środa, 2 lipca 2014

niespodzianka

W zeszłym tygodniu wybrałam Panią Iwonę jako zwyciężczynię konkursu zorganizowanego przez Pisaninkę. Wczoraj, zajrzałam raz jeszcze na stronę, na której pod wywiadem Czytelnicy udzielali odpowiedzi na moje i Ani pytania. I doszłam do wniosku, że pozostałe wypowiedzi także zasługują na nagrodę. Wprawdzie nie mogę wszystkich obdzielić „Kochanką królewskiego rzeźbiarza”, ale pozostałe Panie – bo chyba tylko panie brały udział w konkursie – otrzymają ode mnie moją pierwszą powieść „Lucyfer. Moja historia”, którą wydałam w formie ebook'a w 2012 roku. Wiem, że nie wszyscy Czytelnicy lubią ebook'i, ja sama za nimi nie przepadam, bo nic nie zastąpi papierowej książki, ale póki co nie udało się opublikować przygód Lucyfera i spółki w tradycyjnej formie. Mimo tego mam szczerą nadzieję, że spędzą Panie miło czas na lekturze. Raz jeszcze dziękuję za udział w konkursie i liczę, że podzielicie się ze mną opiniami na temat powieści.
Pozdrawiam serdecznie
Victoria Gische
 
Bez problemu znajdziecie Victorię tutaj: https://www.facebook.com/victoria.gische.pisarka
Pozdrawiam i gratuluję wszystkim nagrodzonym.
 
 

wtorek, 1 lipca 2014

Wyniki czyli kto wygrywa książeczki Izy Skabek.

Kochani, muszę Wam powiedzieć, że wspaniale współpracowało mi się z Panią Izą. Nie dość, że książeczki zabawne i ciekawe, podobały się moim dzieciom, rozmowa z autorką była doprawdy przyjemna, to okazuje się, że wygra więc niż jedna osoba książeczkę napisaną przez Panią Izę. Myślę, że to cudowna wiadomość, prawda?

Nie przeciągając...
Gratuluję następującym osobom i poproszę o adresy:
 i.wolinska@gmail.com,
joasmol@gmail.com,
gdymarz@wp.pl,
monika.olasek@gmail.com,
ewaudala77@op.pl,
eluchi1974@o2.pl,
annabachor@o2.pl,
marta@kolonia.gda.pl,
aneta26-1981@tlen.pl,
katarzyna.muller@interia.pl,
Pani Katarzyna Muller, Pani I. Wolińska, Pani Monika otrzymają książki, reszta Pań i dzieci nagrody pocieszenia.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Iza Skabek "Gaba i Grzebień" i "Zooalfabet"


 
Iza Skabek to poetka i pisarka, z którą miałam przyjemność niedawno przeprowadzić wywiad. Jeszcze do późnych godzin nocnych można wygrać jedną z Jej niezwykle zabawnych i ciekawie napisanych książeczek. Zachęcam: http://asymaka.blogspot.com/2014/06/iza-skabek-wywiad-i-konkurs.html.  Moje dzieci postacią Gaby są zachwycone, a wierszyki o zwierzątkach podobały im się na tyle, że nie odchodziły, tylko siedziały obok mnie, zasłuchane i zainteresowane ilustracjami. Nawet doszło w pewnym momencie do konfliktu, bo i Zuza, i Kamil chcieli narysować własnego zwierzaka w książeczce zatytułowanej "Zooalfabet". Pierwsza narysowała postać stworka moja najmłodsza latorośl, ale i mój synek miał możliwość wykazania się na jednej z kolejnych stron. Tak Kamil wyobraża sobie zimowego ludka:

A Zuzia wymyśliła takie zwierzątko:
 
"Zooalfabet" to książeczka z rymowankami zaczynającymi się na każdą z liter alfabetu. Mamy tu wierszyk o anakondzie, która martwi się, że wygląda dzisiaj nieszczególnie, biedronkę, która wybiera się na bal, ćmę zafascynowaną blaskiem świecy, pędzącego nie wiadomo dokąd dzika, różowego flaminga, iguanę z czkawką, pelikana, który w dziobie ma zapas jedzenia, czy odważnego rycerza-żuka. Różnorodność postaci, zabawne i krótkie rymowanki spodobają się dzieciom. Dodatkowym atutem są kolorowe i przyciągające wzrok ilustracje. To historyjki idealne dla naszych milusińskich. Poznają alfabet, a niebawem zapewne samodzielnie zaczną czytać książeczkę, ponieważ czcionka jest na tyle duża, by nie miały z odszyfrowaniem tekstu problemu. Całość estetycznie i przejrzyście wykonana, więc nasz odkrywający dopiero literacki świat szkrab będzie zadowolony. A przy okazji i my będziemy szczęśliwi, widząc jak nasze dziecko uczy się czytania.

Książeczka pobudza wyobraźnię naszego brzdąca, wyzwala w nim kreatywność. Moja Zuzia naprawdę słuchała tego, co czytam, rozumiała tekst, nie miała żadnych trudności. Gdy tylko przeczytałam wierszyk o stworzonku, które można samodzielnie narysować, tak, jak my je widzimy, jak sobie wyobrażamy, pobiegła po kredki i przystąpiła do pracy. Takie publikacje, które wywołują entuzjazm w dziecku są najciekawsze. Gdy maluch nie wierci się i nie uciecha, siedzi zasłuchany i zafascynowany to najlepsza według mnie rekomendacja. Gorąco zatem polecam.


Kolejna z książeczek, o której chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć jest zupełnie inna od tej, o której pisałam przed chwilą. Przede wszystkim tekst jest pisany prozą, a opowieść dotyczy dziewczynki. Z wierszykami autorstwa Izy Skabek łączy ową publikację jednak wiele cech: na pewno i tutaj dostrzeżemy zabawny styl pisarki, lekkość Jej pióra i wielką wyobraźnię. Autorka rewelacyjnie przeniknęła do dziecięcego umysłu, wczuła się w rolę malucha idealnie, tak, jakby sama była dzieckiem, bohaterką tej historyjki. Opowieść czyta się naprawdę bardzo szybko, jest ciekawa i zajmująca.


Tytułowa Gaba spodobała mi się do tego stopnia, że chciałabym poznać jej dalsze przygody. Z wielkim zdumieniem czytałam, jakie rozwiązania podsuwa wyobraźnia tej małej dziewczynce. Wiem też na pewno, że tak właśnie myślą dzieci, zupełnie inaczej niż my. Dla nich czas płynie w innym tempie, nie znają pojęć, którymi chcemy je przekonać, że mają się pospieszyć, nie rozumieją, że trzeba być odpowiedzialnym i nie wolno się spóźnić na przykład.
Gaba uwielbia mówić i mogłaby otwierać usta właściwie bez przerwy, ponieważ ciągle ma coś do powiedzenia. W jej życiu dzieje się tak wiele różnych rzeczy, tyle przygód miewa, że naprawdę musi się podzielić z innymi tym, co ją absorbuje.
 
 
Gabie nie wszystko się podoba, ale to przecież normalne. Czego nie lubi? Czesania.
-O, to tak jak moja Zuzia-skomentowałam podczas czytania książeczki.
 
"Nie lubi też być czesana, bo szczotka zawsze ją szarpie, a grzebień drapie i gryzie."*
 
Myślę, że moja prawie czterolatka znalazłaby wspólny język z bohaterką tej publikacji.
Gaba naprawdę próbuje się samodzielnie uczesać, ale złośliwy Grzebień gryzie ją w głowę i mówi bezczelnie, że nie mógł się powstrzymać! Nagle zmienia się w rekina i każe dziewczynce nalać wody do wanny, by przekonała się, że mówi prawdę. I tak zaczyna się zabawa w łazience, a Gaba jak nie była uczesana, tak nie jest w dalszym ciągu. Jakie będzie Waszym zdaniem zakończenie tej historyjki?
Dziecku z tak wybujałą wyobraźnią może przytrafić się WSZYSTKO!
 
Książeczkę czyta się szybko, jest napisana z humorem i ciekawie, rysunki również prezentują się pięknie, są barwne i idealnie dobrane do tekstu. Dziecko nie będzie się nudzić, a Gabę polubi już od pierwszych stron. Sympatyczna, trochę zwariowana dziewczynka, która nie zna słowa "niemożliwe" na pewno przypadnie naszym milusińskim do gustu. Polecam.
 

* fragment pochodzi z książeczki "Gaba i Grzebień" Izy Skabek

Natasza Socha wywiad i konkurs.


Natasza Socha wywiad i konkurs

 

 

Natasza Socha jest autorką przezabawnej i niezwykle ciekawie napisanej „Macochy”, ale też kilku innych powieści, których nie miałam jeszcze przyjemności czytać. Współprowadzi wraz z Moniką Paluszkiewicz kulinarny blog: http://chilifiga.pl/, poza tym od wielu już lat jest dziennikarką, która potrafi pisać o wszystkim, mamą, która dba o to, by potrawy spożywane przez dzieci były nie tylko pyszne, ale i pięknie podane, stara się zarazić dzieci miłością do jedzenia, delektowania się posiłkiem. Spróbuję od tej niezwykle barwnej i interesującej osoby dowiedzieć się, skąd pomysł na taki, a nie inny blog, czy niebawem pojawi się na rynku wydawniczym Jej kolejna powieść, jak również tego, czy łatwo jest utrzymać się z pisania artykułów?

 

 

 fotografia: Anna Kamińska Światłoczułość

Na początek pytanie podstawowe: Jak to wszystko się zaczęło? Czy zawsze marzyłaś o pisaniu?
Tak jak u każdego dziecka przez głowę przewijały mi się wszystkie możliwe zawody świata, z których do najciekawszych zaliczałam: łyżwiarkę figurową, fryzjerkę oraz panią robiącą twaróg. Kiedyś na koloniach zaliczyliśmy wycieczkę do pobliskiej mleczarni, w której pewna pani opowiedziała nam jak się robi ser i nawet to pokazała. Uznałam ją za najbardziej fascynującą kobietę na świecie. I na pytanie nauczycielki co chcemy robić w przyszłości, odpowiedziałam z uśmiechem: twaróg.

Skąd pomysł na „Macochę”? Czy to wymysł Twojej wyobraźni, od początku do końca nierealna historia, czy może obserwowałaś kogoś i wyciągałaś wnioski?
 
Historia jest wymyślona, choć sam pomysł powstał niejako w oparciu o własne doświadczenia. Ja co prawda nie znalazłam się w sytuacji, w której dzieci mojego męża stanęły w drzwiach z walizką, ale wyobraziłam sobie, co by było, gdyby rzeczywiście tak zrobiły. Nie ma u nas społecznego przyzwolenia na bycie macochą, która też ma swoje lęki, obawy i prawo do głośnego wypowiedzenia tego, co naprawdę myśli. Z założenia dzieci z poprzednich związków należy kochać miłością bezwarunkową, nawet jeśli na ciebie plują. Bo przecież one są skrzywdzone, a ty dorosła. Być może. Ja jednak uważam, że każdy ma prawo do swojego zdania, do swoich strachów i każdy powinien sam ustalić zasady funkcjonowania rodziny patchworkowej.

Czy masz w sobie cokolwiek z tytułowej „Macochy”?
Pewnie trochę sarkazmu, buntu, jakiejś niepewności życiowej. Podobnie też patrzymy na świat - ironicznie.

To powieść, którą czyta się szybko, jest pełna humoru, lekka, zabawna… Czy właśnie tak się ją pisało? Bez żadnego problemu, bez wyrywania włosów z głowy, ślęczenia nad tekstem i poprawiania go w nieskończoność?
Rzeczywiście pisało się ją szybko. Ale ja generalnie mam zasadę, że siadam do pisania wtedy, kiedy w głowie zbudowany jest już pewien szkielet całości. Potem ten szkielet wypełniam literkami, aż powstanie „żywy twór”.  Nie planuję stron po kolei, nie piszę chronologicznie. Opisuję wydarzenia, historie, wspomnienia, a potem sklejam je w całość. Na koniec wszystko czytam i wyrzucam to, co z założenia miało być śmieszne, a w ogóle mnie nie rozbawiło lub wręcz odrzuciło ze względu na literackie „suchary”.

 

Od Twojego debiutu minęło ponad 10 lat. Czy w czasie tej minionej dekady pisałaś inne książki?
Napisałam książkę o Adasiu Jebutko, byłym pracowniku wielkiej firmy, który został z dania na dzień wyrzucony z pracy. Początkowo pracował jako Keczup w supermarkecie - odziany w pluszowy strój wielkiej butelki wyśpiewywał pieśni o czerownym sosie. Aż tu dnia pewnego napotkał dawnego kolegę, który postanowił zrobić z niego designera mody, w myśl zasady: że „nawet kupa owinięta złotym papierkiem może stać się pralinką pod warunkiem jednak, że wcześniej zostanie przeprowadzony odpowiedni PR wyżej wymienionej kupy”. Tytuł książki: „Keczup”, oczywiście.  



  Napisałam też „Zbuki” o wrednych ludziach, którzy czerpią energię tylko z tego, że komuś innemu podwinęła sę noga. I gromadzą różne obrzydlistwa w słoikach – truchło ćmy włochatej, oddech umarlaka, spojówkę wilkołaka. To książka mocno absurdalna, w której główny bohater nosi skarpetki w kolorze dwuletniego żółwia z Galapagos i skupuje od innych ludzkie świństwa. Niektóre połyka, inne zamyka w blaszanych puszkach. Dzięki jego pracy wredni ludzie mogą nadal być wredni, ale nie mają już wyrzutów sumienia. Odsprzedali je. Kilka lat temu ukazała się też książka „Nasza Klasa” czyli retro-wspomnienia o czasach minionej młodości użytkowników portalu Nasza Klasa. Ta książka ukazała się jako e-book.

 

Skąd wziął się pomysł na blog związany z gotowaniem? Czy od początku prowadziłyście stronę w duecie? Jak wygląda Wasza współpraca? Uzupełniacie się, macie podobne, czy całkiem różne charaktery, czy dochodzi do kłótni, sporów między Wami? A może zawsze jest wesoło, optymistycznie i sympatycznie?
Gotowanie jest czynnością tak mocno wkomponowaną w naszą codzienność, jak mycie zębów. Trudno jednak z mycia zębów uczynić sztukę. Tymczasem w kuchni możemy udawać, że właśnie zostałyśmy kulinarnymi wróżkami, nawet jeśli nasza chochlo-różdżka wyczarowała zaledwie jajko sadzone. Stąd pomysł na bloga. Monika jest bardziej prozdrowotna i dokładnie przypatruje się temu, co je i temu - czym karmi rodzinę. Dla mnie do niedawna było to obojętnie, ale teraz wiem, że tablica Mendelejewa w naszych potrawach to nie jest to, czym powinniśmy się faszerować. Monika jest cerberem zdrowych potraw i często dopatruje się w moim gotowaniu skandalicznie złych nawyków. Na szczęście gotujemy na odległość, w przeciwnym mogłoby być groźnie. J Ale dzięki niej wiem, że można stworzyć tort czekoldowy na nazie awokado, zrobić czekoladę bez cukru, a nutellę upichcić ze śliwek.

 
fotografia: Anna Kamińska Światłoczułość

 

Zajęłaś się gotowaniem, ponieważ chciałaś obalić pewną tezę, prawda? Powiedz nam coś więcej na ten temat.
Teza jest znana od lat. Baba w kuchni do niezadbana kura, która cuchnie olejem do smażenia, a ręce ma sklejone mąką. Blog chilifiga powstał właśnie po to, by udowodnić, że żadna z nas – ani Monika, ani ja, ani tysiące innych kobiet nie cuchną olejem i nie są kuchennie odrażające. Wręcz przeciwnie – gotujemy, bo chcemy, bo sprawia nam to radość, bo jesteśmy kreatywne i kulinarnie uzdolnione. I każda kobieta, która spędza czas w kuchni powinna być podziwiana.
fotografia: Anna Kamińska Światłoczułość
 
 
Jaką jesteś mamą? Wyrozumiałą, wymagającą, surową, wyluzowaną?
Pewnie każdą po trochu. W zależności od dnia, od pory roku, a nawet od pogody. Ale zawsze kiedy mogę, staram się próbować wiele rzeczy obracać w żart i poprzez dowcip pokazywać dzieciom, co robią źle. Nie cierpię kazań. Nie cierpię monologów wygłaszanych smętnym głosem przez dorosłych. I dlatego sama staram się tego unikać.

Czy czytasz swoim dzieciom? Podsuwasz im jakieś książki?
Kiedyś Olga wróciła ze szkoły i oznajmiła mi, że wszyscy jej koledzy obejrzeli Harry’ego Pottera. I, że ona też chce. Powiedziałam, że dobrze, ale najpierw musi przeczytać książkę. Po każdym skończonym tomie, będzie film. I tak się wciągnęła, że teraz sama nie chce dalej oglądać, tylko woli najpierw przeczytać. Ma 10 lat i kończy piąty tom. Filipowi czytam ja. Najchętniej książki Roalda Dahla, bo są cudownie zakręcone i wprowadzają dziecko w świat absurdu. Weźmy pierwszą z brzegu – „Fleje”: „Gdybyście dokładniej przyjrzeli się obliczu pana Flei, rozpoznalibyście małe, zaschnięte kawałki jajecznicy, szpinaku, keczupu, rybich paluszków, drobiowych paluszków...” Uwielbiam takie książki. Teraz czytamy „Babcię rabuś”, cudowną opowieść  Davida Walliamsa o babci, która aby nie wydawać się nudną własnemu wnukowi, wymyśliła, iż jest znaną złodziejką klejnotów. Szerokim łukiem omijam zaś książki idealizujące różowatość, błyszczący świat, bycie piękną i cudowną, którą wszyscy kochają łącznie z leśnymi żukami.

Uważasz, że nasz polski rynek czytelniczy jest specyficzny, różni się od innych? Niedawno spotkałam się z takim przekonaniem, że za granicą jest łatwiej pisać, co Ty myślisz na ten temat?
Specyficzność naszego rynku polega głównie na tym, iż Polak kupuje średnio 1,5 książki na rok. Załapanie się na to, że kupi akurat naszą graniczy z cudem. W tej sytuacji za granicą na pewno łatwiej jest nie tyle pisać, co wyżyć z pisania.

Mieszkasz od pewnego czasu w Niemczech. Czy trudno było zaaklimatyzować się w nowym miejscu? Czy możesz powiedzieć, że właśnie tam jest Twój dom? Tęsknisz czasem za Poznaniem?
Trudność polega głównie na niemożności dogadania się na tym samym poziomie humoru. No bo jak przetłumaczyć Niemcowi dowcip: Co jest rzadsze? Biegunka czy zatwardzenie? J
fotografia: Anna Kamińska Światłoczułość
 

Zdradź nam, proszę, jaką książkę szykujesz dla swoich czytelników w najbliższym czasie? Wiem, że piszesz coś nowego, co moim zdaniem będzie bardzo interesujące…
Tym razem weszłam częściowo w męski świat dorosłych chłopców, których ulubionym zajęciem jest strzelanie z procy do kaczek oraz podjadanie ciasteczek. To oczywiście przenośnia dotycząca maminsynków, dla których najpiękniejsza, najmądrzejsza i najcudowniejsza na świecie jest tylko jedna kobieta. Mama. Mamusia dzwoniąca co pół godziny z informacją, że właśnie ma czkawkę i co dalej?  Plus Syn jadący na sygnale ratować Matkę od tej strasznej czkawki. To tak w skrócie. Książka jest prawie gotowa, ale bawię się jeszcze zakończeniem.

 

O czym jest wydana w formie e-booka Twoja powieść zatytułowana „Nasza klasa”? Czy myślisz, że książka elektroniczna „wyprze” kiedyś tradycyjną, papierową wersję? Jaki masz stosunek do e-booków?

 

Nasza Klasa to takie retro-wspomnienia. Pierwsza miłość, pierwsza czekolada z Pewexu, pierwsze dekatyzowane dżinsy. Dziesięć historii, które wydarzyły się naprawdę. Sentymentalna podróż w czasie z dużą dawką humoru. Pamiętasz, jak założyliśmy facetowi od ruskiego karton na głowę? - pyta jeden z bohaterów. Ja pamiętam, bo ten karton założyła moja koleżanka, a potem udawała, że zemdlała. J
Kiedyś, ale mam nadzieję, że w bardzo dalekiej przyszłości ebooki pewnie wyprą papierową książkę. Dla mnie szkoda, bo ja lubię zapach papieru i zdecydowanie wolę trzymać w ręku prawdziwą ksiązkę niż elektroniczne urządzenie.
 
Jak przyjmowane są przez czytelników twoje powieści? Czy otrzymujesz listy, maile od osób, które znają Twoją twórczość?
Tak, jak już wspomniałaś, debiutowałam 10 lat temu. Wtedy nie było FB, nie było takich możliwości kontaktowania się z czytelnikami jak dzisiaj. Teraz dostaję meile, wiadomości – jak na razie są pozytywne, miłe, zachęcające do dalszego pisania. Żaden hejter jeszcze mnie dopadł, ale na pewno wszystko przede mną.

Czy kontakt bezpośredni z czytelnikiem uważasz za potrzebny, jesteś zwolenniczką czy przeciwniczką spotkań autorskich?
Myślę, że nie ma nic milszego dla pisarza jak kontakt z czytelnikami, słuchanie ich opinii, uwag, przemyśleń. To daje motywację do pisania kolejnych książek, podsuwa nowe pomysły, pozwala unikać błędów. Jeśli tysiąc osób przeczytało twoją książkę, to tak naprawdę masz szanse na tysiąc opinii. Bo każdy jednak czyta inaczej. Fascynujące.

Pisywałaś do różnych magazynów, gazet, czasopism, portali… Czy łatwo jest utrzymać się z pracy dziennikarskiej? Jaki był najtrudniejszy tekst, najbardziej dziwny być może, z którym musiałaś się zmierzyć?
 
 
Kiedyś było łatwo, dzisiaj stawki dziennikarskie są takie, że za napisanie artykułu można sobie kupić kilogram buraków. I to u sąsiadki, po znajomości. Dawniej pisałam dużo, niemal o wszystkim. Uwielbiam wyzwania dziennikarskie, dlatego mam na swoim koncie „dzieła” o achalazji przełyku, o rodzajach cebul i ich zastosowaniu w kuchni, o niemieckim rynku ekonomicznym, o satanistycznych stronach internetowych, a nawet o bezoarze. I nie jest to wyobraź sobie żaden starożytny potwór tyko zbity guz, który formuje się w żołądku z zalegającego w nim materiału – np. z włosów! A najfajniejsze w pisaniu o wszystkim jest to, że zawsze można tą wiedzę wkorzystać w kolejnych książkach.

Jako dziecko marzyłaś o zawodzie chirurga, opowiesz nam o tym? Co takiego się wydarzyło w Twoim życiu, że jednak postanowiłaś zająć się pisaniem, a nie leczeniem ludzi?
Wydarzyła się rzecz prosta i banalna – w liceum odkryłam, że nie cierpię fizyki, nie rozumiem kompletnie o co chodzi w kinetycznej teroii gazów tudzież modelu atoma według Bohra, dodatkowo nie przepadam za panią od biologii, a z chemii lubię tylko doświadczenia. To bardzo ograniczyło moje możliwości zdawania na medycynę. Ale chirurgów, zwłaszcza przystojnych, nadal podziwiam i szanuję J.

Bardzo dziękuję za rozmowę. I czekam niecierpliwie na najnowszą powieść.


KONKURS:
Zabawa rozpoczyna się dzisiaj, 30 czerwca i potrwa do 7 lipca, do godziny 23:00. Dokończcie zdanie: "Czytam, bo...". Odpowiedzi należy udzielić pod tym postem, zostawiając również swój adres e-mail. Nagrodę ufundowała Autorka, Natasza Socha i wydawnictwo Filia, a wygrać możecie albo "Macochę" albo "Gotuj, karm i kochaj".

Moja recenzja "Macochy": http://asymaka.blogspot.com/2014/03/macocha-natasza-socha-recenzja.html
Blog o gotowaniu i nie tylko, którego współautorką jest Natasza Socha: http://chilifiga.pl/

 

sobota, 28 czerwca 2014

wyniki

Victoria Gische postanowiła nagrodzić egzemplarzem swojej powieści autorkę tej wypowiedzi:

"Bardzo klimatyczny wywiad:) Jesli chodzi o parę to stawiam na: Marka Bukowskiego i Kamilę Baar. A pytanie Ani: uwielbiam ksiązki z historyczną otoczką. Lubię, kiedy podczas lektury oprócz wrażeń duchowych i estetycznych zostaje coś w głowie. Jak byłam mała to mówiłam, że uwielbiam ksiązki "z których można się czegoś dowiedzieć" i to mi zostało;) Ksiązka historyczna to mozliwość przyswojenia sobie wiedzy z danej epoki w sposób zdecydowanie przyjemniejszy niż wkuwanie faktów historycznych na lekcjach:) Pozdrawiam:) Iwona067@gmail.com"

Iwonie gratuluję, a Wam wszystkim przypominam o tym, że konkursy trwają i tutaj, i na FP mojego bloga. W poniedziałek wywiad z Nataszą Sochą i możliwość wygrania Jej książki. Zapraszam :))))



środa, 25 czerwca 2014

Anna Sakowicz Żółta tabletka opowiadania.

 
Wiecie, że boję się czasem zaglądać do publikacji autorów, których nie znam, a już szczególnie do debiutantów. Tym razem było podobnie, z ogromną niepewnością zerknęłam do środka, z przestrachem można by rzec nawet. Bo co mnie tam będzie czekać? Jakaś żółta tabletka, zbiór opowiadań początkującej pisarki?
Kiedy poznałam Anię Sakowicz na Warszawskich Targach Książki wiedziałam, że to dobry człowiek. Wystarczyło mi w jej towarzystwie kilka chwil, by pojąć, jak życzliwą i serdeczną jest osobą. A po przeczytaniu opowiadań, które napisała Ania wiem, że to utalentowana i bardzo spostrzegawcza kobieta. Jej pisanie to naprawdę kawał doskonałej literatury, dlatego trzymam mocno kciuki za to, by niebawem stała się popularną i rozchwytywaną pisarką. W to, że czytelnicy pokochają Jej twórczość nie wątpię, jestem tego po prostu pewna. Będę się przyglądać poczynaniom Ani, bo nie jest znów tak wiele na naszym rodzimych rynku wydawniczym autorek z ciekawym stylem i spostrzegawczym okiem.
Anna Sakowicz pisze oryginalnie, intrygująco, zabawnie, ironizuje, ale i bywa ciepła, wzruszająca, dosadna i delikatna. Puentuje po mistrzowsku.
"Żółta tabletka" to niezwykły zbiór opowiadań, które bywają refleksyjne, smutne, wywodują dreszcze, innym razem zaś są wesołe i dające nadzieję. Pokazują nam, jak żyjemy: zbyt szybko, często bez planu czy zastanowienia, jak wiele mamy wad i jakie uczucia nami targają. To prawdziwy obraz rzeczywistości, w której przyszło nam egzystować. Wiele razy roześmiejemy się w głos czytając poszczególne historie wymyślone przez autorkę, wielokrotnie uśmiechniemy się pod nosem, z zakłopotaniem podrapiemy się po głowie, być może zdamy sobie sprawę, że ten czy też inny tekst dotyczy poniekąd nas samych? Może czegoś nas nauczy, da nam do myślenia?
Wzruszyłam się przy opowiadaniu o schorowanym ojcu, zasmucił mnie i przypomniał, że na pewne sprawy nie mamy żadnego wpływu, że jesteśmy niestety bezsilni w obliczu choroby... możemy tylko patrzeć, jak bliska nam osoba zapomina, nie rozpoznaje nas, gubi się, nie potrafi odnaleźć, a my nic nie możemy na to poradzić...
Szalenie podobał mi się tekst o niespełnionym pisarzu, ale najbardziej rozbawił mnie chyba ten zatytułowany "Polubić czytanie". Zapomniałabym jeszcze o fenomenalnej "Sodówce". To dopiero prawdziwie życiowa opowieść. Anna Sakowicz ubrała w słowa to, co wielu z nas myśli, jednak nie potrafi tak dobrze opisać, tak trafnie ująć. Czego boimy się być może powiedzieć głośno i dobitnie.
Polecam opowiadania autorki z całego serca. Tak jak napisałam na początku, według mnie to kawał dobrej literatury i warto ją promować. Jest to inteligentny, pełen przekory i naturalności zbiór tekstów, pomysłowy, czasem magiczny, odrealniony, innym razem osadzony w realiach idealnie. Zróżnicowany pod każdym względem, więc wszyscy znajdziemy tutaj coś dla siebie, co przypadnie do gustu właśnie nam. Świetnie opisana codzienność, beznadziejność niektórych sytuacji, prosty język, jakim posługują się bohaterowie opowiadań, bardzo prawdopodobne dialogi, dopracowane szczegóły, wszystko to sprawia, że bawiłam się wyśmienicie czytając poszczególne teksty. Jedne mnie bawiły, inne smuciły, znalazłam tu całą gamę emocji i dlatego uważam, że to była jedna z lepszych lektur, jakie miałam przyjemność czytać w ostatnim czasie. Polecam zdecydowanie.

A tutaj najlepszy moim zdaniem cytat:
"-To schorzenie, na które cierpi pani mąż, nazywa się 'sodówką'.-Patrzył na nią porozumiewawczo.-  -Zamontowaliśmy więc pani mężowi kranik.-Podszedł do Stefana i zdjął jego dziwne nakrycie głowy. -Jak ciśnienie się podniesie i mąż będzie odczuwał silne bóle, to wystarczy odkręcić ten kranik-zaprezentował-i ulać odpowiednią zawartość sodówki, która niewątpliwie uderzyła pani mężowi do głowy.
-A czy to przejdzie?
-Powinno, choć mogą być tego skutki uboczne. Tymczasem będzie pani miała stały dostęp do wody sodowej.-Uśmiechnął się do Stefana i jego żony. Zakręcił kurek i podał kobiecie plastikowy kubeczek wypełniony do połowy sodówką wielkiego pisarza."*

*fragment pochodzi z książki, strona 88

Strona Ani: http://kuradomowa.blogujaca.pl/tag/zolta-tabletka/ 
Anna Sakowicz jest blogerką i redaktorką. Jak sama mówi, jest miłośniczką literatury, czarnego humoru, bawi się konwencją literacką. Ukończyła filologię polską, filozofię, edytorstwo współczesne i edukację filozoficzną. Niebawem pojawi się na rynku wydawniczym Jej pierwsza powieść.


Za możliwość poznania opowiadań dziękuję bardzo Autorce, Ani Sakowicz.

wtorek, 24 czerwca 2014

Cienie przeszłości Edyta Świętek premiera: 16.07.2014



"Cienie przeszłości" to pierwsza z publikacji Edyty Świętek, po którą sięgnęłam. Spodziewałam się lekkiej, ciepłej historii o kobiecie. Myślałam, że znajdę tu miłość, upalne lato, gorące, pełne namiętności sceny być może? A co mnie zaskoczyło? I to już od pierwszych stron powieści?

Główna bohaterka tej historii traci wszystko. Nie tylko nie pamięta swojego imienia, swojej twarzy, swojej tożsamości, nie przypomina sobie absolutnie niczego sprzed pobytu w szpitalu. Czy tak traumatyczne doświadczenie może komukolwiek wyjść na dobre? Może okazać się otrzymaną od losu cudowną drugą szansą?
Nie będzie jednak tak łatwo, jak mogłoby nam się wydawać, o nie. Nie bez powodu tytuł tej książki to "Cienie przeszłości".
Karina jest kobietą dojrzałą, zdecydowaną, majętną, konsekwentną i upartą. Ma świetną pracę, spełnia się na kierowniczym stanowisku w korporacji, a życie prywatne dla niej właściwie nie istnieje. Wie, czego chce i wytrwale dąży do osiągnięcia upragnionego celu, niezależności. Nie dopuszcza do siebie nikogo zbyt blisko, boi się widocznie zaangażować, nie chce zbytniego balastu, który rozpraszałby ją i odciągał od pracy. Nie należy do osób lubianych, można wręcz powiedzieć, że niejeden wbiłby jej nóż w plecy, gdyby tylko nadarzyła mu się ku temu okazja. I właśnie takowa się nadarza. Niestety. Karina zostaje napadnięta przez trzech opryszków, którzy mają ją początkowo tylko nastraszyć, lecz sytuacja wymyka się spod kontroli. Kobieta po uderzeniu w głowę traci przytomność i sporo krwi. Nie wiadomo, czy cokolwiek w jej życiu będzie takie, jak było przed wypadkiem.
Moim zdaniem autorka poradziła sobie znakomicie, nie tylko zaintrygowała mnie i dała mi do myślenia, ale też kilkakrotnie mnie zaskoczyła. Nie powiem, że nie było w tej książce momentów dosyć przewidywalnych i raczej banalnych, bo zdarzały się takie, jednak powieść jest naprawdę bardzo udana. Nie ma w niej grama sztuczności, dialogi jak najbardziej żywe, naturalne, realistyczne, problem "wyścigu szczurów", samotności pracoholików zdecydowanie rzeczywisty, wszystko świetnie połączone w zgrabną całość. Dzieciństwo naszej bohaterki owiane lekką mgiełką tajemnicy, jej życie sprzed utraty pamięci również, autorka umiejętnie i powoli, konsekwentnie, krok po kroku przed nami odsłania fragmenty układanki, którą jak puzzle będziemy układać w obrazek, nie do końca zgrabny i idealny, bez skazy.
Według mnie to bardzo udana propozycja literacka autorki i tym chętniej sięgnę po wcześniejsze Jej powieści. Czasem w życiu musi się zdarzyć coś dramatycznego, byśmy przejrzeli na oczy, byśmy zrozumieli, co jest istotne, priorytetowe, najważniejsze.
Gdy Karina weszła do swojego doszczętnie zniszczonego mieszkania i wzięła do ręki sukienkę pociętą na drobne kawałeczki, za sprawą opisu autorki poczułam się przez chwilę jak ona. Zagubiona, bezradna i wściekła. Zastanawiałam się z uporem maniaka, kto mógł jej aż tak nienawidzić, komu tak bardzo zalazła za skórę, że chciał ją zniszczyć? Pozbawić wszystkiego? Edyta Świętek ma lekkie pióro, powieść czyta się szybko, z zaciekawieniem i zamyśleniem. To bardzo dobra fabuła, dopracowana i wciągająca. Bohaterowie stworzeni przez pisarkę jak najbardziej realistyczni, żywi. I nie możemy zapomnieć o wierszach Juliana Tuwima, które spotykamy na każdym kroku w tej historii. Poezja dodaje całości smaczku, nutki tajemniczości i niesztampowości. Polecam zdecydowanie.

"Cienie przeszłości" Edyta Świętek, Wydawnictwo Replika, premiera: 16.07.2014