się przyjaźń. Gdy jednak dzielą się tą nowiną z przyjaciółmi podczas corocznego grzybobrania, eksploduje bomba towarzyska. Przez dwadzieścia cztery lata małżeństwa nikt nie zauważył, żeby mieli jakiekolwiek problemy. Ich przyjaciele reagują na tę szokującą wiadomość emocjonalnie, każdy po swojemu, a Rebecca bezskutecznie próbuje ich przekonać, żeby potraktowali ten weekend jako spontaniczne przyjęcie pożegnalne. Pożegnanie z tym, co było, i początek czegoś nowego i ekscytującego. Rebecca chce udowodnić, że rozstanie wcale nie musi oznaczać tragedii - ani dla nich dwojga, ani dla całego towarzystwa. Przecież wszyscy mogą się dalej spotykać, tak jak to robili do tej pory. 

Po rozwodzie nic jednak nie wygląda tak, jak sobie to wyobrażała Rebecca. Relacje z paczką przyjaciół nie układają się tak, jakby chciała. Rebecca uświadamia sobie w końcu, że jako singielka nie jest już mile widziana podczas wspólnych kolacji. 

`Przyjęcie pożegnalne` to powieść o tym, co się czuje, gdy kończy się wieloletnie małżeństwo i trzeba zacząć żyć w nowych okolicznościach. I o tym, że w dojrzałym wieku też można odnaleźć samego siebie.



Apteka marzeń Natasza Socha




Książka ta dosłownie wbiła mnie w fotel. Wiem doskonale, jak pisze Natasza Socha. Obrazowo, bez skrępowania, bez zahamowań, plastycznie, intrygująco i na wesoło. Wiem, jak wyrazistych tworzy bohaterów. Wiem, że jej fabuła nie będzie nudna i sztampowa. Nie spodziewałam się jednak tego, co otrzymałam...

Potężnego kopa w moje zastygłe, sporych przecież rozmiarów, cztery litery.

Poruszająca do granic możliwości, dająca pstryczka w nos lektura inna niż wszystkie. Czy naprawdę marudzimy, że musimy rano wstać, że tyle mamy do zrobienia i jeszcze, że nie mamy co na siebie włożyć?

Natasza Socha, choć może nie wprost, nie dosłownie, jednak mówi nam, że powinniśmy się wstydzić. Cieszyć każdą chwilą. Doceniać to, co mamy, bo jutra może nie być...


Przepłakałam całość.
Naprawdę.
Były to i łzy wzruszenia, i żalu, i gniewu, ale też nadziei i radości. Natasza Socha zapewniła mi całą gamę emocji. I za to jej bardzo dziękuję. Za poruszenie tak ważnego tematu, za zmuszenie do myślenia. Za pokazanie, że można, a wręcz trzeba. Trzeba pomagać. Trzeba działać. Trzeba żyć.

"Człowiekowi wydaje się, że jest odporny na śmierć. Że jest objęty ochroną, chociaż inni umierają. Pędzimy samochodami, skaczemy ze spadochronami, balansujemy na granicy życia, a jednak nigdy nic złego się nie dzieje. Nie patrzymy na śmierć z pokorą..."


Kupując tę książkę, wspierasz Drużynę Szpiku.  



Nie jest to smutna opowieść nastrajająca nas pesymistycznie, choć tematyka do łatwych nie należy. Natasza Socha umiejętnie i w sposób przemyślany przedstawia nam historię Karoliny i Oli. Pomimo różnicy wieku (dzieli je dekada), dziecko i nastolatka odnajdują wspólny język. Połączy je niezwykła więź, bo i dziewczyny nie są takie całkiem zwyczajne. Inteligentne, kreatywne, myślą nie o sobie, a o drugim człowieku. Jedna z nich to osoba, która istnieje naprawdę. Pisarka postanowiła opowiedzieć o niezwykle odważnej Oli, dziewczynce, która zbyt wiele przeszła w swoim krótkim życiu. Druga, Karolina, to połączenie cech kilku osób w zbliżonym do tej fikcyjnej postaci wieku.

Obie pokochałam całym sercem i trzymałam za nie mocno, mocno, mocno kciuki.

"Kiedy wracam wieczorem do domu, zaczyna padać drobny deszcz. Pachnący i ciepły.
-Znowu leje, co za gówno-mruczy jakaś kobieta, potrącając mnie rozkładanym w pośpiechu parasolem.
Zamykam oczy.
Do wszystkich kobiet mających dylemat, czy lepsza jest na piance od kawy rozetka, czy może serduszko. Do wszystkich ludzi, których denerwuje padający deszcz, zbyt głośno szeleszcząca gazeta czy też spóźniający się tramwaj. Do tych, którzy kłócą się o nic. Lu o włosy kota na poduszce. O smak rosołu.
Raz jeden w życiu przejdźcie się korytarzem szpitala onkologicznego. Oddział dziecięcy. Raz jeden..."

Fragmenty pochodzą z książki "Apteka marzeń" Nataszy Sochy. Wydawnictwo Pascal.

sobota, 20 stycznia 2018

Serce z piernika Magdalena Kordel




"Serce z piernika" Magdaleny Kordel to historia poruszająca do głębi i doprawdy ciekawa. Autorka po mistrzowsku wprowadza czytelnika w magiczny okres około świąteczny. Nastawieni optymistycznie do ludzi i świata z radością oczekiwać mogliśmy Świąt Bożego Narodzenia, ale nie tylko dlatego warto sięgnąć po najnowszą powieść pisarki.

Magdalena Kordel przedstawiła nam ciepłą i sympatyczną historię Klementyny, która potrafi upiec aromatyczne i przepyszne pierniki. Kobieta wychowywana została przez babcię, która często i to bez zapowiedzi przenosiła się wraz z nią z miejsca na miejsce. Dziewczynka nie znała dnia ani godziny. Babcia Agata bez słowa wyjaśnienia wyruszała w podróż w nieznane z małą, zagubioną Klementyną. Teraz ona sama musi opiekować się małą istotką - własną córeczką Dobrochną. Pod jej opieką jest również wiekowa już babcia. Dlaczego Agata tak łatwo i bez żalu zabiera manatki i wychodzi? Czy jej wnuczce uda się ją zatrzymać i poznać odpowiedzi na pytania sprzed lat?

"Serce z piernika" to historia o nadziei, marzeniach i szczęściu, które być może czeka tuż za rogiem? Warto uwierzyć w cuda, jak przekonuje Magdalena Kordel.

Niezwykłe przypadki Kunegundy Paciorek Leszek Talko




"Niezwykłe przypadki Kunegundy Paciorek" to książka skierowana do młodego czytelnika. Myślę, że teraz, w okresie ferii zimowych, może zapewnić młodzieży doskonałą rozrywkę. Zabawa będzie przednia. Naprawdę!
Trzynastoletnia Kunegunda Paciorek nieszczególnie przepada za swoim imieniem i nazwiskiem. Nieszczególnie przepada też za nową szkołą i okropną dziewczyną, która siedzi w ławce obok niej. K. nie mieszka już w mieście i nie widuje się z przyjaciółkami z dawnej szkoły. Już chyba gorzej być nie może, uważa...


Książka ta jest ciekawa i wciągająca, a ilustracje oryginalne i dobrze dopasowane do fabuły. Całość tworzy niesztampowy klimat, pozwala czytelnikowi szybko przenieść się w świat wykreowany przez autora.
Główna bohaterka ma takie same problemy jak inni młodzi ludzie w jej wieku. Próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości na swój własny, niepowtarzalny sposób. Pomysłowa, kreatywna K. nie jest w stanie przewidzieć jednak tego, co wydarzy się za moment. A co takiego się wydarzy?

Na to pytanie poszukajcie odpowiedzi na kartach tej błyskotliwej i nietuzinkowej powieści dla młodzieży. Polecam!

poniedziałek, 15 stycznia 2018

48 tygodni Magdalena Kordel



Miałam ogromną przyjemność zapoznać się z każdą wydaną książką Magdaleny Kordel oprócz debiutanckiej. Na wznowienie "48 tygodni" czekałam długo i wytrwale, choć nie powiem, że cierpliwie. Historia ta wciągnęła mnie już od pierwszych stron i muszę ze zdziwieniem stwierdzić, iż według mnie to najlepsza powieść, jaka wyszła spod pióra tej bestsellerowej i jakże sympatycznej pisarki.

"48 tygodni" nie jest kolejną lukrowaną powieścią. To historia z życia wzięta, a z jej główną bohaterką bardzo szybko się zżyjemy i będziemy się z nią utożsamiać. Osadzona we współczesnych realiach, wciągnie nas, rozbawi, ale i wzruszy. To lektura przepełniona emocjami, jakie towarzyszą wielu kobietom w ich codziennym życiu, pisana o nich i dla nich. Żałowałam i nadal żałuję, że musiałam rozstać się z Nataszą, bo obdarzyłam ją wielką sympatią i szczerze trzymałam za nią kciuki. Jak dobrze ją rozumiałam!

Główną bohaterkę poznajemy pod koniec wakacji 2002 roku. Już od pierwszych zdań wiadomo, że Natasza to osoba niebanalna i intrygująca, zaskakująca i kreatywna. Irytowało mnie podejście jej męża do wielu spraw, ale cierpliwie czekałam na rozwój sytuacji. Wszak nie wolno mi było tak od razu go skreślać. Może wcale nie okaże się taki najgorszy? Miałam wielką nadzieję, że to jednak całkiem przyzwoity mężczyzna. A jaki był naprawdę? Nie zdradzę. Przekonajcie się sami.

Chciałabym przytoczyć jeden z fragmentów, który doskonale oddaje to, o czym, między innymi oczywiście, jest ta szalenie wciągająca i dowcipna historia:

"Jak to możliwe, że inne kobiety, mając więcej niż jedno dziecko, pozostają w miarę zdrowe na ciele i umyśle? Może są bardziej odporne. Albo głuche. Albo mają mężów, którzy intensywnie pomagają im w wychowywaniu potomstwa? Nie, to ostatnie można od razu odrzucić jako nierealne i zbyt fantastyczne - wszyscy mężczyźni, których znam, na widok dzieci dostają wysypki i odruchu wymiotnego. I jak te kobiety przeżywają wakacje, kiedy przedszkola i szkoły nielitościwie zamykają swe podwoje? Po prostu nie wiem. Ja, która mam tylko jedno dziecko, lat sześć, oraz dorosłego męża, który zachowuje się, jakby był w wieku naszej córki, pod koniec wakacji czuję się jak po rocznej pracy w kamieniołomach." 

Córka Nataszy potrafi zaskoczyć i wywołać na twarzy matki wyraz zdziwienia, zaskoczenia i zażenowania. Każda z nas, mam, czasem nie wie, co odpowiedzieć na pytanie dziecka. Nie wie, jak na to pytanie zareagować, jak się do niego odnieść. Nasze pociechy okazują się wszakże nie tylko doskonałymi obserwatorami, ale potrafią też dodać dwa do dwóch, myśleć logicznie i choć wydaje nam się to niemożliwe, naprawdę słuchają tego, co do nich mówimy, co im tłumaczymy i jak wyjaśniamy. A później wykorzystują ową wiedzę przeciwko nam! Och, jak nam wtedy głupio, gdy nasze własne maluchy wytkną nam błąd czy niewłaściwe zachowanie.

Lektura niesztampowa, pełna zabawnych dialogów i scenek jakże realistycznych. Bohaterowie prawdopodobni, przemyślani w każdym calu. Bardzo żałuję, że tak szybko skończyła się ta historia, bo bawiłam się z nią doskonale. Dodała mi skrzydeł, rozśmieszyła mnie, bardzo sympatycznie spędziłam z nią czas. Jak na babskiej imprezie z najlepszymi przyjaciółkami. Polecam zdecydowanie. Nie zawiedziecie się! Zresztą, czy naprawdę do książek Magdaleny Kordel trzeba kogokolwiek przekonywać?


niedziela, 14 stycznia 2018

Smaki miłości Ashley Warlick recenzja przedpremierowa




Premiera: 30.01.2018 


Ashley Warlick jest właścicielką niezależnej księgarni, amerykańską pisarką. Powieść autorki, o której mam zamiar dzisiaj opowiedzieć, jest jej czwartą z kolei.

"Smaki miłości" to historia, która wydarzyła się naprawdę. To opowieść o kobiecie, która faktycznie nie przejmowała się zdaniem innych i robiła to, na co miała ochotę. Co uważała za słuszne. Żyła tak, by niczego nie żałować, jej pragnienia i marzenia były dla niej zawsze na pierwszym miejscu.

Akcja rozpoczyna się w Los Angeles w roku 1934. Poznajemy młodą, debiutującą pisarkę Mary Frances. Jest mężatką, ale już na początku książki dowiadujemy się, jak bardzo pociąga ją inny mężczyzna.

Całość czyta się szybko i z prawdziwym zaciekawieniem. Jesteśmy zaskoczeni życiem głównej bohaterki, zaintrygowani. Chętnie dajemy się wciągnąć w podróż po Kalifornii czy Francji. Wybierzemy się także w szwajcarskie Alpy. W którym z tych miejsc Frances odnajdzie szczęście i przy czyim boku? Czy będzie musiała dokonać wyboru?

Historia ta przepełniona jest aromatami, smakami, zapachami. Różnorodnością. Raz jesteśmy pełni empatii, wzruszeni do łez, zachwyceni poczynaniami bohaterki. Trzymamy kciuki za jej niełatwe wybory, staramy się nie oceniać jej i nie poddawać krytyce.

Książka o popularnej amerykańskiej pisarce zachwyci nas i pokaże, co jest w życiu naprawdę istotne. Za czym tęsknimy, czego potrzebujemy, za czym dążymy nieustannie? Jakiego rodzaju pragnienia mogą nami zawładnąć bez reszty?

Frances tworzyła eseje na temat jedzenia, ale tak naprawdę nierozłącznie wiązała sztukę kulinarną z życiem, z pragnieniem miłości. Pisała tak na ten temat:

"Moim zdaniem trzy fundamentalne ludzkie potrzeby: jedzenie, poczucie bezpieczeństwa i miłość są ze sobą do tego stopnia połączone i splecione, że nie sposób pisać o jednej z nich, nie uwzględniając pozostałych. Tak się składa, że kiedy piszę o głodzie, tak naprawdę chodzi mi o pragnienie miłości, o ciepło, które tak uwielbiamy i którego łakniemy."  


"Smaki miłości" polecam zdecydowanie. Szczególnie urzeknie zapewne fascynatów biografii, jak również osoby, które uwielbiają oryginalne i nietuzinkowe postaci.