wtorek, 2 czerwca 2015

Dzień z książką. "Inna bajka" Kasia Bulicz-Kasprzak Fragment pierwszy.

Dzień z książką.
"Inna bajka" Kasia Bulicz-Kasprzak
Fragment pierwszy.
"No to się porobiło, pomyślałam. Siedziałam wciśnięta w kąt między wanną a sedesem i przełykałam łzy. Jeszcze nigdy tak nie płakałam. Już mnie wszystko w środku bolało, ale nie mogłam przestać. Opłakiwałam swoje zmarnowane życie. Ryczałam z żalu i nienawiści do siebie, bo to wszystko moja wina. Głupia, głupia, głupia! Ludzie, jaka ja jestem głupia! 
A przecież nie oczekiwałam od życia zbyt wiele. Przynajmniej tak mi się wydawało. Skończyć studia, wyjść za mąż i mieć mieszkanie-to chyba niedużo? Ale nie, ja akurat nie mogłam tego dostać.
Tępo gapiłam się na kawałek plastiku z dziurka w środku. Trudno go sensownie opisać, ale myślę, że nazwa 'płytkowy test ciążowy' idealnie pasuje. W małym okienku znajdowały się dwie niebieskie, dobrze widoczne kreski. Przeczytałam instrukcję obsługi bardzo dokładnie. Pięć razy. Jeśli nie byłam całkiem umysłowo ograniczona, te kreski oznaczały ciążę. Mogły też oznaczać, że mając niewyobrażalnie wielkiego pecha, trafiłam na wadliwy test. Czy można trafić na wadliwy test trzy razy z rzędu? Raczej nie. Sześć niebieskich kresek oznaczało dziecko w moim brzuchu. Miałam nadzieję, że jedno."



poniedziałek, 1 czerwca 2015

Kasia Bulicz-Kasprzak Inna bajka

Twórczość Kasi Bulicz-Kasprzak znam doskonale i cenię. Niemalże wszystkie napisane przez autorkę powieści prężą się dumnie na mojej półce, do kolekcji brakuje mi tylko "Meandrów miłości", których wydawca mi zwyczajnie poskąpił. Wersji "czytnikowej" nijak ustawić obok "Nalewki zapomnienia...", "Domu na skraju" czy "Nie licząc kota..." się nie da. Do gustu przypadły mi chyba najbardziej te historie pisarki, które tryskają prawdziwym humorem, są zabawne i lekkie. Mówię tu o "Nalewce..." i "Nie licząc...". "Inna bajka" początkowo miała ukazać się w tej właśnie serii i oczekiwałam z wielką niecierpliwością dnia premiery. Czekałam i czekałam. W międzyczasie ukazał się "Dom na skraju", "Meandry miłości" utrzymane w tonie bardziej poważnym, a "Innej bajki" jak nie było, tak nie było.

Z Kasią Bulicz-Kasprzak spotkałam się niedawno na Targach Książki w Warszawie i o ile dobrze pamiętam, wówczas dowiedziałam się, że 3 czerwca pojawi się na półkach księgarń "Inna bajka". Moja radość była ogromna, bo takie książki pisarki cenię najbardziej. Egzemplarz powieści pojawił się u mnie w ubiegły piątek, wiadomo więc było, z jaką pasjonującą lekturą spędzę weekend. W to, że będzie pasjonująco, nie wątpiłam ani chwili. Było i ciekawie, i zabawnie, i wzruszająco. Prawdziwe emocje, mądre, życiowe przemyślenia, uczucia kobiety, która w młodym wieku staje się matką, wszystko to urzekło mnie i wycisnęło z oczu niejedną łzę. Bawiłam się znakomicie, popadając ze skrajności w skrajność, z jednej strony rodzina i przyjaciele głównej bohaterki, ich rozterki, przeżycia, rozmowy z nią, z drugiej zagubiona i niepewna, co dalej zrobić dziewczyna...

Karolina spokojnie studiowała chemię, nie planując w niedalekiej przyszłości zostać matką. W dodatku matką samotną. Matką, która ojca dziecka znała niewiele, bo widziała go raptem dwa razy w życiu, w tym tylko raz rozmawiali ze sobą i jak wiadomo, nie tylko rozmawiali... Chwila zapomnienia, zbyt duża ilość alkoholu we krwi, wszystko to okazało się mieszanką wybuchową. Konsekwencje namiętnej nocy studentka będzie ponosić przez wiele, wiele lat. Zawsze powtarzałam, że ciąża trwa przez dziewięć miesięcy właśnie dlatego, by ci, którzy jej nie planowali mieli szansę oswoić się ze zmianą.

Karolina marzyła o świetnej pracy, miała wielkie plany na przyszłość, w których nie uwzględniała założenia rodziny, przynajmniej nie w tym momencie życia. Jednak nikt jej o zdanie nie pyta, nie może też cofnąć czasu. Czy zaakceptuje tę niespodziankę od losu? Czy dziecko zmieni jej sposób myślenia, porzuci wartości, które wyznawała, zasady, jakimi się kierowała?

I pytanie zasadnicze, kto tak naprawdę jest jej przyjacielem, na kogo może liczyć, a kto wbije jej w samo serce szpilę, sugerując, że jest podłą i wyrafinowaną intrygantką? Życie pełne jest niespodzianek, a doświadczenia, jakie stają się naszym udziałem, powinniśmy pielęgnować z wielką pieczołowitością i wyciągać z nich wnioski na przyszłość. Uczyć się na błędach po prostu.

Dowcipna, mądra, lekko i bez wymuszenia napisana jest "Inna bajka". Stworzeni przez Bulicz-Kasprzak bohaterowie przypadają nam do gustu i szybko zaczynamy z nimi sympatyzować. Martwimy się o Karolinę, zastanawiamy się, jak potoczą się jej losy, jak ułoży się jej zagmatwane życie. Czy dziecko kiedykolwiek pozna ojca? Czy biegająca co rusz do kościoła babcia wymodli się o rozgrzeszenie dla wnuczki? Co na to wszystko matka studentki, która pokładała w niej wszelkie nadzieje i do tej pory nie skąpiła jej pieniędzy? Przez dziewięć miesięcy może wydarzyć się wiele, ktoś może dorosnąć, ktoś coś zrozumieć, ktoś zmądrzeć, a ktoś zidiocieć do reszty...

Kto okaże się największa miłością Karoliny? Tego pytania chyba nie muszę zadawać.
Ciepła, poruszająca, fenomenalnie napisana relacja przyszłej matki, pełna emocji i odczuć jakże realistycznych, prawdziwych. Zagubienie, uczucie osamotnienia, rozbicia, strach o dziecko, każdy z tych elementów był w "Innej bajce" potrzebny. Książkę czyta się w tempie zastraszającym, z ogromną przyjemnością. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam! Na nadchodzące dni to lektura idealna.


czwartek, 28 maja 2015

Siedem pytań do pisarza. Jacek Ślusarczyk.



Autor we wstępie do "Zebry w barze... czyli Polak potrafi"  zastrzega, że jest to historia dla mężczyzn i o mężczyznach, jednocześnie życząc i kobietom dobrej lektury. Według mnie nie jest to jednak książka skierowana tylko i wyłącznie do przedstawicieli płci brzydszej, znalazłam w niej elementy powieści obyczajowej, co być może zadziwi samego debiutanta. Wydawca miał rację, powinien Pan stworzyć choć kilka zdań w formie notki biograficznej, ponieważ za moment stanę w miejscu i nie będę wiedziała, czym zajmował się Jacek Ślusarczyk, a to przecież interesuje czytelnika. Krótka wzmianka o tym, że rodzice Pana urodzili się we Lwowie może nie wystarczyć, to, że w Pana domu rodzinnym bywało wesoło również. Aczkolwiek zaimponowała mi informacja, że nie należy Pan do osób, które przywiązują wagę do dóbr materialnych, to w dzisiejszych czasach rzadkość. Ujął mnie Pan również tym:

"Dostałem od rodziców piękny prezent. Nauczyli mnie być szczęśliwym i widzieć świat przez pryzmat, który rozdziela doznania na radość i... rzeczy drugorzędne. Przydało mi się to w tej mojej drugiej ojczyźnie i przydaje do dziś. Mam nadzieję, że uda mi się Wam, Drodzy Czytelnicy, przekazać trochę radości w tej książce." [1]


A teraz Siedem pytań do pisarza. 





SIEDEM PYTAŃ DO PISARZA:
1. Zabawa zaczyna się dzisiaj i potrwa do 3 czerwca, do godziny 23:30.
2. Każdy z Was może zadać autorowi jedno pytanie, zostawiając je w komentarzu pod tym postem wraz z adresem mailowym.
3. Autor najciekawszego pytania zostanie nagrodzony egzemplarzem książeczki.
4. Spośród wszystkich pytań wybranych zostanie SIEDEM, na które autor odpowie na moim blogu. Odpowiedzi zostaną opublikowane w osobnym poście.



Recenzja "Zebry w barze...": http://asymaka.blogspot.com/2015/05/zebra-w-barze-czyli-polak-potrafi-jacek.html
Profil książki na FB: https://www.facebook.com/zebrawbarze?fref=ts


[1] Jacek Ślusarczyk "Zebra w barze... czyli Polak potrafi", Wydawnictwo Alegoria, 2015, s. 5

Siedem pytań do pisarza. Zuzanna Orlińska. Wyniki.




1. Na swojej stronie napisała Pani, że "z książek nie wyrasta się tak jak z butów czy spodni. Przeczytane w dzieciństwie, powracają przez całe życie." A z jakich książek Pani nie wyrosła, do których Pani wraca, jakie zajmują szczególne miejsce w Pani sercu?
Pozdrawiam serdecznie :)
Pierwsze doświadczenia czytelnicze są z pewnością najważniejsze, najsilniej działają,  myślę także, że naznaczają gust literacki na resztę życia. Najważniejszą książką mojego dzieciństwa była z pewnością “Królowa Sola” Irmelin Sandman Lilius, o której także pisałam na mojej stronie. Ale książek, z których nie wyrosłam, jest dużo więcej. Na pewno należy do nich Jeżycjada Małgorzaty Musierowicz. Nie tylko wciąż od nowa czytam pierwsze tomy, ale wciąż dokupuję kolejne części. Do wielu książek mam okazję powrócić po latach, czytając je na głos moim dzieciom - i wtedy okazuje się, czy nadal są dla mnie ważne, czy też definitywnie z nich wyrosłam. Taką próbę przeszła ostatnio na przykład “Akademia Pana Kleksa”. Zdarzają się też takie książki, na które nie znalazłam czasu w dzieciństwie, a doceniłam je dopiero teraz. Tak było z serią o Muminkach, odkrytą przeze mnie dość późno.

2. Co sądzi Pani o tym, aby pisać dla dzieci tak jak dla dorosłych? Ostatnio modne jest mówienie, że dzieci to nie "infantylne istoty" i nie potrzebują banalnych, sztampowych tekstów, poruszających błahe tematy. Ja się z tym nie zgadzam, pracując z dziećmi widzę, że czasem najprostsze historie są dla nich najbardziej atrakcyjne, a te bardzo złożone są trudne w odbiorze. Jakie jest Pani zdanie na ten temat?
Pozdrawiam

Uważam, że żaden czytelnik, niezależnie od wieku, nie zasługuje na banalne, sztampowe teksty, poruszające błahe tematy.  Po prostu szkoda życia na czytanie takich książek. Sądzę, że dla dzieci i dla dorosłych należy pisać tak samo - to znaczy jak najprościej.

3. Gdyby nie była pani artystką, to kim by pani została? Chodzi o taki zawód, który na przykład zawsze był pani marzeniem ale nigdy z pewnych powodów nie został zrealizowany. I jestem ciekawa, czy polecałaby Pani zostanie artystą czy jakiś pewniejszy zawód?

Mam tę komfortową sytuację, że jako pisarka, mogę wcielić się w osobę wykonującą każdy zawód, jaki przyjdzie mi do głowy. Jako dziecko marzyłam, żeby zostać archeologiem. Jeśli przyjmiemy, że jest to praca polegająca na żmudnym odtwarzaniu nieistniejącej rzeczywistości, na cierpliwym dopasowywaniu do siebie szczegółów i sklejaniu niewielkich fragmentów w jedną całość, okaże się, że niewiele różni się to od mojego obecnego zajęcia. Później, już w liceum, kiedy współtworzyłam szkolny festiwal teatralny i byłam zafascynowana teatrem, postanowiłam, że zostanę reżyserem lub scenografem. I w gruncie rzeczy tym się właśnie zajmuję: reżyseruję kolejne sceny moich książek, prowadzę postaci bohaterów tak, żeby byli wiarygodni, tworzę we własnej głowie scenerię, w jakiej będą występowali. Można więc powiedzieć, że zrealizowałam moje dawne marzenia:)
Jeśli chodzi o drugą część pytania, to wszystko zależy od tego, co się chce osiągnąć. Jeżeli bezpieczeństwo finansowe i spokojne, uporządkowane życie - na pewno poleciłabym zawód “pewniejszy”. Wykonywanie twórczego zawodu oznacza przede wszystkim brak wolnego czasu. Nie można wrócić z pracy i usiąść sobie na kanapie przed telewizorem. Zawsze jest się w pracy, ponieważ pracę nosi się w głowie. Myślę jednak, że żadne inne zajęcie nie sprawia tyle radości.

4. Dzieci to wymagające istoty ;)... Jak je "zarazić" miłością do książek? 
Tak jak w przypadku kataru i wietrznej ospy - samego momentu “zarażenia” miłością do książek nigdy nie widać i możemy być pewni, że się udało, dopiero gdy wystąpią nasilone objawy. Jeśli jednak wokoło dużo jest osób cierpiących na tę samą przypadłość, ryzyko zakażenia wzrasta. Dobrze jest także ograniczyć wszelkie (głównie elektroniczne) szczepionki przeciwko czytaniu, które atakują mózg dziecka taką ilością bodźców, że traci zdolność do samodzielnego używania swojej wyobraźni. Niezaszczepione i bombardowane dużą ilością zarazków (w tym wypadku książek), dziecko na pewno ulegnie chorobie!

5. Wiem, że trudno to opisać słowami – ale może odpowiedź rysunkowa: Jak narysowałaby Pani siebie?
- A może któraś z rysowanych przez Panią postaci (np. Matka Polka) jest właśnie takim autoportretem (chociaż w części)?



Sama nigdy nie miałam pokusy tworzenia autoportretów. Z całą pewnością żadna z rysowanych przeze mnie postaci nie ma cech autoportretu, a już Matka Polka chyba pod każdym względem jest moim przeciwieństwem! Uważam, że najlepszy mój portret stworzył mój starszy synek, kiedy był w przedszkolu. W zajmującej całą ścianę galerii podobizn mam rozpoznałam się od razu!



6. Muszę przyznać, że dałam się zauroczyć magią świata Polka i jego mamy. Częściowo może być to za sprawą mojej ulubionej lektury z dzieciństwa: "Nasza mama czarodziejka" Joanny Papuzińskiej; dostrzegam wiele podobieństwa w aurze, prawdzie, jakie niosą ze sobą obie te opowieści.
Ciekawa jestem:
- Czy Matka Polka istnieje w rzeczywistości, tzn. – czy tworząc (opisując i rysując) tę postać miała Pani na myśli kogoś konkretnego, znaczącego w swoim życiu?
- tak to bowiem odbieram …

“Matka Polka” powstawała w czasie, kiedy sama po raz drugi zostałam mamą. Obserwując siebie i inne znane mi młode matki, często pełne niepokoju, niepewne siebie, przytłoczone nadmiarem oczekiwań, chciałam  stworzyć silną postać Supermatki, która ze wszystkim będzie sobie dawała radę. Ponieważ jednak taką matkę trudno znaleźć (a gdyby się znalazła, pewnie byłaby trudna do wytrzymania), matka Polka nie jest wzorowana na żadnej konkretnej postaci, chociaż ma cechy kilku znanych mi, dzielnych i energicznych kobiet.

7. Jak się żyje w takiej rodzince, w której wszyscy ilustrują, a niektórzy także piszą i cytaty "marynują"? ;-)



W takiej rodzince żyje się zupełnie normalnie, bo nikt nie wie, że są ludzie, którzy żyją inaczej;) Utrzymujemy to w tajemnicy przed naszymi dziećmi, czekając na dzień, kiedy w ramach młodzieńczego buntu któryś z naszych synów przyjdzie do domu i powie, że postanowił zostać księgowym:)


Egzemplarz "Starego Noego" trafi do... autorki pytania numer dwa! Gratuluję, a wszystkim dziękuję za udział w zabawie. Pozdrawiam. Ania :) 


Zebra w barze... czyli Polak potrafi. Jacek Ślusarczyk





Autor we wstępie do powyższej publikacji zastrzega, że jest to historia dla mężczyzn i o mężczyznach, jednocześnie życząc i kobietom dobrej lektury. Według mnie nie jest to jednak książka skierowana tylko i wyłącznie do przedstawicieli płci brzydszej, znalazłam w niej elementy powieści obyczajowej, co być może zadziwi samego debiutanta. Wydawca miał rację, powinien Pan stworzyć choć kilka zdań w formie notki biograficznej, ponieważ za moment stanę w miejscu i nie będę wiedziała, czym zajmował się Jacek Ślusarczyk, a to przecież interesuje czytelnika. Krótka wzmianka o tym, że rodzice Pana urodzili się we Lwowie może nie wystarczyć, to, że w Pana domu rodzinnym bywało wesoło również. Aczkolwiek zaimponowała mi informacja, że nie należy Pan do osób, które przywiązują wagę do dóbr materialnych, to w dzisiejszych czasach rzadkość. Ujął mnie Pan również tym:

"Dostałem od rodziców piękny prezent. Nauczyli mnie być szczęśliwym i widzieć świat przez pryzmat, który rozdziela doznania na radość i... rzeczy drugorzędne. Przydało mi się to w tej mojej drugiej ojczyźnie i przydaje do dziś. Mam nadzieję, że uda mi się Wam, Drodzy Czytelnicy, przekazać trochę radości w tej książce." [1]



A teraz już może o samej powieści. Poznajemy Filipa w momencie, gdy zmęczony trafia do hotelu. Zasypia w ubraniu, bo wielogodzinna jazda odcisnęła na nim swoje piętno. Miał nadzieję na spokojny sen, który da mu ukojenie i wypoczynek. Niestety cienkie ścianki nie zostawiają mu złudzeń. O drugiej nad ranem budzi go zawodzenie jakiejś kobiety. Oznacza to tylko jedno, koniec odpoczynku. Mężczyzna postanawia więc jechać dalej. Na drodze spotyka milicjanta, który mówiąc najprościej, pragnąłby dorobić. Okazuje się jednak, że nasz bohater nawet gdyby chciał, nie może mu wręczyć łapówki, bo jego portfel został w recepcji hotelu. Trafia do więzienia, gdzie poznaje innych, pożal się Boże, przestępców. Ich wykroczenia są równie  absurdalne, jak nasz cały ówczesny kraj.

Perypetie Filipa rozbawiają nas, ale i zadziwiają. Nie sposób pogodzić się z tym, co mogło spotkać uczciwego człowieka, zupełnie niewinnego. Wiemy jednak, że takie sytuacje miały miejsce i choć autor pozwala sobie na opisanie fikcyjnych wydarzeń, wielokrotnie korzysta z tego, co naprawdę miało miejsce tu i ówdzie. Filip ma serdecznie dosyć życia w chorym kraju, dlatego postanawia wyjechać do Ameryki, mlekiem i miodem płynącej. W ojczyźnie zostawia tylko jedną, najdroższą mu osobę, własnego ojca, który również uważa, że powinien wyjechać, by zapewnić sobie lepszą przyszłość, a na pewno życie w wolnym kraju. Za granicą Filip poznaje podobnych do niego ludzi zagubionych i pełnych marzeń. Każdy z nich ma jakieś problemy, przed czymś ucieka z Polski, a ta podróż okazuje się być o wiele ważniejsza, niż początkowo mogłoby się wydawać.
Całość czyta się niebywale szybko, z prawdziwym zainteresowaniem. Co rusz wybuchałam głośnym śmiechem, a gdy podsunęłam lekturę mężowi i on zaśmiewał się do łez. Książka ta nie tylko nas rozbawi, ale też zwróci naszą uwagę na to, co ważne. Aby to zrozumieć, przewartościować swoje życie świetnie przez autora wykreowani bohaterowi będą musieli przejść długą i pełną wybojów drogę. Warto sięgnąć po "Zebrę w barze... czyli Polak potrafi" i przekonać się, jak bystrym i wnikliwym obserwatorem jest Jacek Ślusarczyk, jak ciekawie opowiada, zmusza nas do refleksji i zastanowienia, bo pomiędzy salwami śmiechu będziemy poruszeni i usatysfakcjonowani nie tylko dowcipną historią, ale i niebanalnymi przygodami trójki przyjaciół. Myślę, że taki męski punkt widzenia i prawdziwa przyjaźń, jaka łączy Filipa i jego kompanów, może być cenną, nietuzinkową i wyjątkową wskazówką. Serdecznie polecam.


[1] Jacek Ślusarczyk "Zebra w barze... czyli Polak potrafi", Wydawnictwo Alegoria, 2015, s. 5



wtorek, 26 maja 2015

Mój Dzień Mamy.

Mam najukochańsze dzieci na świecie Emotikon heart 
Dostałam piękne laurki, wierszyk i kupony do wykorzystania.







poniedziałek, 25 maja 2015

Kroniki Tempusu Królowa musi umrzeć, Królowa na wojnie K.A.S. Quinn




Kroniki Tempusu to seria stworzona specjalnie dla młodzieży. Osoby, które ciekawi połączenie fikcji literackiej z faktami, będą ukontentowane. Współczesna nastolatka wyrusza bowiem w podróż niezwykłą, przeniesie się do czasów, gdy w Pałacu Buckingham władała królowa Wiktoria. Pozna wiele niebanalnych osób, zarówno tych występujących w historii Anglii, na stałe w nich zapisanych, jak i takich, których nie uwzględniono w zapisach historycznych, bo nie wyróżniły się niczym niezwykłym, a może nawet w ogóle nie istniały?

K.A.S. Quinn pochodzi z Kalifornii, studiowała historię i anglistykę w USA, była wydawcą, występowała w programach radiowych i publikowała w prasie. Obecnie mieszka w Londynie, z mężem i dwójką synów. Uwielbia nocami czytać przy latarce książki dla dzieci.


"Królowa musi umrzeć" to powieść fantasy dla nieco starszego czytelnika, co najmniej dziesięcioletniego. Oczywiście nie muszę Wam pisać, że ja bawiłam się z tą lekturą przednio, bo chyba doskonale wiecie, że dla mnie nie ma żadnych ograniczeń, jeżeli chodzi o książki. Czytam i te skierowane do małego dziecka, z myślą o mojej pięcioletniej Zuzi, i te przeznaczone dla dziecka samodzielnie już czytającego, z uwagi na ośmioletniego Kamila, i te dla młodzieży, ze względu na moją trzynastoletnią Małgosię. Lektury dla dorosłego czytelnika czytam dla samej siebie. I gatunek również nie ma dla mnie większego znaczenia, choć przyznaję, że wolę prawdziwe historie, osadzone w realiach, od tych całkowicie nierzeczywistych, fikcyjnych.

Pierwszy tom Kronik Tempusu zaciekawił mnie i naprawdę wciągnął. Już od pierwszych stron wiedziałam, że to publikacja niezwykła. Poznałam dzięki niej zagubioną i osamotnioną w gruncie rzeczy Katie, która nie potrafiła zaakceptować dziwnych wyborów swojej matki i nawiązać z nią nici porozumienia. Najlepsze miejsce, zdaniem dziewczyny, było pod łóżkiem. Tam czuła się bezpieczna i miała szansę na przemyślenie tego i owego. Niespodziewanie dla niej przeniosła się w przeszłość, do czasów jakże odległych, wiktoriańskich. Szybko okazało się, że nie tylko ona ma problemy i troski, dawniej wcale nie było lepiej ani łatwiej, intrygi były na porządku dziennym, a niebezpieczeństwo czyhało na każdym kroku.

W takim właśnie niebezpieczeństwie jest królowa. Zamachowcy krążą po pałacu, nie sposób przewidzieć, kiedy i w jaki sposób zaatakują, nie wiadomo też, komu można ufać, na kim polegać. Autorka umiejętnie wplotła w prawdziwe wydarzenia fikcję, pokazała nam rzeczywiste cechy swoich bohaterów, ich choroby i przypadłości, jednocześnie dodając sporo zdarzeń, które nie miały miejsca. Bardzo prawdopodobnie przedstawiła jakże pasjonującą i fascynującą, bogatą w ciekawe sytuacje fabułę. Wszystko krok po kroku trafiało na swoje miejsce, tworząc logiczną i sensowną całość. Książkę czytało mi się bardzo przyjemnie, myślę, że jest to lektura idealna dla młodego człowieka, pasjonującego się fantastyką, historią epoki wiktoriańskiej czy też podróżami w czasie. Wciąga, rozbudza wyobraźnię, naprawdę ciekawi.



Tom drugi Kronik Tempusu czyli "Królowa na wojnie" jest napisany równie interesująco, jak część pierwsza. Język autorki jest prosty i zrozumiały dla młodego odbiorcy. Każdy czytelnik lubujący się w rozwiązywaniu zagadek, odkrywaniu prawdy, rozwikływaniu intryg będzie zachwycony.

Ponownie spotkamy się z sympatycznymi i wyrazistymi postaciami, jakie mieliśmy przyjemność poznać w pierwszym tomie. Katie zostanie tym razem poproszona o przybycie do czasów wiktoriańskich, ponieważ jest tam zwyczajnie potrzebna, żeby nie powiedzieć niezbędna. Ponownie spotyka się z Jamesem i z Alicją, ale też poznaje bardzo chorą Grace, której dni są już niestety policzone. Czy uda się ją uratować?

Nasza nastoletnia bohaterka zostawia świat celebrytów, popularnych gwiazd, z własną matka na czele, by przenieść się po raz drugi w czasy odległe, ale równie pełne intryg jak te, w których przyszło jej żyć. To tutaj, w dziewiętnastowiecznym Londynie, a nie w dwudziestym pierwszym wieku i w Nowym Jorku, dziewczyna znajduje przyjaciół, na których zawsze może liczyć.
Ówczesna Anglia stoi właśnie na skraju wojny z Rosją. Czy Katie może zmienić bieg historii?

Mądra i oczytana nastolatka nie jest może specjalistką w każdej dziedzinie, ale jednak ma świetne pomysły i może pomóc w rozwiązaniu problemu, z jakim musi się zmierzyć królowa.
Dzięki świetnemu przygotowaniu autorki do tematu, bardzo szybko przenosimy się w czasy odległe, rozumiemy zachowania poszczególnych osób i kibicujemy doskonale wykreowanym przez nią bohaterom. Są wyraziści, często postępują niekonwencjonalnie, ale też potrafią zachować się heroicznie i pokazać, co znaczy prawdziwa przyjaźń. Oba tomy polecam, a sama czekam z niecierpliwością na kolejny. Zaraz podsunę też Kroniki Tempusu mojej nastolatce.