wtorek, 17 czerwca 2014

Wyniki czyli kto wygrywa "Mimo wszystko"?

Autorka postanowiła nagrodzić poniższą odpowiedź:

Każda historia ma swój urok. Powieść wymyślona przez autora pozwala nam miłośnikom czytania na chwilę "wyłączyć" się z tego nie kiedy wstrętnego dzisiejszego świata i przenieść się w ten "eden" zapisany na kartkach. Druga strona medalu książki pisane przez życie pozwalają "NAM" sprawnym inaczej popatrzeć z innej perspektywy na to co nam przyniósł los. W takich książkach często odnajduję samego siebie, zaś autorzy sprawni inaczej dają mi siłę do walki o marzenia i lepsze życie.
Pozdrawiam ;)
duszek87@interia.eu

Gratuluję :))))
Przypominam, że nadal trwa konkurs z najnowszą powieścią Magdy Kordel do wygrania i z książką Victorii Gische.

Opowiadania z piaskownicy. Renata Piątkowska. Dla dzieci.

-Mamo-Zuzia przetarła dziś rano zaspane oczęta i spojrzała na mnie z wyrzutem-dlaczego nie poczytałaś mi wczoraj wieczorem tych opowiadań?
Moja niecała czteroletnia latorośl samodzielnie wybrała wczoraj kilka książeczek do czytania przed zaśnięciem, po czym w połowie pierwszej historyjki o Tomku...
-Przeczytałam całą książkę-odpowiedziałam zgodnie z prawdą.-Z tym, że Ty zasnęłaś na samym początku. Jak chcesz przeczytam Ci dzisiaj jeszcze raz.
-Chcę.

Tak bardzo często wyglądają moje rozmowy z Zuzanką.
Podczas gdy ona spała, a ja myślałam o kryminalnej opowieści, która czekała na mnie, moje starsze dziecko słuchało historyjek o niezwykłym bohaterze "Opowiadań z piaskownicy". I wcale zasnąć nie zamierzało. Najstarsza córka niby czytała książkę dla młodzieży, ale w pewnym momencie zauważyłam, że i ona przysłuchuje się mojemu czytaniu. Zainteresowały i rozbawiły ją przygody Tomka tak samo, jak mnie i Kamila. Czytałam i śmiałam się, do chwili, gdy nie dałam już niestety rady. Roześmiałam się na całego, bojąc się, że ten mój wybuch niepohamowanej radości obudzi najmłodszą córkę, ale na szczęście spała twardym snem.
Uwielbiam dziecięce książeczki, które są właśnie takie. Takie, przy których zapominam, iż jestem dorosła, iż jestem mamą dzieciom, że powinnam zachowywać się... no właśnie jak? Czy człowiek dorosły nie może dobrze bawić się z książką skierowaną do młodszego czytelnika? Może. Ma do tego prawo!

Renata Piątkowska pisze w sposób niezwykły. Nie tylko doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak myśli, co czuje, czym się kieruje dziecko, ale też rewelacyjnie potrafi wytłumaczyć to swoim czytelnikom. Zaciekawić ich, rozśmieszyć. Każda opowieść ma swoją oryginalną puentę, pozwala na wyciągniecie wniosków, mały szkrab nie nudzi się, a słucha.
Mój Kamil nie pała jakąś szczególną miłością do słowa pisanego, woli gierki komputerowe. Wczoraj jednakże nie zasnął, dopóki nie skończyłam czytać. Słuchał zaciekawiony, zaintrygowany, dodawał swoje komentarze, myślał o tym, co usłyszał. Czasem wtrącał coś związanego z tematem, na przykład opowiadał o podobnych historiach z własnego przedszkola. Książeczka, pomimo, że długa bardzo przypadła mu do gustu. Dopytywał, czy są rysunki przedstawiające Tomka w takiej, a nie innej sytuacji, czy jest na przykład jego obrazek z dwugłowym smokiem? Wyobraźnia podsuwała mu różne rozwiązania, a ja cieszyłam się, że Kamil myśli i jest zainteresowany przygodami tego roztropnego chłopca.
Wiele dzieje się w życiu Tomka, idzie do przedszkola, do kina, w którym poznaje Dominika. Czy podoba mu się film o koniu Garbusku, jeżeli widzi tylko górną część ekranu? A może chłopcy lepiej się bawią w swoim własnym towarzystwie, wymieniając landrynki na prażoną kukurydzę? Druga opowieść jest o znaczkach, zbieranych przez lata przez tatę. Akurat pogoda jest paskudna, nie ma mowy o wyjściu z domu, więc warto pooglądać skarby i dumę taty. To nic, że dwa znaczki się podarły, może tata tego nie zauważy? I tak nie były ładne...
Rozbawiła mnie opowieść o koszuli w zielono-czarną kratkę, ale tak naprawdę nie potrafiłabym wybrać, która historyjka szczególnie zapadła mi w pamięć. Wszystkie były zabawne, ciekawie napisane, interesujące. I ostatnia, o horoskopach, i ta o ślimakach, zębach, czy tatuażu i dredach. Zadziwiało mnie niejednokrotnie zachowanie chłopca, śmiałam się i próbowałam zrozumieć, skąd biorą się w jego głowie tak niesztampowe pomysły? Bardzo podobała mi się rozmowa Tomka po chińsku z Mayumi, kupowanie nowych tenisówek, chociaż stare miały tylko malutką dziurkę i były takie wygodne. Opowiadanie o windzie również mnie zachwyciło, podobnie jak "Okulary" czy "Osa". Naprawdę polecam wszystkim dzieciom "Opowiadania z piaskownicy". Renata Piątkowska pisze w sposób wyjątkowy, zabawny, jednocześnie pomaga naszym milusińskim poradzić sobie z pewnymi problemami, sytuacjami, koszmarami sennymi. Podsuwa im rozwiązania, ale nie nachalnie, raczej delikatnie. Całość pisana jest w pierwszej osobie, naszym narratorem jest przedszkolak Tomek, który ma w sobie ciekawość świata, wiele fantazji i głowę pełną niecodziennych pomysłów, planów,  niebanalnych marzeń. Polecam z całego serca i jestem pewna, że żadne dziecko nie będzie się nudzić z opowieściami snutymi przez Tomka. Satysfakcja gwarantowana!

"-Planety sprzyjają miłosnym podrywom. Padną kuszące propozycje. Z końcem tygodnia szykuj się na romantyczną kolację przy świecach.
-Czy to znaczy, babciu, że znowu wyłączą nam prąd?-spytałem.
-Co takiego?-zdumiała się.
-No, skoro będziemy musieli jeść przy świeczkach, to chyba będzie awaria prądu-wyjaśniłem.-Ale czytaj dalej, babciu, czytaj. To bardzo ciekawe. Może wiedzą też, kiedy będzie awaria wody, wtedy nie musielibyśmy się myć-ucieszyłem się."*

*fragment pochodzi z książki, strona 117

 




poniedziałek, 16 czerwca 2014

Elmer i przyjaciele. Kolorowanka. Fancy Nancy, niebywale wyjątkowa dziewczynka.

Tym razem chciałabym zaprezentować Wam dwie książeczki wydane przez Papilon.
Pierwsza z nich to "Elmer i przyjaciele", książeczka do kolorowania dla najmłodszych. Moja Zuzia postanowiła upiększyć już pierwszą stronę, ponieważ słonik wydał jej się zbyt smutny, pozbawiony kolorów.
Niestety zapału starczyło jej tylko na połowę Elmera, ale niebawem skończy "kolorowanie go".
W tej publikacji znajdziemy zadania, które dla naszego dziecka okażą się ciekawym i wcale nietrudnym zajęciem, dowiedzą się więcej na temat przyjaciół tego niezwykłego słonia, kolorów i nauczą się być może liczyć? Jedną z zagadek jest bowiem policzenie ptaszków, ale najpierw należy pomalować je na niebiesko.
Wiem, że kolorowanie Zuzi nie jest zachwycające, ale jak już kiedyś wspomniałam, dla mnie jest najcudowniejsze i najpiękniejsze, bo wykonane jej malutkimi i kochanymi rączkami.
Żaba i krokodyl mieli mieć barwę zieloną, co moja córeczka zrozumiała. A na powyższym rysunku są efekty jej pracy. Jeszcze zostały jej do pokolorowania inne zielone elementy, ale widocznie opadła już z sił i dokończy pracę innym razem.

Tylko Elmer, spośród wszystkim bohaterów książeczek jest kolorowy. Nie ma jednej barwy, jak inne zwierzątka, jak jego przyjaciele. On jest i żółty, i niebieski, i zielony, i różowy, i pomarańczowy, i fioletowy, i czarny, i biały jednocześnie! Każda jego część jest innego koloru. To wyjątkowy słonik w krateczkę! I za to właśnie tak kochają go dzieci, w każdym bądź razie moja Zuzia na pewno.
Kolorowankę pełną interesujących zadań polecam jak najbardziej, gdyż dzięki niej dziecko nie tylko się doskonale bawi, ale tez uczy. Spędza czas kreatywnie, poznając różne kolory, używa wyobraźni, korzysta z kredek, stara się nie wyjeżdżać za linie, pokolorować najpiękniej jak umie obrazki. Może rozwijać swoje zdolności związane z cyferkami, uczyć się podstaw matematyki.
Elmer jest przyjacielem wszystkich dzieci!

Druga z publikacji, o której chciałabym Wam dzisiaj napomknąć to:

Nie dość, że poznajemy niezwykle uroczą i pełną pomysłów dziewczynkę, to jeszcze czeka nas nie lada niespodzianka, zaraz po tym, jak otworzymy książeczkę, bo... wyfrunie z niej piękny, kolorowy motylek. Moja Zuzanka była tak zafascynowana nim, że musiałam kilkanaście razy nakręcać go i umieszczać we wnętrzu, by ponownie wyfruwał. Radość za każdym razem była ogromna, dlatego pomysł z motylkiem uważam za jak najbardziej trafiony!
Sama książeczka jest bardzo interesująca, za sprawą nie tylko treści, ale tez pięknych, kolorowym ilustracji. Zadbano o każdy szczegół, dopieszczono całość do granic możliwości. Zuzia polubiła tytułową Fancy Nancy od pierwszych stron. Podejrzewam, że cała seria o tej dziewczynce stanie się jedną z jej ulubionych.

Na powyższym zdjęciu pokazuję Wam jak wyglądał pokój naszej bohaterki na początku. Było nudno, szaro, jakoś tak... poprawnie. A Fancy Nancy nienawidzi nudy, szarości, smutku! Jej trzecie imię to jedno z tych: radość, zabawa, kolor! A może wszystkie jednocześnie?
W każdym bądź razie tak wygląda jej królestwo teraz:

I jak? Podoba Wam się ta zmiana? Taka właśnie jest ta dziewczynka.
Jak sama mówi: "Uwielbiam być wyjątkowa."
I naprawdę taka jest.
Jak myślicie, jaki jest jej ulubiony kolor? To proste, na pewno zgadniecie! Czym pisze swoje imię? Oczywiście piórem z pióropuszem! I na dodatek wpadła na genialny pomysł, by rozpocząć naukę języka francuskiego! Bo w tym języku wszystko brzmi oryginalnie, pięknie, ciekawie!
Żadna dziewczynka nie będzie zawiedziona, gdy przeczyta tę książeczkę. Jest zabawnie, wesoło, kolorowo, tak wiele się tutaj dzieje! Rysunki są naprawdę piękne, a przygody, jakie stają się udziałem naszej wyjątkowej postaci przykują uwagę i zainteresują nasze pociechy. Serdecznie polecam.
 
Pouczająca, mądra opowieść z zaskakującym zakończeniem!
 
 

Victoria Gische wywiad i konkurs.


 

Victoria Gische wywiad i konkurs

 

 

Victoria Gische to pseudonim literacki autorki, która ma na swoim koncie dwie powieści. Miałam przyjemność czytać najnowszą, zatytułowaną „Kochanka królewskiego rzeźbiarza” i polecam ją z czystym sumieniem. Zainteresuje Was i wciągnie, ponieważ napisana jest przystępnym, ciekawym językiem. Wbrew powszechnemu przekonaniu, historia wcale nie musi być nudna i Gische to udowadnia właśnie w tej lekturze.

AG: Niesamowicie rozbawił mnie fragment wypowiedzi, który znalazłam w Internecie. Pozwolę sobie go zacytować: "Z wykształcenia i zamiłowania historyk, a może idąc za modą powinnam napisać, historyczka. Obawiam się jednak, że bardziej może się to kojarzyć z histeryczką, a tego pragnę uniknąć, dlatego zostanę przy starym dobrym 'historyku'."  Jak myślisz, dlaczego istnieje przekonanie, że historia jest nieciekawa? I czy wolisz mówić o kimś na przykład „psycholożka”, zgodnie z najnowszą modą, o której wspominasz?
VG: Psycholożka, kardiolożka, ministra... A pani kierowca to kierownica czy kierowniczka? Powiedzieć, że feminizowanie na siłę doprowadza mnie do szewskiej pasji, to zaniżyć jej poziom do potulnego baranka. Jestem wdzięczna sufrażystkom za to, co udało im się wywalczyć dla kobiet, ale jak to się mówi, co za dużo, to niezdrowo i nie warto przeginać w żadną ze stron. Jestem dumna, że jestem kobietą i nie pragnę na siłę stawać się mężczyzną w spódnicy, tylko po to, aby udowodnić, że jesteśmy sobie równi. Nie popieram współczesnych feministek i tego, że niektóre z nurtów mają wręcz charakter fanatyczny i pragną przerobić kobiety na jakieś stwory chłopo-podobne. To jest temat na poemat i możliwe, że uderzyłam w stół i sporo nożyc się odezwie, ale nie mam zamiaru udawać, że coś mi się podoba tylko dla poklasku. Zresztą jestem  konserwatystką i nie podoba mi się wiele rzeczy oraz zachowań, które w dzisiejszych czasach forsuje się jako naturalne. Jestem historykiem. Nie historyczką, chociaż słysząc podobne określenia staję się histeryczką. Mam zresztą dość wszechobecnej poprawności wszelkiej maści. Ludzie zatracili dziś odwagę, żeby przyznać się do swoich poglądów i krzyknąć „Król jest nagi”.
Tak więc masz odpowiedź, na jeden z członów Twojego pytania.
A co do przekonania, że historia jest nieciekawa... Sama historia jest fascynująca, ale sposób, w jaki się ją podaje, zwłaszcza w szkołach, a później na studiach, woła o pomstę do nieba. Przeżyłam sama, na własnej skórze ogromne rozczarowanie. Kiedy szłam na studia, cieszyłam się jak dziecko, bo gdzież jak nie na Uniwersytecie, powinnam dostać porządną dawkę historii, której nie znajdę sama? A tu już na pierwszych wykładach z zakresu Starożytnego Egiptu miałam ochotę zepchnąć wykładowcę z ambony i opowiedzieć słuchaczom o tym, czego nie było w akademickim podręczniku. Nie należy się zatem dziwić, że uczniowie postrzegają historię jako nudną. Tym bardziej że nauczyciele największy nacisk kładą na wkuwanie dat, a to jest przecież niepotrzebne. Bardziej wartościowe byłoby, gdyby uczeń potrafił określić w jak największym przybliżeniu, w jakim okresie działo się to, czy tamto wydarzenie, a datę można sprawdzić. W końcu po to są leksykony, encyklopedie, itp., itd.

 AG: Jak zaczęła się Twoja przygoda z historią? W którym momencie poczułaś, że uwielbiasz właśnie tę dziedzinę wiedzy? I kiedy narodził się pomysł, by zacząć pisać?
VG: Nie chcę zabrzmieć górnolotnie, ale z historią stykałam się od dziecka. W moim domu nie mogło brakować książek do czytania. Kiedyś biblioteka rodziców była spora. Rozrosła się do dość dużych rozmiarów i z uwagi na zajmowane miejsce, tata sprzedał część mniej wartościowych książek do antykwariatu. Najciekawsze jest jednak to, że mój ojciec jest wielbicielem, żeby nie powiedzieć fanatykiem (takim w dobrym znaczeniu) historii Starożytnego Rzymu. Przypuszczam, że mało znalazłoby się ludzi, którzy mogliby konkurować z nim w zakresie wiedzy na ten temat. Powinnam po nim odziedziczyć to zamiłowanie. Ja jednak bardziej gustuję w Starożytnym Egipcie i historii powszechnej średniowiecza.
Historia zawsze była moim ulubionym przedmiotem. Nie stała się nim w którymś momencie, w którejś klasie. Po prostu, kiedy pojawiła się w czwartej klasie szkoły podstawowej w planie lekcji, od razu stała się moim faworytem.
Jak to było z tym pisaniem... Taki pomysł na poważne pisanie, czyli z myślą o szukaniu wydawcy i publikowaniu, narodził się dopiero w 2011 roku, po przyjeździe do Niemiec. Natomiast pisałam od dziecka. Już w podstawówce wypracowałam swój charakterystyczny styl, który oczywiście z czasem się zmienił, dojrzał, ewoluował. Faktem jest, że nauczycielki od razu potrafiły poznać, kto jest autorem wypracowania, bez spoglądania na imię i nazwisko. Mama zawsze wspomina, że jako mała dziewczynka napisałam swoje pierwsze opowiadanie. Ja nie pamiętam, ale Mamie wierzę na słowo. Później w zeszycie w kratkę, takim 120-stronicowym, napisałam powieść o Dzikim Zachodzie. Była ona wynikiem fascynacji książkami Karola May'a i uwielbieniem dla Winnetou, nad śmiercią, którego wylałam morze łez.

 AG: Jakiego typu literaturę preferujesz? Wolisz lekką lekturę, czy raczej trudniejszą, zmuszającą do refleksji?
VG: Przez długi okres, kiedy studiowałam, nie miałam czasu na lekką literaturę, ale nie przeszkadzało mi to, że czytam tylko książki naukowe. Historyczne. Teraz kiedy piszę powieści, chcąc przekazać Czytelnikowi jakąś dawkę lekko strawnych wiadomości, a jednocześnie urealnić opisywany świat, automatycznie zaglądam do książek stricte naukowych. Natomiast, kiedy mam chwilę, sięgam po różną lekturę. Uwielbiam książki w typie „Lalki”. Nie gardzę przygodowymi, z gatunku płaszcza i szpady, o Indianach i kowbojach. Chętnie sięgam po dobry romans historyczny. Lubię biografie, przewodniki. Ogólnie kocham czytać.

AG: Czy szykujesz już kolejną powieść? O czym będzie Twoja następna książka?
VG: Chwaliłam się, że podpisałam umowę z Belloną na kolejną powieść. Przedstawiłam wydawnictwu kilka propozycji, z których spodobały się dwie. Na razie jest zamówienie na jedną z nich. Może niektórych rozczaruję, ponieważ pomyślą, że się szufladkuję, ale fabuła także będzie się toczyć w Starożytnym Egipcie. Będą całkiem nowi bohaterowie, ale ponieważ akcja rozgrywa się tylko kilkadziesiąt lat po śmierci Echnatona znajdzie się kilka „wycieczek” do tego, co działo się w „Kochance królewskiego rzeźbiarza”. Od razu jednak zaznaczam, że jeżeli ktoś nie przeczytał „Kochanki...”, nie będzie to w żadnym razie przeszkadzać.
Mam także w połowie gotową powieść obyczajową. To rodzaj sagi. Wszystko zaczyna się pod koniec XIX wieku, a zakończy w połowie XX stulecia. Będą odniesienia do ważnych i mniej ważnych wydarzeń historycznych. Obok kilku fikcyjnych bohaterów, wpływ na wydarzenia będą miały postaci autentyczne.
Oprócz, tego kilka lat temu, zaczęłam pisać – powiedzmy – bajkę. Przy czym jest to raczej opowieść przeznaczona dla nastolatków, podrostków. Z jakiejś przyczyny, o której już nie pamiętam, zaprzestałam pisanie, ale myślę, że może warto byłoby dokończyć książkę i spróbować zainteresować nią jakiegoś wydawcę.

 AG: Czy masz swojego ulubionego bohatera literackiego? A może postać historyczną?
VG: Z odpowiedzią na pytanie o ulubionego bohatera literackiego nie mam problemu. Są to (kolejność przypadkowa): Stanisław Wokulski, Winnetou, Ania Shirley i Gilbert (to nierozerwalny duet), a ostatnio w pamięć zapadł mi Max von Passau z „Białej Wilczycy”.
Co do postaci historycznych...Nie mam jednej ulubionej. Cenię wielu ludzi, raczej za określone czyny, niż za całokształt. Podziwiam: Hatszepsut, Bolesława Śmiałego, Kazimierza Wielkiego, Marię Skłodowską-Curie i pewnie jeszcze kilku by się znalazło. Mam sentyment do Tutanchamona i Joanny Szalonej.
A jednak...Skleroza nie boli. Coraz częściej łapię się na tym, że zapominam o ważnych rzeczach. Mam ulubioną postać historyczną. Jak dla mnie jedyny, niekwestionowany Geniusz przez duże „G” - Michał Anioł.

AG: Jak tworzysz swoje opowieści? Czy pomysły pojawiają się w Twojej głowie nagle, spontanicznie, czy praca nad książką trwa miesiącami?
VG: Pomysły pojawiają się nagle. Pod wpływem jakiegoś impulsu. Coś czytam, oglądam. Jakaś wiadomość daje mi natchnienie. Przykładowo ostatnio wspominałam „Opisanie świata” Marco Polo, które nota bene mój tata ma w biblioteczce, stąd możliwość sięgnięcia w każdej chwili i wpadłam na pomysł książki. Kto wie, może przedstawię go jako kolejną propozycję.
Tyle, jeżeli chodzi o pomysł... Samo napisanie powieści zajmuje mi już nieco czasu. Z uwagi na fakt, że teraz piszę o czasach, o których dużo wiem, nie mam aż tak wielkiej potrzeby posiłkowania się pomocami naukowymi w postaci podręczników historycznych. Ale, kiedy pisałam wspomnianą, niedokończoną jeszcze, powieść obyczajową, bardzo dużo czasu zajmowało mi wyszukiwanie chociażby starych planów miastach, bo przecież pisząc o Krakowie z okresu 20-lecia Międzywojennego, nie mogę wpleść w opis domów, ulicy, których jeszcze nie było albo nazywały się inaczej. To żmudny i czasochłonny proces.

 

 

AG: Co myślisz na temat spotkań autorskich, czy uważasz, ze kontakt z czytelnikiem jest potrzebny autorowi?
VG: Nie wiem, jak ubrać to w słowa, żeby Czytelnicy mnie źle nie zrozumieli. Nigdy nie należałam do osób, które lubiły publicznie występować. Nie dla mnie akademie w szkole i recytowanie wierszy. Trzymam się zasady „na początek się nie pchaj, w tyle nie zostawaj, trzymaj się środeczka”. Jest we mnie jakiś lęk przed publicznymi wystąpieniami. Zresztą, może to niektórych zdziwić, nie należę do osób, które łatwo nawiązują kontakt. Jestem zamknięta w sobie. Ktoś mi kiedyś powiedział, że otaczam się murem. Może coś w tym jest. Nie zaprzeczam. Tak więc, nie z uwagi na lekceważący stosunek do Czytelników, ale moje obawy, wolałabym unikać spotkań autorskich. Wiem jednak, że świat się zmienia i dziś kupujący książki, chcą je nie tylko czytać, ale także spotkać się i porozmawiać z autorem. Kiedy więc nadejdzie ten moment, będę się obawiać, ale i cieszyć, licząc tylko na wyrozumiałość Czytelników.

AG: Czego Twoim zdaniem brakuje na naszym polskim rynku wydawniczym, jakiego typu literatury jest za mało, a może za dużo?
VG: Odpowiem krótko. Za dużo wszelkiego rodzaju malowanych domków, lawendowych pól, wyśnionych miejsc, jagodowych hotelików, rozlewisk, Toskanii, Prowansji... Słowem odgrzewane kotlety. Wszystko o jednym i tym samym, ale pod innymi tytułami. I nie mówię tu tylko o stricte polskich powieściach. Ten trend jest zauważalny na całym świecie. Gdzie podziały się powieści takie jak „Filary Ziemi”, „Hrabia Monte Christo. Wspaniałe powieści Colleen McCullough o Starożytnym Rzymie raczej nie są znane szerokiemu Odbiorcy. Przyczyna jest prosta. Ludzie nie chcą czytać książek nad, którymi trzeba myśleć.

AG: Czy uważasz, że przyjaźń pomiędzy pisarzami, ludźmi ze świata literatury, jest możliwa? Czy nie przeszkadza im to, że są dla siebie konkurencją?
VG: Nie, nie w polskim piekiełku, które jest obecne wszędzie. Od zabitej dechami wiochy (przepraszam wiochę) od wielkiego miasta. Dopóki Polacy nie wyzbędą się jątrzącej ich zawiści, nie będzie przyjaźni, takiej prawdziwej. Tylko udawanie i towarzystwa wzajemnej adoracji, które przyklaskują sobie nawzajem, a faktycznie jeden drugiemu wbija nóż w plecy. Ta zasada niestety ma odzwierciedlenie wszędzie.

AG: Czy trudno jest zaistnieć? Jak wspominasz swój debiut?
VG: Trudno. Nie będę się rozpisywać nad tym, że polski rynek wydawniczy jest „inny”, bo o tym wiedzą nawet ludzie niezwiązani z branżą. Powiem tylko tyle, zresztą mówiłam już o tym w którymś z wywiadów, patrząc na kulę ziemską z kosmosu wszędzie jest okrągła, tylko nad Polską kanciasta.

AG: O czym marzy Victoria Gische?
VG: O tym, aby mogła wrócić do domu. Aby mój kraj zagwarantował mi pracę, ale nie za 1200 zł, bo dla człowieka, który posiada doświadczenie w różnych branżach, ma wykształcenie wyższe i znajomość dwóch języków obcych, to jest poniżenie. Zresztą jak chcesz podyskutować ze mną na temat tego, co sądzę o sytuacji w naszym kraju, to musisz, dać adnotację, że wywiad jest od 18 lat, bo naprawdę potrafię ułożyć zdanie wielokrotnie złożone, mające sens, na które składają się same epitety.

AG: Kto jako pierwszy czyta Twoje powieści? Masz własnego, zaufanego pierwszego krytyka?
VG: Mąż, który szczerze recenzuje nie tylko moje książki, ale przede wszystkim wyczyny kulinarne.

AG: Dziękuję za rozmowę.
VG: Dziękuję za rozmowę. 
 
 
Profil na FB: https://www.facebook.com/victoria.gische.pisarka
 
KONKURS:
Zabawa zaczyna się dzisiaj, 16 czerwca i potrwa do 23 czerwca, do północy. Wystarczy odpowiedzieć na pytanie, które wymyśliła Autorka.
VG: Książka już jakiś czas jest na rynku. Ludzie poczytali, obsłuchali się, dowiedzieli, o czym jest.
Więc może:
Gdyby „Kochanka królewskiego rzeźbiarza” miała zostać przeniesiona na ekran, kto powinien zagrać role głównych bohaterów?
Najbardziej – nazwijmy to – kompatybilna para zwycięży.

Kochani, z uwagi na to, że pytanie autorki może się okazać dla niektórych za trudne, ponieważ nie znają treści książki, proponuję do wyboru drugie. Możecie odpowiedzieć, na które chcecie.
Moje pytanie jest takie: Czy chętnie sięgacie po książki z historią w tle? Spotykacie się z opiniami, że ta dziedzina nauki jest nudna, nie warto więc po nią sięgać?

Sponsorem nagrody jest wydawnictwo Bellona i Victoria Gische. Wyniki pojawią się najprawdopodobniej w ciągu trzech dni roboczych od momentu zakończenia konkursu. Za wszelkie udostepnienia postu z góry dziękuję, przypominam o konkursach, które nadal trwają na moim blogu.
Odpowiedzi udzielajcie pod tym postem, nie zapomnijcie podać adresu e-mail. A do wygrania jest:
Tutaj: http://asymaka.blogspot.com/2014/05/victoria-gische-kochanka-krolewskiego.html moja recenzja tej książki.

czwartek, 12 czerwca 2014

Opowiadanie mojej Gosi.

Gdy moja Gosia miała 9 lat napisała opowiadanie, które jakiś czas temu opublikowane zostało w tomiku wydanym przez pisarkę Magdalenę Kordel. Wczoraj moja 12-latka skończyła pisać dużo dłuższe opowiadanie, które wymyśliła trzy lata temu. Jestem z niej bardzo dumna, ponieważ ma niesamowicie wybujałą wyobraźnię. Na razie wcześniejsze opowiadanie mojej Małgosi:
"Moje wymarzone święta."

Najszczęśliwszą dziewczynką na świecie byłabym wtedy, gdybym dostała w prezencie świątecznym szczeniaczka rasy mops. Chciałabym również, żebyśmy byli wszyscy razem i spędzili ze sobą ten magiczny i cudowny czas. Poszlibyśmy, jak co roku, szukać pierwszej gwiazdki na niebie. Podzielilibyśmy się opłatkiem, zjedlibyśmy wigilijną kolację, wcześniej wspólnie przygotowaną, znaleźlibyśmy pod choinką wymarzone prezenty. Ja cieszyłabym się ogromnie z tego, że spełniłoby się moje największe marzenie o piesku. Byłby maleńki, beżowy i troszkę zagubiony w nowym miejscu, ale szybko przyzwyczaiłby się do mnie i mojej rodziny, pozwalałby mi się przytulać i głaskać. Wychodziłabym z nim na spacery, a nazwałabym go Asterix. Po kolacji śpiewalibyśmy kolędy, a mój nowy psi przyjaciel szczekałby do rytmu i machał ogonkiem. Wtedy moja mała siostrzyczka Zuzia klaskałaby z radości. Następnego dnia mama, tata, ja i mój brat Kamil gralibyśmy w gry planszowe, nikt nigdzie by się nie spieszył, nie spoglądałby na zegarek, a Zuza by spała. Wspólnie czytalibyśmy nasze ulubione książki, śmialibyśmy się i opowiadalibyśmy śmieszne historyjki. Gdyby na  dworze leżał śnieg, poszlibyśmy zrobić bałwana. Najpierw ulepilibyśmy trzy kule: małą na głowę, średnią na brzuch, a największą na sam dół. Miałby on nos z marchewki, czapkę z garnka, ręce z patyków, uśmiech i oczka z węgielków i guziczki z kamyczków. Moglibyśmy też bawić się, rzucając w siebie śnieżkami, oczywiście staralibyśmy się nie trafić nikogo w głowę. Byłoby przy tym dużo śmiechu. Wrócilibyśmy w końcu do domu, ponieważ na pewno bylibyśmy już zmarznięci. Wypilibyśmy wtedy ciepłe mleczko lub kakao i zjedlibyśmy przepyszne pierniczki, które wcześniej razem przygotowaliśmy i ozdabialiśmy, jak kto chciał. Tak wyglądałyby moje wymarzone Święta Bożego Narodzenia.

Małgorzata Grzyb, lat 9


Aleksandra Seghi wywiad i konkurs.


Aleksandra Seghi wywiad

 

Aleksandra Seghi mieszka w miejscu, które wielu z nas chciałoby choć raz odwiedzić. Słoneczna, klimatyczna, urokliwa Toskania stała się jej domem. Z wykształcenia jest filologiem włoskim, więc zapewne od lat marzyła o zamieszkaniu w Italii. Pracuje w lokalnym radiu, tworzy drewnianą biżuterię. Jest autorką kilku książek kulinarnych, prowadzi blogi, spełnia się na wielu płaszczyznach. Kiedy znajduje czas na to wszystko? Czy bywa zmęczona? I o czym jest jej najnowsza publikacja, która swoją premierę miała wczoraj, 11 czerwca? Na te i inne pytania postaram się uzyskać od Aleksandry Seghi odpowiedź.

 

 

Kiedy pojawiła się Twoja miłość do włoskich klimatów?
Zachwyt Rzymem przyszedł z pewnością wraz z lekcjami historii w liceum. Zawsze pasjonowały mnie Pompeje. Potem mogłam wszystko obejrzeć na własne oczy, podziwiać. Lubiłam też śpiewność języka włoskiego. Zdecydowałam się więc na studiowanie Italianistyki.

 

Czy literatura zawsze była Ci bliska? Jakie są Twoje ulubione tytuły?
Jak najbardziej, literatura jest mi bliska. Kiedyś czytałam dużo książek. Lubię opowieści w stylu Susanna Tamaro, Isabelle Allende czy Paulo Coehlo. Uwielbiam książkę Alberto Angela pt. Una giornata nell'antica Roma (tłum. Jeden dzień w antycznym Rzymie).
Obecnie cierpię na kompletny brak czasu i ograniczam się do bardzo ścisłej dziedziny. A mianowicie chodzi o kulinaria, oczywiście nie chodzi o same przepisy, ale przede wszystkim interesują mnie teksty traktujące o historii i tradycjach kulinarnych we Włoszech.

 

Jak się żyje Polsce w tak kolorowym, zupełnie innym kraju? Czy ciężko było się zaaklimatyzować?
Włosi są życzliwi, otwarci, lecz „stwarzają” pewien dystans pomiędzy sobą a obcokrajowcami. Nie mówię o turystach, tylko o tych, którzy we Włoszech się osiedlili. Przez lata media przyczyniły się do tego niezbyt optymistycznego podejścia do tzw. stranieri (tłum. obcokrajowcy). Bo to oni zabierają Włochom pracę. Kiedy jest jakiś rozbój, kradzież, napad, to zawsze chodzi o inną niż włoska narodowość. Poza tym istnieją silne przeświadczenia takie jak np. Albańczycy czy Rumuni to złodzieje, Polacy, Rosjanie piją wódkę, prostytutki pochodzą z krajów Europy Wschodniej, itd. Nasz wizerunek ratuje Papież Jan Paweł II, którego Włosi bardzo kochali i kochają. Obcokrajowcy mieszkający we Włoszech muszą ciągle udowadniać, że są pełnowartościowymi, wykształconymi ludźmi (niejednokrotnie o wiele więcej niż Włosi), znawcami kilku jezyków obcych, doświadczonymi osobami również na polu zawodowym. Poza tymi „niuansami” we Włoszech żyje się bardzo milo. Dotykanie historii, zabytków na każdym kroku, mieszkanie w kamienicach z XV wieku wprawia w zachwyt. Tu stare zlało się z nowym, którego tak naprawdę nie jest dużo. Centra historyczne są nietknięte, tu z nowoczesności wprowadzili tylko wi-fi.

 

Kiedy pomyślałaś, że warto byłoby wydać książkę? Ktoś Ci ten pomysł podsunął, czy wyszedł on całkowicie od Ciebie?
Moim marzeniem było wydanie książki. Ot tak, takie marzenie. Smaki Toskanii wysłałam do kilku wydawców i od razu dostałam trzy propozycje. Nie wierzyłam własnym oczom. Od tamtej pory na rynku wydawniczym pojawiły się cztery pozycje mojego autorstwa. Zrealizowane marzenie przekształciło się w coś więcej.

 

Pasje kulinarne narodziły się w Tobie…
bardzo dawno temu, w czasach podstawówki. Zawsze mnie to pociągało  :) Eksperymenty w kuchni doprowadzają do „paru” kilo więcej w bioderkach. Miedzy wydaniem jednej książki a drugiej przechodzę na dietę, ale przygotowanie coraz to nowych potraw jest ode mnie silniejsze. Często zapraszam znajomych do domu, by próbowali moich dań. Sąsiadki blokowe przyzwyczajone są do moich częstych odwiedzin z talerzem pełnych pyszności. Raz idę na drugie piętro, a raz na parter. Bo trochę mi głupio, że tak często :)

 

Czym jest dla Ciebie ekologia?
Ochrona środowiska, tego, co jeszcze zostało w nim nienaruszonego. Mój mąż założył Gas a Modo Bio – grupę, która wspólnie kupuje eko-produkty spożywcze. Staramy się jeść wszystko to, co naturalne. Chociaż nie jest to do końca możliwe (wyjście do baru, restauracji, pizzerii, jedzenie poza domem). Popieramy eko-rolników, pomagamy w organizacji eko targów. Zajmujemy się segregacją śmieci, pijemy wodę ze źródła oligoceńskiego, dzięki czemu nie produkujemy dodatkowych odpadków plastikowych (używamy zawsze i te samych szklanych butelek). Na zakupy chodzimy z własnymi torbami, co również obniża produkcję odpadów w rodzinie. Staramy się recyclingować, np. skrzynki z pomarańczami, które przychodzą od rolnika z Sycylii, dajemy rolnikowi toskańskiemu, który w każdy czwartek przywozi do nas warzywa. Reklamy papierowe w formie gazetek, które codziennie zapychają nasze skrzynki pocztowe, zbieramy dla Claudii, gdyż wykorzystuje je do robienia papierowych koszy, pudelek, zabawek itd.  Za małe już ubranka po dziecku trafiają do osób potrzebujących lub takich, które z czystej zasady nie kupują nowych rzeczy. I tak mogłabym jeszcze wymieniać...

 

Co dają Ci spotkania autorskie? Czy kontakt z czytelnikiem jest potrzebny autorowi?
To chyba jeden z najważniejszych momentów w życiu autora, nagroda za miesiące pisania (w moim przypadku po nocach), tworzenia. Szkoda, że takich momentów jest bardzo mało. Na promocję książek nie przeznacza się wystarczająco dużo czasu. Czasem w ogóle się o tym nie myśli. Wiec jak czytelnik może dowiedzieć się czegoś więcej o książce lub o autorze? Spotkania autorskie dają mi wielką energię, a jednocześnie są sprawdzianem. Bo czytelnicy to wymagająca publiczność. Oczekują od nas przygotowania w każdej dziedzinie, odpowiedzi na każdy temat. Jeśli mogę się zwierzyć, to wolę pisać niż mówić. Ale to chyba większość autorów tak ma :D Uwielbiam pełną salę ludzi, ale z drugiej strony jestem trochę zawstydzona i czuję jak z minuty na minutę moje policzki robią się coraz bardziej czerwone.... Fantastyczne są spotkania autorskie połączone z przedstawieniem jakiejś potrawy, a następnie wspólną degustacją.

 

Jaka jest ta toskańska kuchnia? Czym się wyróżnia na tle innych?
Kuchnia toskańska oparta jest na bardzo prostych składnikach. Nie jest bardzo wyszukana i w tym tkwi cały sekret. Większość przepisów wywodzi się z wiejskiej kuchni: to co kiedyś chłop zdołał uprawić na polu, to z tego mógł przyrządzić swoje potrawy. Z oliwek robił oliwę, kasztany zbierał, a potem przerabiał je na mąkę. Fasolę suszył, musiała starczyć mu przez całą zimę. Chleb wypiekało się raz w tygodniu: był on ogromnych rozmiarów, musiał wyżywić całą rodzinę. Jego charakterystyką jest brak soli. Bo za dawnych czasów chłopa nie było stać na nią. Chleb jest bardzo szanowany, stąd wykorzystuje się go nawet wtedy, gdy jest czerstwy. Robi się z niego nawet ciasta (suchy chleb namacza się w mleku). W kuchni toskańskiej znajdziemy również potrawy nieco bogatsze, nie tylko złożone z samych warzyw czy roślin strączkowych. Ze względu na obszary leśne dużo tu przepisów na dziczyznę: makarony z zającem, dzikiem, potrawki z różnych rodzajów mięs. To tak w skrócie :)

 

 

Opowiedz nam w kilku słowach o wydanych przez siebie książkach. To nie tylko publikacje kulinarne, prawda?
W każdej książce mowa jest o jedzeniu. W związku z tym czytając je lepiej mieć coś pod ręką, gdyż w miarę przesuwania stron stajemy się coraz głodniejsi.
Smaki Toskanii to książka z przepisami. Może stanąć na półce kuchennej, a nie w salonie lub oszklonej biblioteczce:) Przepisy są łatwe, proste i przyjemne, stad często wykonywane przez czytelników. To książka, która często się otwiera :)
Słodkie pieczone kasztany czyli toskańskie opowieści ze smakiem to tak naprawdę opowieść o moim życiu: od początku, kiedy wyjechałam do Włoch, aż po dzień dzisiejszy. Historie przeplatają przepisy, które wykonuję w mojej kuchni. Toskańska kuchnia przeplata się z włoską. Apetyczne zdjęcia nasilają w czytelniku chęć wykonania danej potrawy z książki.
Zielona Toskania to opis życia toskańskiego zgodnego z naturą. W książce znajdziecie oczywiście przepisy (świetne rysunki młodej ilustratorki oraz apetyczne  zdjęcia kulinarne), ale również wywiady ze znajomymi, którzy postawili na eko-życie. Dodatkowo przedstawiam jedna z gmin toskańskich i ciekawostki, które w niej wprowadzono. Mowa jest o panelac fotowoltaicznych, nowej formie mieszkania i pomagania sobie nawzajem.

 


A najnowsza, zatytułowana „Domowa kuchnia włoska”, co o niej nam powiesz?
To największy zbiór moich przepisów. Książka podzielona jest na dwadzieścia rozdziałów, każdy opowiada o innym regionie. Wstępy do przepisów wprowadzają nas w atmosferę danego miejsca, mapka pomaga w zidentyfikowaniu obszaru, w którym w danym momencie się znajdujemy. Przepisy są łatwe, a co najważniejsze możliwe do wykonania. Bez problemu składniki znajdziemy w sklepie i wykonamy każdą potrawę. Wspaniałe, kolorowe zdjęcia Marty Król zaostrzą apetyt oraz pokażą czytelnikowi, jak dana potrawa wygląda tuż po przyrządzeniu. Dodatkowo książka została wydana w twardej okładce, co nadaje jej elegancji i może stać się wspaniałym prezentem dla znajomych, przyjaciół czy kogoś z rodziny.

 


O czym marzy Aleksandra Seghi?
Może zabrzmi to banalnie, ale marzy mi się dom z ogrodem. Brakuje mi tego, że nie mogę poleżeć sobie na leżaczku, posiedzieć przy tarasowym stole. Mimo, że blok, w którym mieszkam jest bardzo mały (tylko 6 mieszkań), to brak mi intymności, którą z kolei zapewnia dom jednorodzinny. W bloku wszyscy wiedzą o wszystkich, a raczej wszyscy wiedzą o mnie. Otwieram okna, a za mną otwierają się pozostałe...

 

Jaką jesteś mamą?
Myślę, że jestem mamą-kumpelką. Nie mogę patrzeć na matki, które krzyczą na swoje dzieci, dają polecenia, które muszą być wykonane jak na jakimś poligonie, a co gorsze: czasem używają  przemocy.  Poza tym nie możemy traktować dzieci jak małe istotki, które bez nas sobie nie poradzą, czy niczego nie wiedzą. Dzieci są wspaniałymi obserwatorami świata i niejednokrotnie zaskakują nas swoimi, bardzo dorosłymi wypowiedziami. Wiedzą i widzą więcej od nas.

 


Dziękuję za rozmowę. To była dla mnie przyjemność.
To ja dziękuję za zaproszenie do rozmowy. Pozdrawiam czytelników Twojego bloga.


Zapraszam na stronę internetową Autorki: http://aleksandraseghi.com/


KONKURS:

Zabawa zaczyna się dzisiaj, 13 czerwca i potrwa do 20 czerwca, do godziny 24:00. Pytanie autorki, na które należy odpowiedzieć pod tym postem brzmi: Jakie dania powinny się znaleźć według Was na romantycznej kolacji w restauracji włoskiej? Nie zapomnijcie podać adresu e-mail, bym mogła się skontaktować ze zwycięzcą.

Widzę, że pytanie konkursowe pisarki sprawia Wam pewną trudność, dlatego dodam do wyboru drugie: Czy chętnie jadacie pizzę? Macie jakieś ulubione dodatki do pizzy? Czego nie może Wam w niej zabraknąć? Osobiście najchętniej zajadam najprostszą, tak jak moje dzieci.

Fundatorem nagrody-egzemplarza najnowszej publikacji Aleksandry Seghi jest Wydawnictwo SBM.
Wygrać można też jeden z dwóch egzemplarzy książki zatytułowanej "Słodkie pieczone kasztany", ufundowanych przez Wydawnictwo Świat Książki. Bardzo dziękuję.

Powodzenia i trzymam za Was kciuki. Jestem ciekawa Waszych odpowiedzi, już się rozmarzyłam... Za wszelkie udostępnienia, polubienia, dodanie bloga do obserwowanych z góry dziękuję.




 
 
 
 
 

Wyniki czyli kto wygrywa Zeszyt z aniołami Moniki Madejek?

Monika Madejek postanowiła uszczęśliwić osobę, która zadała to pytanie:

1. Czy zdarzył się dzisiaj jakiś moment, który spowodował uśmiech na Pani twarzy?
czyli Alicja
 
 
gratuluję :))))