środa, 25 marca 2015

Siedem pytań do pisarza. Edyta Świętek.




Tym razem w moim środowym cyklu Siedem pytań do pisarza Edyta Świętek. Autorka doskonałej powieści "Cienie przeszłości", której recenzję można przeczytać tu: http://asymaka.blogspot.com/2014/06/cienie-przeszosci-edyta-swietek.html i pierwszej z serii, zatytułowanej "Tam, gdzie rodzi się miłość", której opinię dodałam tutaj: http://asymaka.blogspot.com/2015/01/tam-gdzie-rodzi-sie-miosc-edyta-swietek.html.

Edyta Świętek z wykształcenia jest ekonomistką, z zamiłowania powieściopisarką. Uwielbia spacerować wspólnie ze swoją rodziną, biegać, wypoczywać aktywnie. Spod jej pióra wyszły takie pozycje, jak: "Zerwane więzi", "Alter ego", "Wszystkie kształty uczuć", "Zakręcone życie Madzi Kociołek", wspomniane wyżej "Cienie przeszłości" i dwie najnowsze, "Banki mydlane" i "Tam, gdzie rodzi się miłość". Jeszcze w tym roku wydane mają zostać kolejne: druga część "Tam, gdzie rodzi się zazdrość" i "Zanim odszedł".
Zapraszam na blog autorki: http://edyta-swietek.blogspot.com/


SIEDEM PYTAŃ DO PISARZA.
1. Zabawa zaczyna się dzisiaj, 25 marca i potrwa do 1 kwietnia, do godziny 23:00.
2. Każdy z Was może zadać autorce jedno pytanie, należy wpisać je w komentarzu pod tym postem, wraz z adresem e-mail. 
3. Spośród wszystkich pytań wybranych zostanie SIEDEM, na które pisarka odpowie na moim blogu. 
4. Jedno, najciekawsze pytanie zostanie nagrodzone egzemplarzem powieści. 




Blizny Katarzyna Michalik-Jaworska





Link do recenzji "Pomyślę o tym jutro": http://asymaka.blogspot.com/2014/03/pomysle-o-tym-jutro-katarzyna-michalik.html

Po zapoznaniu się z debiutancką powieścią Katarzyny Michalik-Jaworskiej, z niecierpliwością oczekiwałam na kolejną prozę autorki. Urzekła mnie przesiąknięta emocjami książka zatytułowana "Pomyślę o tym jutro" i długo nie mogłam o niej zapomnieć. "Blizny" zdają się być jeszcze lepsze, choć nie wiem, czy tak naprawdę można je ze sobą porównywać. Świetny styl pisarki, złożoność ludzkich losów, dramatyzm wylewa się z każdej strony i jednej, i drugiej propozycji literackiej autorki. Każda z nich opowiada jednak inną, dla mnie równie ważną, historię, bo dzięki nim możemy zastanowić się nad tym, czego oczekujemy od życia, co jest dla nas najistotniejsze i dlaczego. To specyficzna, pełna niesamowitej atmosfery publikacja, pokazująca tragizm, niełatwą przeszłość, która niestety ma ogromny wpływ na naszą teraźniejszość. Choćbyśmy nie wiem jak bardzo zaprzeczali, nasze dzieciństwo, młodość, wszystko to nas kształtuje. Determinuje naszą przyszłość. Możemy się z tym pogodzić lub walczyć, próbować zapomnieć lub zaakceptować rzeczywistość. Albo poszukiwać, z mniejszym lub większym skutkiem, własnego miejsca na ziemi, wbrew temu, co było.
O czym za wszelką cenę stara się zapomnieć nasza bohaterka? O tym, że jej ojciec popełnił samobójstwo, wychodząc jak gdyby nigdy nic do piwnicy, gdzie właśnie ona, dziecko jeszcze, znalazła go. O obojętności matki, która nigdy później nie potrafiła okazać jej uczucia, tak, jakby jej nie kochała i nie potrzebowała. O wszechogarniającym poczuciu osamotnienia, zagubienia, odrzucenia. Wreszcie o toksycznym, kolejnym mężu matki, który nie stronił od alkoholu i bicia.


Mira od dawna jest już dorosłą, odpowiedzialną kobietą. Ma własny dom i zdaje jej się, że nie popełniła tych samych błędów, które były udziałem jej opiekunów, najbliższych. Stoi twardo na nogach, świetnie sobie ze wszystkim radzi. Czy aby na pewno? A może jednak wspomnienia z dzieciństwa niczym cień snują się po jej domu, siejąc spustoszenie i zniszczenie, systematycznie i konsekwentnie?

To doprawdy wyjątkowa lektura i polecam ją, jak rzadko którą. Autorka ustrzegła się od krytycznego, subiektywnego spojrzenia na historię swojej bohaterki, nie moralizuje, nie ustawia nas do pionu, nie doradza. Po prostu w sposób nietuzinkowy i jakże prawdziwy opowiada nam o losach pewnej kobiety. Mówi o tym, jak ważne jest ludzkie życie, jaką powinno mieć ono wartość. Czy można przerwać zamknięty krąg, który uruchomiony został wiele lat wcześniej? Czy można odziedziczyć negatywne nawyki, mieć we krwi nałóg? To książka o tym, że pozory często mylą, że nic nie jest z góry przesądzone i że warto walczyć o siebie, bo nie ma nic ważniejszego od nas samych. Musimy tylko znaleźć własną drogę, wyjście z sytuacji, zdawałoby się, beznadziejnej i z góry skazanej na porażkę. Skąd czerpać siłę, gdy los nas nie rozpieszcza? Kiedy co i rusz zrzuca pod nasze nogi kolejne kłody?

Ciekawa, pozbawiona niepotrzebnych ozdobników, mówiąca wprost o alkoholizmie, wciągająca i doskonale skonstruowana to fabuła. Zmuszająca do refleksji, powodująca w nas bunt i żal, gniew nawet. Ile razy możemy umierać? Ile razy rodzić się na nowo? Blizny zostają w nas na zawsze, przypominając nam o każdym skaleczeniu, czasem nas bolą, swędzą, nie dają o sobie zapomnieć, choć tak bardzo byśmy chcieli...

A tak napisałam o "Bliznach" na Facebooku, zaraz po tym, jak skończyłam je czytać:
NIE PRZEGAPCIE TEJ KSIĄŻKI!!!
To naprawdę wyjątkowy rok pod względem rewelacyjnych lektur. Katarzyna Michalik-Jaworska stworzyła niezwykłą powieść. Polecam ją z całego serducha, "Blizny" to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam. Poruszająca do głębi, zmuszająca do refleksji, pokazująca ludzkie życie takim, jakie jest naprawdę. Bezkompromisowa, ujmująca, boleśnie prawdziwa. Nie mogę przestać o niej myśleć.
Bohaterka od najmłodszych lat zmaga się z przeciwnościami, musi stawić czoła dramatycznym wydarzeniom, czuje się samotna i niekochana. To ona znajduje ciało ojca, to ona odtrącona zostaje przez matkę, to ona jest bita przez wiecznie pijanego ojczyma. Czy w dorosłym życiu poradzi sobie z demonami przeszłości? Czy uda jej się założyć rodzinę, mieć męża, z którym nawiąże zdrowe relacje i dziecko, dla którego będzie całym światem? Mira umiera po wielokroć. Kiedy wydaje nam się, że już więcej znieść nie można, że człowiek nie jest w stanie udźwignąć aż tyle, okazuje się, że jednak może. Musi. Bo chce żyć. Po prostu.
"Umierałam wiele razy. Śmiercią tragiczną, beznadziejną, bezsensowną i rozpaczliwą. Oprócz śmierci fizycznej, jest też śmierć emocjonalna i śmierć cywilna. Tragiczne jest to, że po nich się jeszcze oddycha, choć czasem już wbrew woli."

Książka dnia. Malowanki na szkle Beata Gołembiowska Fragment piąty, ostatni.

Książka dnia.
Malowanki na szkle Beata Gołembiowska
Fragment piąty, ostatni.
"Szłam w radosnym nastroju, a łagodny, ciepły wietrzyk rozwiewał mój płaszcz i zapach świeżo rozkwitłej forsycji-zapowiadał coś wyjątkowo miłego, co mogło się zdarzyć tego dnia. Jakby w odpowiedzi na moje nadzieje, wesołą melodyjką odezwała się komórka. 
-Jola?
Usłyszałam dobrze znajomy głos i serce zabiło mi gwałtownie.
-Jędrek? Skąd dzwonisz?-spytałam mile zaskoczona.
-Jestem w Poznaniu. Na parę dni zamieniłem się z kumplem mieszkaniem. On pojechał do Zakopca, a ja wylądowałem na Wiosennej, tuż koło Ogrodu Botanicznego. Kiedy się zobaczymy? Dziś wieczorem?
Bez namysłu wyraziłam zgodę. Raźnym, niemalże tanecznym krokiem podążyłam w kierunku uczelni. Moje myśli, tak nastawione jeszcze przed chwilą na pracę, zmieniły się diametralnie.
'Przystojny, czarujący góral z Zakopanego i do tego artysta. Czy może być coś bardziej romantycznego?' "



Książka dnia. Malowanki na szkle Beata Gołembiowska Fragment czwarty.

Książka dnia.
Malowanki na szkle Beata Gołembiowska
Fragment czwarty.
"Pewnego czerwcowego ranka osiem lat temu ktoś nam podrzucił na wycieraczkę szczeniaka. Domyślałyśmy się, czyja to sprawka, gdyż sąsiadowi oszczeniła się suka rasy rottweiler i wszystkim w bloku było wiadomo, że miał kłopoty ze sprzedażą dwóch ostatnich z miotu, trochę niedomagających piesków. 
-Co mam z nimi zrobić? Uśpić szkoda, a na weterynarza nie mam pieniędzy-zwierzał mi się podczas przypadkowego spotkania na schodach.
Byłam przekonana, że Michalina odda psa właścicielowi, rzucając obelgi i wrzeszcząc przy tym swoim zwyczajem. Jednak, ku mojemu zaskoczeniu, na widok szerokiej i płaskiej psiej mordki, wyglądającej zamglonymi oczami spod kocyka, którym był przykryty wiklinowy koszyk, matka zakwiliła pieszczotliwie. Zrobiła to w taki sposób, w jaki nigdy nie odezwała się do żadnego niemowlęcia (możliwe, że w tym i do mnie, kiedy byłam słodkim bobasem). Przyklękła koło szczeniaka, odwinęła przykrycie i wzięła popiskujące stworzonko na ręce. Przytuliła je do siebie i promienny uśmiech rozjaśnił jej przedwcześnie postarzałą twarz.
-Będzie się wabiła Sima-oznajmiła uroczyście, jak przy nadaniu dziecku imienia na chrzcie.
Od tego pamiętnego dnia Michalina stała się inną kobietą. Imię suczki nie schodziło jej z ust: Sima to, Sima tamto, mądra, kochana, wyjątkowa-takiego psa nigdy nie było na świecie i nigdy nie będzie."



wtorek, 24 marca 2015

Książka dnia. Malowanki na szkle Beata Gołembiowska Fragment trzeci.

Książka dnia.
Malowanki na szkle Beata Gołembiowska
Fragment trzeci.
"Lata okupacji Michalina spędziła w Warszawie, na Woli. W pierwszym miesiącu Powstania patrol niemiecki wtargnął do kamienicy, gdzie mieszkała razem z rodzicami i bratem. Wśród wrzasków, ujadania psów i poszturchiwań kolbami, przerażeni ludzie zostali wygnani na zewnątrz. Mama, jedenastoletnia wtedy dziewczynka, była w piwnicy. Usłyszała krzyki, płacz i tupot na schodach. Była dzieckiem wojny i domyśliła się, co one oznaczają. Instynkt podpowiadał jej: "ukryj się i przeczekaj", lecz niepokój o bliskich był silniejszy. Przemogła strach i wyjrzała przez małe okienko. Zobaczyła zgromadzonych na podwórzu mieszkańców kamienicy, a wśród nich rodziców i trzyletniego braciszka, Jacusia. Przerażony malec rozglądał się dookoła i nagle wyciągnął rączki, tak jakby prosząc o pomoc. Michalina dopadła drzwi. Zawsze miała kłopot z otwarciem starego, zacinającego się zamka i tym razem też tak się stało. Mocując się z nim, usłyszała strzały. Puściła klamkę i jak spłoszone zwierzątko wcisnęła się w najdalszy kąt piwnicy. choć na podwórku panowała cisza, ona nadal nie ruszała się z miejsca. Może jakiś jęk poderwał ją na nogi? Tym razem drzwi ustąpiły już po jednym szarpnięciu, więc wypadła na podwórze i podbiegła do leżących, zalanych krwią nieruchomych ciał. Spod jednego z nich wystawała rączka dziecka. Michalina znalazła tyle siły, aby przesunąć martwego mężczyznę i wydobyć spod niego swojego braciszka. Jacuś jeszcze żył, chciał nawet coś siostrze powiedzieć, lecz po kilku minutach skonał. Trzymając cały czas w objęciach martwego chłopczyka, odnalazła ciała rodziców. Śmierć ojca i matki dotarła do jej świadomości, ale z utratą braciszka nie mogła się pogodzić.
'Jacuś... kochany, maleńki...wyzdrowiejesz, będziesz żył...'-szeptała, trzymając go w ramionach.
Tak zastali ją powstańcy."


Podarunek Krystyna Mirek





Czytałam już kilka książek Krystyny Mirek i każda z nich szalenie mi się podobała. Nie inaczej było i z "Podarunkiem". Choć to historia osadzona w okolicach Świąt Bożego Narodzenia, przeczytałam ją w okresie bardziej wiosennym niż zimowym. I była to najlepsza decyzja z możliwych. Właśnie teraz bowiem potrzebowałam radosnej, dającej nadzieję historii o prawdziwym życiu, nie tym usłanym różami, bajkowym i wspaniałym, a takim, jakie ono jest rzeczywiście. Brakuje mi właśnie takich powieści na naszym polskim rynku wydawniczym.

Marta, której rozterki doskonale rozumiałam, a jestem pewna, że nie tylko ja, czuje się osamotniona i jest jej zwyczajnie źle. Prosi los, by uczynił ją szczęśliwą. Jak to w życiu bywa, ten okazuje się przewrotny. Co szykuje dla naszej bohaterki? A tego już zdradzić nie mogę...

Teściowa Marty nie ukrywa, że nie darzy jej sympatią, zresztą z wzajemnością, bo i matka jej wnuków nie przepada za mamusią męża. Perspektywa wspólnych świąt nie zachwyca żadnej ze stron, nawet dzieci Marty dostrzegają konflikt, jaki rozgrywa się między dorosłymi i są nimi zwyczajnie zmęczone. Małżonek zdaje się być pomiędzy przysłowiowym młotem a kowadłem. Jak rozwiążą swoje problemy rodzinne nasi bohaterowie? Czy uda im się zakopać topór wojenny, czy raczej rozstaną się, by żyć z dala od siebie?

Oprócz Marty i Eleonory, bo tak ma na imię "ukochana mamusia", spotkamy na kartach tej publikacji Kaję, która również ma na głowie sporo kłopotów, jednak zdaje się je bagatelizować. Udaje, że to nie ona jest źródłem problemów, nie chce pojąć ich istoty, nie potrafi zaakceptować prawdy, zaprzecza jej. Przynajmniej do momentu, gdy zostaje sama w wigilijny wieczór. Na szczęście i dla niej los ma niespodziankę.

Powieść urzekła mnie, oczarowała, poddałam się jej magii i naprawdę doskonale na tym wyszłam. To pełna ciepła, niezwykle klimatyczna historia, dzięki której możemy się i wzruszyć, i czegoś nowego nauczyć. Mądra, nastawiająca optymistycznie do świata, pokazująca obie strony medalu, świetnie napisana to książka. Wartościowa, ciekawa, wciągająca. Styl autorki jest bez zarzutu, jej bohaterowie zostali rewelacyjnie wykreowani. Całość dopracowana w najmniejszym nawet szczególe, fabuła przemyślana i taka prawdziwa. Nie mam żadnych zastrzeżeń.
Polecam zdecydowanie, a sama z wielką niecierpliwością czekam na "Francuską opowieść" Krystyny Mirek.




Książka dnia. Malowanki na szkle Beata Gołembiowska Fragment drugi.

Książka dnia.
Malowanki na szkle Beata Gołembiowska
Fragment drugi.
"-Taka piękna meblościanka, taki jeszcze dobry materac-narzekała, kuśtykając za mną krok w krok, podparta swoją nieodłączną laską, której stukot zgrywał się z odgłosem ciężkich stąpnięć Simy, suki rasy rottweiler.
Głucha na wszystkie protesty sama dźwigałam materac, spychałam go ze schodów, zasapana i spocona ciągnęłam po chodniku, aż wreszcie dotarłam do śmietnika i tam z ulgą go porzuciłam. Z przyjemnością obserwowałam, jak przez tydzień mókł na deszczu i nikt, nawet bardzo biedna, wielodzietna rodzina nie pokusiła się, żeby go wziąć. Meblościankę, łóżko i firanki podarowałam właśnie tym obsypanym wieloma pociechami biedakom z pierwszego piętra. Długo przyglądali się meblom, dostrzegając wszystkie pęknięcia i zarysowania forniru, macali zszarzałe firanki, kiwając głowami i spoglądając to na siebie, to na darowiznę.
'Jak można oferować nam takie starocie?'-mówiły ich spojrzenia.
Usłyszałam niepewne 'dziękujemy' i rodzina pospiesznie zaczęła przenosić meble na górne piętro. Zostałam sama w pustym pokoju. Brudne zacieki na pustych ścianach prezentowały kształty dziwacznych kontynentów poprzecinanych rysami pękającego tynku. Chodziłam po sypialni jak po muzeum, przyglądając się różnorakim plamom: wylany lata temu atrament nadal pyszniący się intensywną czernią; białawe nitki po penicylinie przypominające próbę odetkania strzykawki-pielęgniarka robiła mi zastrzyki, gdy chorowałam na zapalenie płuc; odbite łapki kota-przybłędy, który przerażony wskoczył na parapet okna. Nie ma się co dziwić. Ostatni raz ściany widziały świeżą farbę jakieś trzydzieści pięć lat temu.
-Dlaczego wcześniej nie zdobyłam się na pomalowanie pokoju?"