wtorek, 13 sierpnia 2013

Wywiad z Katarzyną Michalak i "W imię miłości" do wygrania!



 Jutro premiera kolejnej powieści Katarzyny Michalak "W imię miłości", zapraszam do wywiadu z pisarką i do konkursu, w którym można wygrać dwa egzemplarze jej najnowszej powieści :)


„Ufam mojej wyobraźni, wierzę, że mnie nie zawiedzie podczas pisania. Bohaterów też mam w sobie.”
Katarzyna Michalak – wywiad




Katarzyna Michalak jest niebywale popularną polską pisarką. Jej powieści obyczajowe łączą w sobie wszystko to, czego szukają w książkach kobiety, jest i miłość, i przyjaźń, i ciepło, i kontakt z przyrodą, ze zwierzętami. Nie boi się poruszać tematów trudnych i bolesnych, doskonale odnajduje się w opowiadaniu historii dramatycznych i wzruszających. Opisuje bohaterów swoich powieści prawdziwie, z wadami i zaletami, jakie posiadają, nikt nie jest kryształowo czysty, idealny, jak w życiu… Książki Katarzyny Michalak opowiadają o prawdziwych problemach, kłopotach, które dotykają zwykłych, normalnych ludzi.
Przy okazji zbliżającej się premiery książki zatytułowanej „W imię miłości”, która pojawi się na rynku wydawniczym już niebawem, bo 14 sierpnia, postanowiłam zadać pisarce kilka pytań. Chciałabym tym samym zaprezentować osobę Katarzyny Michalak czytelnikom.

Czy to prawda, że stworzyła Pani pierwszą historyjkę o zwierzątkach w wieku 6 lat? O czym dokładniej była ta opowieść?

 Dziś już dokładnie nie pamiętam, ale wiem, że zachwyciły mnie sarenki wychodzące na polanę i o tym napisałam.

Skąd czerpie Pani pomysły, napisała Pani już tak wiele książek, a mimo to wciąż zaskakuje Pani swoich czytelników, tworząc niebanalne i ciekawe postaci?

Pomysł na powieść rodzi się w mojej głowie. Czasem podczas snu, czasami w autobusie, czy pociągu. Potem wystarczy otworzyć plik i zacząć pisać. Ufam mojej wyobraźni, wierzę, że mnie nie zawiedzie podczas pisania. Bohaterów też mam w sobie. Utożsamiam się z nimi tak silnie, że wręcz „wchodzę” w postać i muszę pilnować, by wrócić do świata rzeczywistego po skończeniu powieści.



„W imię miłości”, najnowsza Pani powieść ukaże się niebawem, 14 sierpnia. Czy jej bohaterka – Ania Kraska ma odzwierciedlenie w rzeczywistej postaci?

Nie. Ania powstała z moich rozmyślań, jak w skrajnie trudnej, wręcz rozpaczliwej sytuacji poradziłoby sobie dziecko. Czy tak jak dorosły załamałoby się, czy…? No właśnie. Tak jak napisałam w powieści: dziecko nie wie, że może pozwolić sobie na załamanie i depresję. Ono będzie walczyło o życie ukochanej matki i własne przetrwanie. Dzieci są dużo silniejsze niż my, ale… nie chciałabym tego sprawdzać na własnych pociechach.


Czy lubi Pani swoich bohaterów, czytałam, że traktuje Pani swoje książki, jak dzieci… Czy do każdego tytułu ma Pani tyle samo sentymentu i ciepła?

Bohaterów przeważnie lubię – widać podczas lektury, którego obdarzyłam sympatią, którego nie. Są tacy, których nie da się po prostu lubić – taka jest na przykład Lena Jabłonowska. Ale już moje książki lubię wszystkie. Każdą darzę sentymentem. Każdej oddałam kawałek mojej duszy, dużo myśli, umiejętności, wiedzy i tyle czasu, ile jej było potrzeba. Niemal każda wyczerpała mnie emocjonalnie, ale… ja rzeczywiście to kocham. A gdy oddaję książkę do rąk Czytelników jest to piękna chwila. Niemal jak narodziny dziecka.

Jaka prywatnie jest Katarzyna Michalak, jako matka dwóch mężczyzn, jednego małego i drugiego już całkiem sporego?

Na pewno zorganizowana i zdyscyplinowana. Połączenie macierzyństwa z pracą twórczą nie jest łatwe, bo dzieci będą zawsze ważniejsze. Jednak dzięki pomocy rodziców, którzy opiekują się podczas dnia młodszym synkiem jakoś sobie radzę. Dom jest zadbany, książka napisana, a dzieci wychowane. 


Od której książki Pani autorstwa poleciłaby Pani zacząć przygodę z Pani twórczością?

Zależy, co kto lubi. Komu innemu poleciłabym „Mistrza”, komu innemu „Grę o Ferrin”, a komu innemu którąś z opowieści owocowo - kokardkowych. Każda jest inna, w każdej stworzyłam odrębny świat z bohaterami, którzy istnieją właśnie w nim. Trudno powiedzieć, która książka byłaby dobra na początek…


Mam jeszcze jedno, ostatnie pytanie, o czym marzy Katarzyna Michalak?

Tu chyba zaskoczę Czytelników, bo zawsze odpowiadałam, że o ekranizacji którejś z moich książek, tymczasem ostatnio marzy mi się piękny, różany ogród, otoczony omszonym murem, nieco dziki, tajemniczy. Będę w nim hodować róże, rododendrony, konwalie i niezapominajki i… pisać, pisać, pisać...


Bardzo dziękuję za rozmowę.

Ja dziękuję za ciekawe pytania i pozdrawiam Czytelników Twojego bloga najserdeczniej.

Konkurs: 
Zabawa rozpoczyna się dzisiaj, 13 sierpnia i potrwa do 24 sierpnia, do soboty, do godziny 24:00. Zwycięzcy zostaną wyłonieni w ciągu trzech dni.  W zabawie mogą brać udział wszyscy, którzy mieszkają na terenie Polski. Organizatorem konkursu jestem ja, nagrodę ufundowało Wydawnictwo Literackie, za wszelaką pomoc dziękuję Pani Ani :) 
Pytanie, na które należy odpowiedzieć to: Co jest najbardziej urzekające w książkach Katarzyny Michalak?
Czekam na Wasze komentarze, pod tym postem, poproszę też o pozostawienie adresu e-mailowego, ponieważ tylko w ten sposób będę mogła skontaktować się ze zwycięzcą konkursu. Można polubić moją stronę na facebooku, jak też dodać mój blog do obserwowanych, nie jest to wymóg, ale będzie mi bardzo miło :) Dziękuję za uwagę i pozdrawiam serdecznie!
Na koniec link do mojej przedpremierowej recenzji "W imię miłości": http://asymaka.blogspot.com/2013/07/w-imie-miosci-katarzyna-michalak.html
 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Wywiad z Magdaleną Witkiewicz przy okazji premiery książki dla dzieci "Lilka i spółka"



„Zawsze mam wrażenie, że za mało czasu spędzam z dziećmi, że ten czas nie jest w pełni wykorzystywany. Ale staram się.” wywiad z Magdaleną Witkiewicz.



 Magdalena Witkiewicz jest pisarką wszechstronną, potrafi w cudowny, niebanalny sposób pisać o miłości, o przygodach dzieci w wesoły, pełen optymizmu, ponadto tworzy przezabawne wierszyki dla dzieci. Jest matką, żoną, pisze blog, zajmuje się założoną wraz ze wspólnikiem firmą marketingową „Efekt motyla”, prowadzi szkolenia, rozmawia z czytelnikami, pisze książki, opowiadania, ma masę pomysłów i każdego dnia milion spraw na głowie. W tym wszystkim pozostaje po prostu sobą i ponad wszystko kocha dwóch małych członków swojej rodziny. Dzieci są dla niej tym, co najważniejsze, to one są sensem jej życia. Starsza, sześcioletnia Lilianna i młodszy, trzyletni Mateusz, nazywany tak samo jak bohater „Lilki i spółki”- Matewką.

Zapraszam na rozmowę z autorką, która zgodziła się odpowiedzieć na kilka moich pytań…

Skąd wziął się pomysł napisania książeczki dla dzieci?

Nie pamiętam dokładnie, jak to było… Ale pamiętam, że zaczęłam pisać tę książkę w Amalce. Już dość dawno temu. Potem długo leżało te kilkanaście stron, niedokończonych. W międzyczasie były inne książki i dopiero, gdy podpisałam umowę z Naszą Księgarnią na Balladę o ciotce Matyldzie, zapytałam czy są zainteresowani książeczką dla dzieci. No i na szczęście byli!

A bohaterowie, czy pierwowzorem postaci są Twoje dzieci?

Imiona mają po dzieciach. I na pewno niektóre cechy charakteru również. A na pewno tak bardzo je kocham, jak kochała je ich mama. Nawet nie wiem, czy bym wypuściła je na tak długo do jakiejkolwiek ciotki… Chyba nie…

Piszesz w tak zabawny sposób, musisz być niesamowicie radosną osobą, taką optymistycznie nastawioną do świata i ludzi…

Staram się śmiać się z problemów i niepowodzeń. Wychodzę z założenia, że „po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój”. Staram się tego trzymać, co nie znaczy, że czasem jest mi ciężko. Płaczę też czasem. Ale większość problemów da się rozwiązać. Jak nie samemu to z pomocą przyjaciół.

Czy ciężko było wcielić się w rolę dziecka? Pisać jak dziecko, myśleć, jak ono? Patrzeć na świat jego oczami?

Przecież ja tak niedawno byłam dzieckiem!:)  Ale tak na poważnie, znam dzieci, wiem jak mogą myśleć, mimo iż często mnie zaskakują. Nie było ciężko. Bardzo miło pisało mi się tę książkę.


Czy ciotka Jadźka, co „ma pypeć na nosie” jest postacią realną? Czy naprawdę istnieje ktoś taki?

Nie ma. To kwintesencja współczesnej Baby Jagi – postrzeganej przez dzieci. Należy jednak pamiętać iż każda Baba Jaga może mieć dobre cechy.


Piszesz, że dzieci mieszkają w Gdańsku? Chyba łatwiej jest opisywać miejsca, które się zna, polskie realia?

Tak. Nie potrafiłabym chyba napisać o miejscu, w którym nie byłam. Chociaż w dobie Internetu i dokładnego odwzorowania na Google Maps każdej uliczki – można wirtualnie pospacerować w Paryżu. To pomaga.

Która postać z „Lilki i spółki” podoba Ci się najbardziej? A może uwielbiasz wszystkich swoich bohaterów?

Uwielbiam wszystkich bohaterów. Ja jestem trochę w mamie dzieci, trochę w ciotce France…

Jaka mamą jest Magdalena Witkiewicz? Czy masz czas dla swoich pociech? Czy uczą Cię czegoś? Czy potrafisz być surowa?

Bycie mamą to jeden wielki wyrzut sumienia. Gdzieś tak przeczytałam. Bo zawsze mam wrażenie, że za mało czasu spędzam z dziećmi, że ten czas nie jest w pełni wykorzystywany. Ale staram się. Dlatego w tym roku jedziemy na długie wakacje. Gdzie? Do Amalki oczywiście. Będę musiała nieco popracować, ale czas dla dzieci również się znajdzie.


Czy lubisz zwierzęta, masz jakieś w domu?  

Lubię zwierzęta. Mam kota. Puszysława Witkiewicza. Niesamowity zwierzak! Taki niwelator złej, napiętej atmosfery domowej.


Jaka jest Twoim zdaniem recepta na szczęście?

Nie ma recepty. Po prostu trzeba żyć i się uśmiechać. Być dobrym i miłym. Czasem to trudne…


Marzysz o czymś szczególnym?

Marzę o szczęściu, zdrowiu dla mnie i mojej rodziny… Marzę, by moje hobby – pisanie – mogło być kiedyś moją pracą zawodową. By wystarczyło na to szczęście, które można kupić za pieniądze, na przykład podróże.


Napisz nam w kilku słowach, o czym jest „Lilka i spółka”.

O trójce dzieci, które przez zwichniętą nogę najstarszej siostry nie mogły jechać do Amalki. Do ich wymarzonego wakacyjnego miejsca. Musiały pojechać do ciotki Jadźki do Jastarni. :Lilka i spółka to niemalże kryminał dla dzieci!


Czy czytałaś ją swoim maluchom? Konsultowałaś z dziećmi treść książki?

Czytałam ją już po wydaniu. Nie chciały czytać z komputera, czy takiej na papierze. Musiały być ilustracje.


Czy powstanie kontynuacja tej przezabawnej historyjki, pełnej ciekawych przygód?

Tak, Nasza Księgarnia wyraziła chęć kontynuacji. Będę rozmawiać o szczegółach.



Plany na przyszłość… może te związane z książkami? Czy w tym roku ukaże się jeszcze jakaś Twoja powieść?

W październiku „Zamek z piasku”, będę też pracować nad serią dla dzieci. Ale o tym ciii…


Dziękuję za rozmowę. 

Wywiad już jakiś czas temu przeprowadzony, ale właśnie uświadomiłam sobie, że na blogu go nie było :)
Moim zdaniem to świetna książka dla dzieci i nie tylko. Tutaj moja recenzja "Lilki i spółki": http://asymaka.blogspot.com/2013/05/lilka-i-spoka-magdalena-witkiewicz.html
Tak będzie wyglądała okładka nowej książki Magdy:
I na koniec jeszcze Szkoła żon:
Na ostatnim zdjęciu okładka Szkoły żon, z fragmentem mojej recenzji. Całość tutaj: http://asymaka.blogspot.com/2013/03/przed-premiera-szkoa-zon-magdalena.html





Spotkania wczorajsze. Moje opowiadanie w tomiku wydanym przez pisarkę Magdalenę Kordel.

Na blogu Magdy Kordel: http://magdalenakordel.blogspot.com/ wzięłam udział w zabawie, Magda zbiera opowiadania i wydaje je dla osób, które mają ochotę napisać kilka słów do tomiku. Wszystko odbyło się już po raz drugi, pierwszy raz pisaliśmy swoje opowieści na Święta Bożego Narodzenia.Tym razem wydane zostały "Spotkania wczorajsze".
Zapraszam, oto moje opowiadanie:
TOTAM CIĘ, MAMO! 
Wczoraj spotkałam moją dawną koleżankę jeszcze z czasów szkoły podstawowej, a to przypadkowe, nieplanowane zupełnie nasze zetknięcie się ze sobą wywołało lawinę wspomnień. Zaczęło do mnie nie po raz pierwszy ostatnimi czasy docierać, że moje życie leci jak szalone. Biegnie do przodu, pędzi wręcz, nie pytając mnie o zdanie, czy chcę, czy mogę, czy mam ochotę w tym wszystkim uczestniczyć? Jakby działo się to wszystko poza mną, bez mojego udziału, choć to ja przecież jestem jego główną bohaterką! 
Czy o tym marzyłam, czy tak planowałam spędzić te kilkanaście lat, jakie dzieliły mnie od ukończenia „podstawówki” do owego momentu, do chwili, gdy stałam tu, na środku ulicy i zastanawiałam się, co stało się z tą wiecznie uśmiechniętą, szaloną, śmiałą, wesołą, przebojową dziewczyną?  Kiedy to wszystko uległo zmianie, jak do tego doszło? Miałam ogromne, dalekosiężne plany, tyle chciałam osiągnąć, zostać kimś… Byłam największą przeciwniczką dzieci, szczególnie tych całkiem małych, różowych bobasków, którymi wszyscy się tak zachwycają, do których przemawiają zdrabniając wszelkie słowa, sepleniąc niejednokrotnie. Nie chciałam mieć dzieci, męża, domu z ogródkiem, aż do momentu, gdy pojawił się w moim życiu ON.

ON miał na imię Mateusz, był jasnowłosym, uśmiechniętym młodym mężczyzną. Szczupły, ale umięśniony, wysoki, schludnie ubrany, wesoły, miał mi tyle do powiedzenia! Stale spoglądał w moją stronę, nie wprost, lecz ukradkowo mnie obserwując. Początkowo nie byłam nim jakoś szczególnie zainteresowana czy zachwycona, nie lubiłam "chłopaków", nie w takim sensie, jak można by myśleć, nie zwracałam na nich uwagi, nie kokietowałam.  Nie zauważałam tak naprawdę różnicy między przyjaźnią z chłopcem a z dziewczyną. Miałam wielu znajomych obojga płci i było mi z tym bardzo dobrze, ale bałam się bliższych kontaktów damsko-męskich, nie byłam do nich przekonana. Uważałam, że na wszystko przyjdzie pora, że nie ma się co spieszyć, nie mogłam też słuchać intymnych opowieści koleżanek czy jeszcze gorzej, kolegów. Ci ostatni tak naśmiewali się z „łatwych” panienek, tak szczegółowo omawiali wszelkie chwile zapomnienia i namiętności chwilowej, że zdecydowanie chciałam się od tego odgrodzić, bo ja to tylko z miłości… tylko i wyłącznie…

Mateusza poznałam w dość dziwnych okolicznościach. Znałam już od kilku lat jego kuzynkę Dominikę, młodszego brata Marcina i młodszą siostrę Paulinę. On nigdy nie przyjeżdżał wraz z nimi, pojawił się dopiero na pogrzebie dziadka. Nie była to wymarzona sytuacja do poznania tego jedynego, zresztą, jak już wspominałam, nie zwróciłam na niego większej uwagi. Owszem, pomyślałam, że jest przystojny, podobny był zresztą do młodszego brata, czy też raczej brat przypominał jego. 
Wyszłam wraz z Dominiką przed budynek restauracji, w której odbywała się stypa, by odetchnąć świeżym powietrzem, w środku atmosfera była ciężka i smutna, jak to przy ostatnim pożegnaniu bywa. Wspominano cudownego, niesamowicie dobrego i ciepłego człowieka, który i mi zastępował dziadka, swojego nigdy nie poznałam. Może to dlatego tak lgnęłam do tej rodziny? Mama często wypominała mi, że spędzam tam więcej czasu, niż we własnym domu, ale było w tym wiele racji, kiedy tylko nadarzała się okazja jechałam do babci. Po prostu wsiadałam w autobus i już po godzinie byłam na miejscu. Drugiej takiej osoby jak mama mojej mamy, tak żywiołowej, tak życzliwej jak ona nie znałam. Była charyzmatyczna, wszystko musiało być tak, jak ona zarządziła, jak sobie zaplanowała, ale kochałam ją całym sercem. Nigdy nie gniewała się na mnie, kiedy wybiegałam do Dominiki, nawet jeżeli wracałam od niej bardzo późno. Na wsi czas płynął zupełnie inaczej, nie było tam laptopów, nikt nie słyszał wtedy o telefonach komórkowych, o mp4, o tabletach, o wi-fi, czy czym tam jeszcze żyje dzisiejsza młodzież. My uwielbialiśmy spędzać czas na świeżym powietrzu, przebywać w swoim własnym towarzystwie, rozmawiać na żywo, nie przez facebooka, naszą klasę, czy inne cuda. Kochałam lasy, łąki, otwartą przestrzeń, dziś zagrodzoną, dzisiaj niedostępną, z wielkimi literami straszącymi wszystkich, że teren prywatny, że wstęp wzbroniony! Kiedyś nie do pomyślenia! Wówczas w letnich, zwiewnych sukienkach biegałyśmy po polanach, zbierając najpiękniejsze polne kwiatki, robiąc z nich kolorowe, barwne, pachnące wianki, które zakładałyśmy sobie na głowę niczym koronę, wyglądałyśmy jak leśne nimfy. Wszystkie miałyśmy długie włosy, zaplecione w piękne, grube warkocze. Na źdźbło trawy nakładałyśmy poziomki, robiłyśmy sobie z nich korale, aromatyczne, piękne, smakowite. Różowe, małe owoce, pamiętam ich zapach, pamiętam ich smak, nawet dzisiaj po tylu latach, wystarczy, że zamknę oczy… 
Wtedy miałam wybujałą wyobraźnię, wtedy układałam najpiękniejsze, najbardziej romantyczne historie miłosne, z tym, że czysto platoniczne. Moi bohaterowie nie zniżali się do jakichkolwiek namiętności, oni byli ponad to, potrafili wyznawać sobie miłość tak pięknie. 

- Mój kuzyn, Mateusz. Majka? 
Ktoś coś do mnie mówi? Na łące leżę przecież, słoneczko mnie ogrzewa, a ja marzę…
- Maja… - otwieram leniwie oczy, w pierwszym momencie nie wiem, gdzie jestem. Poznaję Dominikę, a obok stoi ON.
- Mateusz - chłopak uśmiecha się. Wyciąga rękę w moją stronę.
- Majka. Ach, Mateusz! Brat Marcina i Pauli. Miło mi poznać. Przykro mi jednak z powodu dziadka, bardzo lubiłam go… - miotam się, jak ćma lecąca do światła, w stronę rychłej zguby… 
- Była ulubienicą naszego dziadka, Mat, mówię ci! Zresztą, kto nie lubi Majki? Jej nie da się nie pokochać!
- Taaaak – usta młodego mężczyzny potwierdzają słowa Dominiki. Jacy oni wszyscy są do siebie podobni, cała czwórka, jak rodzeństwo. Ja nie mam nawet kuzynki, babcia urodziła tylko moją mamę, dziadek zmarł jeszcze w czasie II wojny światowej, ukrywał wtedy Żydów i któryś z życzliwych inaczej sąsiadów wydał go, nie zważając na losy dwóch rodzin. Babci udało skryć się w schowku pod podłogą, wraz z dwuletnią wówczas moją mamą, obie słyszały krzyki po niemiecku, strzelaninę, „RAUS!” prześladowało moją rodzicielkę przez długie jeszcze lata. Ani dziadek, ani żydowska rodzina, którą ukrywali moi dziadkowie nie przeżyli. One uciekły pod osłoną nocy i osiedliły się w obecnym miejscu, we wsi spokojnej, wśród ludzi życzliwych naprawdę. Wdowie z maleńkim dzieckiem każdy chciał pomóc. Babcia musiała bardzo kochać dziadka, ponieważ nigdy już nawet nie spojrzała na innego mężczyznę. Zresztą to były inne czasy. 
- Ziemia do Majki! Co z tobą, jeszcze Mateusz pomyśli, że ci odbija! – śmieje się Dominika, chowając za ucho kosmyk rudych włosów. Uwielbiam ten piękny odcień, szczególnie w momencie, gdy odbijają się w nim promienie słońca. Zazdroszczę przyjaciółce niespotykanego koloru, tego, że jest taka unikatowa, niebanalna. Ja jestem taką zwyczajną blondynką, mam proste, długie włosy, niebieskie oczy, nie jestem wysoka, ani szczególnie ładna. Przynajmniej w tamtym momencie tak o sobie myślałam. Pewność siebie przyszła dużo później, za sprawą Mateusza, ale nie tylko. 
- Może i jej odbija… Tak się w ciebie wpatruje, że można by pomyśleć, że się zakochała! – podchodzi do nas Marcin, jak zawsze bezpośredni, szczery aż do bólu.
- Może… - i Dominika przygląda mi się jakoś uważniej, mruży oczy.
- Nie byłoby to takie głupie, bylibyśmy rodziną! – śmieję się w głos – Wybacz jednak, Mateuszu, nie interesują mnie faceci kompletnie! – kręcę głową najmocniej jak tylko potrafię. 
- To prawda, Mat, jesteśmy bez szans – Marcin udaje zasmuconego tym faktem.
- Jak pozna kogoś odpowiedniego, na pewno jej się odmieni – słychać w głosie Mateusza smutek. Wkrótce okazało się, że niedawno zerwał z dziewczyną, początkowo rozmawialiśmy tylko i wyłącznie o nich. Nie przyjeżdżał tu na wakacje, ponieważ ten czas spędzał u ojca w Stanach, do których wyprowadził się wraz z nową rodziną tata Mateusza. Marcin i Paulina byli dziećmi z drugiego małżeństwa ich mamy. Zmarły dziadek nie był tak naprawdę ojcem jego ojca, ale to nie miało dla nich znaczenia, widywali się czasami i bardzo lubili. 
- Dlaczego się rozstaliście? – pytam, zupełnie nie myśląc o tym, jak wścibsko się zachowuję. 
- Zwyczajnie, spotykała się nie tylko ze mną, wiesz, działała na dwóch frontach, czasem nawet na trzech. 
- Naprawdę? Dla mnie to kompletny kosmos, nie do uwierzenia…
- To życie, nie kosmos, ale ty w ogóle zdajesz się być nie z tego świata. Maja, a gdzie studiujesz?
- W Poznaniu…jestem na moim wymarzonym kierunku.
- Zdradź tę wielką tajemnicę?
- To żaden sekret, chciałabym być prawnikiem, bronić ludzi… słabszych ode mnie.
- Sama zdajesz się być taka krucha. – Mateusz uważnie mi się przygląda, patrzy mi prosto w oczy. Boję się tego spojrzenia, uciekam szybko wzrokiem. Nie potrzebuję teraz komplikacji, ale cała drżę. Co to znaczy? 
- Wiesz… to tylko pozory, jestem silna psychicznie, wewnętrznie. Zahartowana.
- Ech, naprawdę? – widać, że wątpi w moje słowa! Nie chce mi się tego tłumaczyć. Nie tutaj i nie teraz. Niech sobie myśli, co chce. – Może spotkamy się w Poznaniu?
- Może. Muszę już iść. 
Zapomniałam o nim na jakiś czas, wypytywał Dominikę o mnie wielokrotnie, ale nie chciałam się z nim spotykać. Uraził mnie tym, że potraktował mnie z góry, zranił, mówiąc, że nie wiem nic o życiu, bo jestem młoda, niedoświadczona. Szybko jednak okazało się, iż to nie on, lecz ja nie miałam racji. 
Wpadliśmy na siebie pod uczelnią, robił reportaż o studentach prawa. Tak, udało mi się, kończyłam właśnie studia. On pracował już od kilku lat, rodzina była z niego bardzo dumna. Nadal nie w głowie byli mi mężczyźni, nie po tym, jak co wieczór, od najmłodszych lat przysłuchiwałam się awanturom za ścianą. Mieszkała tam wraz z mamą i despotycznym ojcem jedna z moich koleżanek, właśnie ta, którą spotkałam ostatnio na ulicy. 
Z Mateuszem na początku wszystko było bardzo ostrożne, takie delikatne, jak muśnięcie motyla. Bałam się bardzo, tego, jak moje serce próbowało wyskoczyć z piersi na jego widok, jak mogłam gapić się na niego godzinami, nie zdając sobie z tego sprawy, że to robię. Pokochałam go, a on pokochał mnie. Tak po prostu… całym sercem.
Na pytanie koleżanki, co u mnie, odpowiedziałam wczoraj z wielką dumą:
- Jestem mamą.  Skończyłam studia, ale nigdy nie pracowałam. Pomagam skrzywdzonym kobietom w fundacji na zasadzie wolontariatu, lecz najważniejsze na świecie są dla mnie moje dzieci. To dzięki nim wstaję rano z łóżka uśmiechnięta, to dzięki nim chce mi się żyć. Jestem dumna z moich ukochanych szkrabów. Płaczę ze szczęścia, kiedy ukochane maleńkie rączki upaćkane czekoladką przytulają mnie, a słodkie, nie do końca czyste usteczka maleńkie całują mnie i mówią: Totam cię, mamo. Jestem mamą. – kończę z przekonaniem. 






niedziela, 11 sierpnia 2013

Wywiad z Kasią Bulicz-Kasprzak i konkurs, z egzemplarzem premierowej "Nalewki zapomnienia..." do wygrania!



„Czytelnik jest najważniejszy. Pisząc, zawsze myślę o osobach, które będą czytały moją książkę.”
Kasia Bulicz-Kasprzak wywiad





Kasia Bulicz-Kasprzak ma za sobą jak dotąd jeden tytuł. Zadebiutowała w roku 2012 za sprawą konkursu literackiego organizowanego przez Wydawnictwo Nasza Księgarnia, wygrała go. Nie dziwi to jednak, ponieważ już od pierwszych stron powieści „Nie licząc kota, czyli kolejna historia miłosna”, po prostu znakomicie bawimy się z tą lekturą. W związku z tym, że 14 sierpnia pojawi się druga książka Kasi zatytułowana „Nalewka zapomnienia, czyli bajka dla nieco starszych dziewczynek”, postanowiłam przybliżyć jej osobę szerszemu gronu czytelników. Autorka zgodziła się odpowiedzieć na kilka moich pytań.


Kasiu, pierwsze pytanie, jakie ciśnie mi się na usta, to: Dlaczego nie zadebiutowałaś wcześniej? Twoja książka „Nie licząc kota…” to rewelacyjna powieść, jest zabawnie, ciekawie, inaczej, nie ma oklepanych tematów, nudy, wymuszenia. Po prostu nie mogę doczekać się kolejnej książki! A wracając do pytania, czy pisałaś od dziecka, czy ta pasja obudziła się w Tobie dopiero niedawno? Jak to było z tym Twoim pisaniem? Zgłosiłaś się do konkursu sama, czy ktoś ci to podpowiedział?

Książki były moją pasją od zawsze. Czytam nałogowo. Książki to moje hobby. Interesuje mnie historia literatury i badania literackie, sięgam po biografie pisarzy. Jednak do momentu ogłoszenia konkursu przez Wydawnictwo Nasza Księgarnia, nie myślałam o pisaniu. To był taki moment zwrotny. Przeczytałam o konkursie i nagle zapragnęłam napisać książkę. Pewnie dlatego, że byłam gotowa, wewnętrznie dojrzałam do pisania. Jednak nie wiem, czy by mi się to udało, gdyby nie wsparcie mojego męża i mamy. Wzmacniali mnie i bardzo pomogli organizacyjnie, bo zabrałam się za pisanie dosłownie w ostatniej chwili i miałam mało czasu. Teraz znacznie lepiej sobie wszystko planuję. Jestem poukładana i pracuję regularnie.



Skąd pomysł na tytuły, i jeden, i drugi powoduje uśmiech na twarzy, jest co prawda dosyć długi, ale też wesoły, zabawny?

Tytuł "Nie licząc kota" powstał prawie na samym początku pisania. Jedną z moich ulubionych książek jest "Trzech panów w łódce, nie licząc psa". Postanowiłam nawiązać do tego tytułu, zresztą nie ja pierwsza, wcześniej zrobiła tak Connie Willis. W drugiej części tytułu szczerze informuję czytelnika, że jest to książka o miłości. I że nie jest pierwszą taką historią, podobne już na pewno kiedyś czytał.
Z drugą książką było trudniej. Tytuł powstał dopiero, kiedy powieść była już gotowa. Jedną z moich ulubionych postaci w tej książce jest Pelagia Śliwowa - wiejska zielarka, specjalizująca się w nalewkach. I tak powstał tytuł. Ponieważ "Nalewka zapomnienia" nie jest w stu procentach powieścią realistyczną, postanowiłam ją również opatrzyć podtytułem. Ta mieszanina rzeczywistości z fantastyką i specyficzne zakończenie sprawiają, że nie można tej książki nazwać inaczej, niż bajką.
Cieszę się, że uznałaś tytuły za zabawne. Staram się, żeby w moich książkach były elementy humorystyczne. Moja ukochana babcia potrafiła na świat patrzeć z przymrużeniem oka i złe rzeczy obracać w żart. To pomogło jej przetrwać wiele trudnych chwil. Staram się mieć do siebie taki dystans, jaki ona miała.



O czym opowiada Twoja nowa powieść? Czy podobnie, jak w pierwszej książce, poznamy kobietę z problemami, z demonami przeszłości?

W obu książkach podejmuję temat przeszłości, która ma wpływ na człowieka. Bohaterka "Nie licząc kota" miała trudną młodość - rodzice zostawili ją pod opieką ciotki i wyjechali za chlebem. Dlatego Asia boi się, że ukochany też ją zostawi. Podróż do przeszłości pozwala jej uporać się z tym i inaczej spojrzeć na siebie. Książką "Nie licząc kota" chciałam wyrazić swoje przekonanie, że każdy ma prawo do miłości.
Doświadczenia życiowe Jagi są jeszcze bardziej traumatyczne. Dlatego zamyka się ona na uczucia. "Nalewka zapomnienia" mówi, że samotność i szczęście to sprawa osobistego wyboru człowieka. Jeśli się otworzymy, zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce się z nami zaprzyjaźnić.

Lubisz bohaterów, których stworzyłaś? Żyjesz ich życiem podczas pisania? Przywiązujesz się do nich? Którą postać darzysz szczególnym sentymentem?

Tu jest trochę tak, jak w życiu - jednych ludzi lubimy, innych nie. To, jakim ktoś jest człowiekiem w dużym stopniu zależy od tego, co przeżył i ja się właśnie do tych życiowych doświadczeń odnoszę. Dla mnie za każdą osobą stoi jej opowieść.
Angażuję się w swoje książki i kiedy piszę jakąś historię, jej bohaterowie stają się dla mnie bardzo ważni. Dużo o nich myślę.
Obie książki powstały w narracji pierwszoosobowej. To poważne wyzwanie, bo trzeba uważać, żeby nie przekroczyć granicy, która dzieli bohatera od autora. Dlatego staram się dopracować najdrobniejsze szczegóły, nawet takie, których nie ma w powieści. Zastanawiam się na przykład, jaka pastę do zębów wybrałaby Joasia z "Nie licząc kota", a jaką Jaga z "Nalewki zapomnienia".
Lubię swoich bohaterów. Wydaje mi się, że jest to warunek konieczny do tego, żeby polubili ich również czytelnicy. Oczywiście jedni są mi bardzo bliscy, inni mniej. Bardzo lubię Dorotę z "Nie licząc kota" i Śliwową z "Nalewki zapomnienia".
Ciekawym doświadczeniem była dla mnie rozmowa z czytelniczką, która wychwalała postać,  za którą ja nie przepadam. Bardzo mnie to ucieszyło, bo oznaczało, że stworzyłam postać, której nie da się jednoznacznie zinterpretować.


Czy lubisz kontakt z czytelnikiem? Słuchasz tego, co ma do powiedzenia?

Czytelnik jest najważniejszy. Pisząc, zawsze myślę o osobach, które będą czytały moją książkę. Kiedy pisałam "Nie licząc kota" przez cały czas wyobrażałam sobie młode kobiety, siedzące w kawiarnianym ogródku i rozmawiające o mojej powieści. Zastanawiałam się, co mają do powiedzenia.
Prawdziwi czytelnicy okazali się dużo fajniejsi, niż wymyśleni. Nie spodziewałam się takiej serdeczności i życzliwości. To było zachętą do dalszej pracy, nadało jej sens.
Sama też jestem czytelnikiem. Lubię czytać książki, których autorzy mnie szanują. Dlatego z dużym szacunkiem traktuję swoich czytelników. Nie chodzi tu o to, by schlebiać gustom, żeby się podobać. Nie ma szans, żeby moje książki spodobały się wszystkim. Książka to specyficzna rozmowa, w której czytelnik i autor są równoprawnymi partnerami. Każdy z nich ma prawo do własnych sądów i opinii. Książka to przestrzeń, w której przemyślenia jednego i drugiego się spotykają i każdy wychodzi z tego spotkania bogatszy.

A co z krytyką? Pojawiła się jakaś w ogóle? Co myślisz na ten temat, może być ona budująca, czy raczej niszczy początkującego pisarza?

To, w jaki sposób krytyka wpływa na człowieka, zależy od jego charakteru. Dla mnie jest bardzo ważna. Wiedzą to moi najbliżsi i to od nich usłyszałam najwięcej uwag. Krytyka pozwala dostrzec własne błędy, wyciągnąć wnioski. To jest pewna wartość, na której można coś budować, czegoś się uczyć. Jest równie ważna jak pochwały, które wpływają stymulująco i bardzo wzmacniają. "Nie licząc kota" miało bardzo dużo dobrych recenzji i jestem za nie z całego serca wdzięczna. Kiedy mam chwilę zwątpienia wracam do tych opinii. Czytam je, analizuję. To jest dla mnie zawsze potężna dawka pozytywnej energii.


Jaka jest Twoja ulubiona pozycja literacka? Lubisz polskich, czy może zagranicznych autorów?

Ulubionych książek mam wiele. Wśród tych najważniejszych są: "Onitsza", "Przeminęło z wiatrem", "Autostopem przez galaktykę", "Ulica Czarnych ptaków", "Wodnikowe Wzgórze", "Porwanie Jane E." czy "Wszystko jest iluminacją".  Najważniejsi dla mnie pisarze to Janusz A. Zajdel, Tomasz Pacyński, Thomas Berger, Iris Murdoch, Margaret Atwood, Esther Vilar. Od lat wracam do dramatów Shakespeare'a.
Nie kategoryzuję autorów na polskich i obcych. Kryterium jest dla mnie to, czy autor ma mi coś do powiedzenia, czy nie. Inna sprawa, że polska literatura jest dla mnie szczególnie ważna, bo to właśnie ona podejmuje tematy z naszego podwórka i mówi o nich w naszym ojczystym języku. Czytam książki polskich pisarzy współczesnych chętnie i w dużych ilościach. Otwarcie przyznaję, że jestem wielbicielką polskiej fantastyki, ale nie stronię od kryminału i obyczajówki.

Jak wygląda środowisko pisarzy „od kuchni”, czy jeden pisarz może przyjaźnić się z drugim?

Pisarze, których poznałam, to serdeczni, mili ludzie. Zawsze mają coś ciekawego do powiedzenia. Pisarze nie tylko mogą się przyjaźnić, ale to robią. Ja jestem szczególnie blisko z Iwoną Grodzką-Górnik, autorką "W niebie na agrafce". Często do siebie dzwonimy, spotykamy się. Rozmawiamy o dzieciach, mężach i gotowaniu, czasem o pisaniu. Iwonka to urocza osoba, bardzo miła, wrażliwa, serdeczna. Z niecierpliwością czekam na jej kolejną książkę.
Wiele serdeczności okazały mi też inne osoby, zajmujące się pisaniem. Wszystkim jestem bardzo wdzięczna i wszystkim serdecznie dziękuję.
Przy okazji pytania o środowisko poruszę inną kwestię. Stan czytelnictwa w Polsce jest zasmucający. My pisarze to widzimy i walka z tym stanem rzeczy bardzo nas jednoczy, tu nie może być mowy o osobistych sympatiach, czy antypatiach. Bardzo podoba mi się zaangażowanie blogerów w popularyzację czytania. Bo przecież książki są częścią naszej historii i naszej tożsamości.

 Kasiu, jaka jesteś prywatnie?

To pytanie powinno być skierowane do moich bliskich.
Staram się być dobrym człowiekiem. Ważne są dla mnie małe dobre uczynki. Ludziom się często wydaje, że coś dobrego musi być spektakularne. Tymczasem wystarczy na przykład podarować książkę bibliotece. Wierzę, że takie małe dobro posłane w świat powróci do mnie, kiedy będę go potrzebowała.

Czym zajmujesz się poza pisaniem? Czytałam na Twojej stronie internetowej: http://pisarkapotencjalna.pl  o tym, że biegasz? Skąd pomysł na tak aktywne spędzanie czasu?


Poza pisaniem zajmuje się domem. Dbam o rodzinę. Dużo czytam. Od pięciu lat biegam. To nie był pomysł, to był przypadek. Mój synek zrobił na zajęciach plastycznych medal, który był nagrodą w wyścigach samochodzików. To była wtedy jego ulubiona zabawa. Kiedy medal się zniszczył, poprosił mnie o prawdziwy. Ponieważ jestem dobrą matką, postanowiłam taki zdobyć i wystartowałam w biegu. To był maraton. Pokonałam go bardziej wysiłkiem woli niż siłą mięśni. Było warto, ponieważ nie tylko zdobyłam medal, ale też przekonałam się do biegania. Jest ono dla mnie bardzo ważne. Mam wtedy czas na poukładanie swoich myśli, wewnętrzne uspokojenie. Najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy właśnie podczas biegania. Regularne treningi wprowadziły w moje życie porządek. Nauczyłam się systematyczności. Łatwiej mi też poradzić sobie ze stresami, jakie przynosi życie. Zachęcam wszystkich do regularnego uprawiania jakiegoś sportu.



Masz wybujałą wyobraźnię, czy przeszkadza Ci to w życiu codziennym?

Nie. Moim zdaniem wyobraźnia pomaga, zwłaszcza w trudnych chwilach. Zawsze, kiedy jest mi źle, uciekam w świat książek. Sięgam po ulubioną historię i staram się oderwać od rzeczywistości, odprężyć się. Dzięki czytaniu nabieram dystansu do siebie i świata. Pisanie również ma moc terapeutyczną. Dlatego zachęcam wszystkich do sięgania po pióra i pisania.

O czym marzysz?

O niczym osobistym. Mam takie uniwersalne pragnienie spokoju, stabilizacji, bezpieczeństwa.


Dziękuję za rozmowę.
KONKURS
W związku z tym, że za dwa dni, 14 sierpnia, we wtorek jest premiera drugiej powieści Kasi zatytułowanej "Nalewka zapomnienia czyli bajka dla nieco starszych dziewczynek" zapraszam do udziału w zabawie. Konkurs rozpoczyna się dzisiaj, 11 sierpnia i potrwa do 18 sierpnia, do godziny 24:00. W zabawie mogą brać udział wszyscy, którzy mieszkają na terenie Polski. 

Organizatorem konkursu jestem ja, nagrodę ufundowało wydawnictwo Nasza Księgarnia.
W ciągu trzech dni pojawią się wyniki, ale raczej prędzej niż później, do 21 sierpnia na pewno.
Pytanie, na które odpowiedź należy zostawić pod tym postem to: Jaką książkę lubisz najbardziej?
Czekam na Wasze komentarze, pod tym postem, poproszę też o pozostawienie adresu e-mailowego, ponieważ tylko w ten sposób będę mogła skontaktować się ze zwycięzcą konkursu. Można polubić moją stronę na facebooku, jak też dodać mój blog do obserwowanych, nie jest to wymóg, ale będzie mi bardzo miło :) Dziękuję za uwagę i pozdrawiam serdecznie!
Zapraszam też do mojej recenzji pierwszej książki Kasi: http://asymaka.blogspot.com/2013/08/nie-liczac-kota-czyli-kolejna-historia.html.


piątek, 9 sierpnia 2013

"Misjonarze z Dywanowa czyli Polski Szwejk na misji w Iraku cz. 1 - Pinky, czyli nowicjusz" Władysław Zdanowicz

W wojsku wszystko wydarzyć się może!

Bardzo ucieszyło mnie wprowadzenie autora, w którym napisał on, czego możemy się spodziewać po tej książce. Ostrzeżenie dotyczące wulgarnego języka jest tu moim zdaniem jak najbardziej na miejscu. 

"Jeśli więc nie masz osiemnastu lat, masz awersję do takiego rodzaju słownictwa albo jesteś kobietą - choć znam kilka, które posługują się owym językiem w sposób mistrzowski - odłóż książkę na półkę, bo ona nie jest dla ciebie przeznaczona."*

Od razu napiszę, że mój mąż przeczytał ten tytuł jako pierwszy, zaśmiewał się do łez niemalże i być może on opowiedziałby Wam lepiej, o czym jest ta książka. Z wielką chęcią też przeczytałby jej kontynuację.
I mnie bawiły fenomenalne sytuacje, do których dochodziło w wojsku, ale tylko do momentu, gdy myślałam o nich, jako o fikcji literackiej. Niby nic nie powinno mnie dziwić, mieszkam przecież w Mirosławcu, wiele lat na osiedlu wojskowym, tuż obok lotniska, a jednak z wojskowością niewiele mam do czynienia. 
Poznajemy tu Leńczyka, który dziwnym trafem nosi identyczne nazwisko jak starszy stopniem wojskowy z innego terenu. Oczywiście, jak to w wojsku bywa ktoś wpada na genialny pomysł, iż warto to wykorzystać. I tak nasz szeregowy Leńczyk, który w tarapaty wpada często i bez żadnego ostrzeżenia, wylatuje do Iraku. Nie ma ku temu odpowiedniego przeszkolenia ani przygotowania. Jedyne, co na pewno go spotka zawsze i wszędzie to kłopoty! Głównym zaś tematem, który zaprząta jego myśli jest jedzenie, stale jest głodny i to również bywa przyczyną zabawnych zdarzeń. Talent Leńczyka jest wprost niewiarygodny, do podbramkowych sytuacji, niemożliwym zdawałoby się być również to, że wojskowy boi się broni i nie potrafi strzelać! A jednak, w wojsku wszystko wydarzyć się może!

Mamy w tej książce do czynienia z ciekawie opisaną rzeczywistością polskiego żołnierza, który naturalnie jest dużo gorzej opłacany niż przedstawiciele innych krajów, wykonujący podobne zadania, narażający mniej lub bardziej swoje życie na misjach. Warto pisać i czytać takie książki, by z jednej strony pośmiać się, dobrze bawić, a z drugiej zastanowić się, czy naprawdę tak jest? Czy powieść w jakimś stopniu nie odzwierciedla naszych realiów? 
Autor w niebywale interesujący i zaskakujący sposób opowiada nam o prostym, może niewykształconym żołnierzu, któremu jednak należy się szacunek, za odwagę, za to, że właśnie on naraża swoje życie i zdrowie, niejednokrotnie nie wraca do stęsknionej rodziny cały i zdrów niestety. Może warto o tym pomyśleć, zastanowić się nad tym...
Historia zabawna, miejscami na granicy absurdu, ale czy naprawdę jest inaczej? Czy chłopak noszący od urodzenia aparat słuchowy powinien zostać przez komisję wojskową uznany za zdolnego do służby? 
Jeżeli chcecie poznać losy Piotra Leńczyka i innych bohaterów tej książki, dowiedzieć się, co oznacza skrót BeGieEsy, czy w wojsku używamy "ale", czy można tam myśleć, jaką rolę odegra w tej historii "rover" i masy innych rzeczy, wystarczy sięgnąć po "Misjonarzy z Dywanowa". Na samo wspomnienie ogarnia mnie nagła i niepohamowana wesołość.
Tytuł polecam głównie mężczyznom, to oni najlepiej odnajdą się w tej zadziwiającej i niełatwej rzeczywistości, ale też paniom, szczególnie tym twardo stąpającym po ziemi, które potrafią siarczyście przekląć. Przyznaję, że tematyka nie należy do moich ulubionych, ale i tak dobrze się bawiłam, czytając ową powieść. 
Zapraszam na stronę autorską pisarza: http://wladyslaw-zdanowicz.com.pl/
*fragment wstępu autora 
"Misjonarze z Dywanowa. Polski Szwejk na misji w Iraku.Część 1 Pinky, czyli nowicjusz", Władysław Zdanowicz, Wydawnictwo Księgarnia Zdanowicz, Kwidzyń 2007


Za książkę dziękuję autorowi, Panu Władysławowi Zdanowiczowi.


Małgorzata J. Kursa wywiad i konkurs z książką "Niespodziewany trup"



„Osobiście uważam, że jestem uczciwa w tym, co robię – na każdej książce jest ostrzeżenie, żeby odbiorca nie nastawiał się na wielką literaturę, lecz na chwilę rozrywki. Śmiechu nigdy za wiele.” Małgorzata J. Kursa wywiad 



Małgorzata Kursa jest pisarką o ogromnym poczuciu humoru i z wielkim dystansem do siebie, jak też otaczającego ją świata. Pisze zabawne, lekkie kryminały, które uwielbiane są przez wszystkich czytelników, a jej bohaterowie to osoby wyraziste, twardo stąpające po ziemi, odnajdujące się w każdej sytuacji. Pisarka nie lubi ponuraków, smutasów, ludzi pozbawionych inteligencji. Sama stara się optymistycznie postrzegać świat i cieszyć się każdym dniem. Uwielbia gotować, szczególnie dla męża i córki. Jej pierwsza powieść to „Babska misja”. W tej chwili na rynku pojawiła się najnowsza powieść autorki zatytułowana „Niespodziewany trup”

Pani Małgorzato, przede wszystkim chciałabym wiedzieć, jak to wszystko się zaczęło? Skąd wziął się pomysł na pisanie tak wesołych, wywołujących uśmiech książek?

Był taki czas, kiedy byłam w dołku. Od ponurej rzeczywistości odrywała mnie moja ukochana Joanna Chmielewska, a potem Monika Szwaja. Do całkowitego pionu ustawiło mnie „Nigdy w życiu” Katarzyny Grocholi. Kiedy zabrakło mi radosnych książek, postanowiłam dośmieszać się sama. Dziecko moje rodzone, nie mając pojęcia, w co się pakuje, nauczyło mnie obsługi komputera i napisałam sobie do szuflady „Babską misję”. A potem już jakoś samo poleciało. Spodobała mi się ta zabawa.

Jaka jest recepta na napisanie takiego kryminału? Jest ciekawie, zabawnie, za każdym razem inaczej...

Ajajaj, nie obrażajmy „kryminalistów”. Ja sobie dziergam na klawiaturze takie humorystyczne czytadła, o kryminał to ledwo zahacza. Nie mam pojęcia, jaka jest recepta. Każda książka przychodzi do mnie inaczej. „Babską misję” zobaczyłam, kiedy przechodziłam przez osiedle domków jednorodzinnych – przy jednym z ogródków sterczałam jak kołek, bo przed oczami miałam rabatkę z Matyldą. Do „Tajemnicy Sosnowego Dworku” natchnął mnie nasz kraśnicki zapuszczony Modrzewiowy Dworek – postanowiłam go zaludnić. Kiedy rozmawiałam z mężem o meblach (zna się na stolarce), zobaczyłam warsztat Pawełka. Malwinę i Elizę zobaczyłam w żywopłocie, gdy przechodziłam przez mój ukochany park, a „Niespodziewanego trupa” napisałam głównie z powodu przekleństwa, które sobie wymyśliłam. U mnie to jakoś dziwnie działa, ale ja jestem Bliźniak i nie ma dla mnie ratunku. Jeśli nie napiszę, to zagadam na śmierć.

Zauważyłam, że ma Pani duży dystans do tego, co piszą i jak piszą o Pani książkach. Nie obraża się Pani, szanuje zdanie innych i nie krytykuje ich, to cudowna postawa, godna naśladowania.

Dystans to nie jest taka prosta sprawa. Niełatwo go nabrać. Na szczęście ja już jestem stara gropa, więc przeżywam lżej. Zdaję sobie sprawę z tego, że czytelnik ma prawo do własnego zdania i to, co mnie bawi, jego nie musi. Wciąż mnie zresztą zaskakuje odbiór moich czytadeł, bo każdy znajduje w nich coś innego. Osobiście uważam, że jestem uczciwa w tym, co robię – na każdej książce jest ostrzeżenie, żeby odbiorca nie nastawiał się na wielką literaturę, lecz na chwilę rozrywki. Śmiechu nigdy za wiele. Dlatego dziwi mnie, kiedy ktoś czuje się urażony opisem pogrzebu w „Niespodziewanym trupie” lub z uporem maniaka sięga po kolejne czytadło, choć poprzednie mu się nie podobało. Takiego masochizmu nie rozumiem.

Określa Pani swoje książki mianem „humorystyczne czytadła”, skąd wzięło się to określenie, moim zdaniem bardzo trafne?

Tak je określam, bo piszę je po to, by bawiły. Nie jest to literatura z górnej półki, tylko – jak to ładnie ujęła jedna z moich czytelniczek – „rozśmieszajki-pocieszajki”. Bardzo mi się to określenie podoba. Czasami pomiędzy kolejnym kawałkiem porządnej Literatury przydaje się mała przerwa na oddech.

Lubi Pani swoich bohaterów? Któregoś szczególnie?

Lubię ich wszystkich, choć niektórzy mnie nieźle umęczyli. Pół dnia spędziłam w łazience, przyklejając do pralki różne magnesy, by móc opisać perypetie Malwiny. Razem z Anusią wyłaziłam z komórki, z Amą lazłam na bosaka po żwirze. Wyobraźnia mi działa lepiej, niż bym chciała.

Czy postać Malwiny z powieści „ Ekologiczna zemsta” ma jakieś odzwierciedlenie w rzeczywistości? Szczerze mówiąc, nie chciałabym mieć takiej matki, ani tym bardziej teściowej…

Szczerze? Obawiam się, że – pomijając awersję Malwiny do płci przeciwnej – charakterologicznie to ona najbardziej jest podobna do mnie. Mniej więcej podobne pomysły przychodzą mi do głowy, kiedy coś mnie wkurza. Normalny człowiek załatwia takie sprawy w cywilizowany sposób, ja od razu kombinuję, jak przeciwnikowi dopiec. Na szczęście poprzestaję na pomysłach. Trudno, głupota naszego gatunku wyprowadza mnie z równowagi, nic na to nie poradzę.

Bardzo podobał mi się tytuł „Teściową oddam od zaraz”, a czy Pani ma ulubioną swoją powieść? Od której radziłaby Pani zacząć poznanie swojej twórczości czytelnikowi, który nigdy nie miał z nią do czynienia?

Trudno mi mówić o lubieniu. Powiem tak: najlepiej bawiłam się przy pisaniu „Ekologicznej zemsty”. Co do rady… Wydaje mi się, że w przypadku moich czytadeł nie ma znaczenia, od którego się zacznie. Każda książka serii niesie jakąś historię niezależnie od siebie. Bohaterowie się powtarzają, ale czytelnicy mi piszą, że po przeczytaniu jednej książki, sięgają po kolejne.

Czy ma już Pani pomysł na kolejną historię?

W tym roku wyjdzie wznowienie „Babskiej misji”, ale piszę już następne czytadło. Tytuł pewnie jeszcze zmienię, ale rzecz będzie o oszukanej przez wydawcę autorce, która postanawia się zemścić. Nietypowo. Więcej nie powiem.

A jaka prywatnie jest Małgorzata Kursa? Podobno lubi Pani gotować? Czy jakąś potrawę szczególnie?

Szczerze mówiąc, nigdy nie zastanawiałam się, jaka jestem. Podejrzewam, że okropna. Bo, jak małe, to już z natury pyskate. Bardzo się starałam przyswoić sobie dewizę Michała Wołodyjowskiego: „Albo się będą ciebie bali, albo się będą z ciebie śmiali”. Chyba mi nie wyszło, bo nikt się mnie nie boi. Jestem już w tym wieku, że znam swoje wady, ale też jestem odporna na bałwanów. Wychodzę z założenia, że to oni mają problem, nie ja. Miłosierna dla bliźniego też bywam. Chyba bardziej niż dla siebie. Może dlatego, że znam moc słów, staram się nikogo nie ranić rozmyślnie. Gotować rzeczywiście uwielbiam. Najszczęśliwsza jestem w sezonie owocowo-warzywnym, bo mam kolorów i smaków pod dostatkiem. A teraz powiem rzecz straszną. Najbardziej lubię lepić pierogi. Wszystko jedno, z czym. Łapki mi pracują mechanicznie, a w głowie kłębią się pomysły.

O czym marzy Małgorzata Kursa?

Tu raczej nie będę oryginalna, w końcu baba jestem. Chciałabym, żeby moja rodzina i przyjaciele byli zdrowi i żeby mieli w życiu częściej z górki niż pod.

I na koniec pytanie, które po prostu muszę zadać: Jak Pani to robi? Każda kolejna książka jest znakomita, dowcipna, interesująca, zaskakująca. Właściwie mogę polecać Pani książki w ciemno, wystarczy, że zobaczę na okładce Pani nazwisko! Zapewne często to Pani słyszy, prawda?

To jest pytanie, przy którym poległam. Nie wiem, jak to robię. Jeśli książka jest dowcipna i zaskakująca, to bardzo się cieszę. Z pozostałymi przymiotnikami bym polemizowała. Najczęściej słyszę od czytelników, że się śmiali przy czytaniu i to jest dla mnie najmilszy komplement. Śmiech to panaceum na każdy strach i zło. Na zmęczenie i kłopoty. Nawet głupota boi się śmiechu.

Dziękuję za rozmowę.

Serdecznie dziękuję, pani Aniu i na Pani ręce przekazuję pozdrowienia dla czytelników. 

KONKURS

Mam dla Was egzemplarz najnowszej książki Pani Kursy, ufundowany przez Wydawnictwo Prozami, tytuł książki to "Niespodziewany trup". 
Zabawę zaczynamy dzisiaj, 9 sierpnia, zakończy się 16 sierpnia o godzinie 24:00. Udział wziąć mogą tylko osoby zamieszkujące Polskę. Organizatorem konkursu jestem ja, nagrodę ufundowało wydawnictwo PROZAMI. W ciągu trzech dni pojawia się wyniki, ale raczej prędzej niż później, do 19-stego sierpnia na pewno. Pytanie, na które odpowiedź należy zostawić pod tym postem to: Czy znasz twórczość Pani Kursy, jeżeli tak, która książka jest godna polecenia, jeżeli nie znasz, dlaczego chcesz poznać?
Czekam na Wasze komentarze, pod tym postem, poproszę też o pozostawienie adresu e-mailowego, ponieważ tylko w ten sposób będę mogła skontaktować się ze zwycięzcą konkursu. Można polubić moją stronę na facebooku, jak też dodać mój blog do obserwowanych, nie jest to wymóg, ale będzie mi bardzo miło :) Dziękuję za uwagę i pozdrawiam serdecznie!

Wyniki!!!

Chciałabym ogłosić wyniki konkursu z Ałbeną Grabowską - Grzyb. Książka "Coraz mniej olśnień" wraz z dedykacja autorki powędruje do...
osoby, która udzieliła takiej odpowiedzi:
Pewnie, że lubię ... bo sama jestem kobietą, a która z nas nie ma mniejszych lub większych problemów. Każda z nas ma zmienne nastroje, bałagan w torebce, swoje radości, kompleksy i wspomniane wcześniej bolączki dnia codziennego. To wszystko składa się na to że, bohaterka jest bardziej realna. Taka literatura potrafi wywołać u mnie skrajne emocje, wzruszając i zmuszając do refleksji… "Co ja bym zrobiła na miejscu postaci literackiej?" oraz pomóc rozwiązać problem, jeżeli takowy u mnie występuje. W powieści szukam szczypty optymizmu, bo jak „Bohaterce się udało, to dlaczego mi miałoby się nie udać!”, a jak jej nie uda się rozwiązać kłopotu – to może przynajmniej mi pomoże go uniknąć lub mu zapobiec.
Pozdrawiam serdecznie,


wygrywa zatem Kwiatusia, gratuluję, a wszystkim dziękuję za udział! Jeszcze dzisiaj kolejny wywiad i kolejny konkurs! A w przyszłym tygodniu dwie premiery, które będą u mnie do wygrania! Oj, będzie się działo!!!