Czternaście miesięcy we lwowskich kanałach oczami dziecka.
"Jestem ostatnią żyjącą z naszej grupy ocalonych, uważam, że mam obowiązek opowiedzieć, co się z nami działo. Jeśli nie ja, to kto? Jeśli ja tego nie upamiętnię, kto to zrobi? Jeśli historia naszego przetrwania w kanałach odejdzie nieopowiedziana wraz ze mną, przyszłe generacje mogą uwierzyć, że Holokaust nigdy się nie wydarzył, był mitem, wymysłem."*
To tematyka, która zajmuje w moim sercu szczególne miejsce, historie tragiczne, traumatyczne przejścia napisane przez samo życie zawsze będą o wiele bardziej ciekawe niż wydarzenia nieprawdziwe, wymyślone. Warto pamiętać, o tych wszystkich, którzy żyli odważnie, bohatersko, umierali zbyt młodo, przedwcześnie, zupełnie bez sensu... Im więcej o tym czytam, tym bardziej nie mogę pojąć, ogarnąć tego, co się zdarzyło, jak mogło do tego dojść?
"Pamięć to zabawna rzecz. Taka sprytna gierka, którą toczymy sami ze sobą, by podtrzymać związek z tym, kim byliśmy, co myśleliśmy, jak żyliśmy. Poprzerywana jak sen, powraca w okruchach i fragmentach. Jest odpowiedzią na zapominanie."*
Krystyna Chiger opowiada o swoim życiu, o tym, co zapamiętała mała Krzysia z okresu: przed wojną, w czasie wojny i po wojnie. Wcześniej byli normalną rodziną, dobrze sytuowaną, niczego im nie brakowało. Krzysia miała piękne ubranka, zabawki, nic nie martwiło jej i nie smuciło. W późniejszym okresie musiała opiekować się młodszym braciszkiem, ukrywać się wraz z nim w ciasnych miejscach i czekać na powrót rodziców, choć pewności, co do tego powrotu nigdy nie miała. Zbyt wielki to był ciężar dla dziecka, przerażonego, zagubionego małego człowieka, który powinien mieć zapewnione bezpieczeństwo, powinien w spokoju, miłości i zrozumieniu dorastać, nie bać się każdego dnia o życie swoje, młodszego brata i całej swojej rodziny. Mała dziewczynka nie powinna widzieć śmierci, być tuż obok, gdy inni umierali, nie powinna cierpieć głodu, zimna i na pewno nie powinna ukrywać się w nieludzkich warunkach, wśród szczurów, bez dostępu do powietrza i wody, chyba, że nie było innego wyjścia, a nie było niestety. To prawdziwe bohaterstwo, że udało im się przeżyć w kanałach, przetrwać tam 14 miesięcy, dla nas to nie do wyobrażenia, prawda??? A jednak to nie tylko książka, to nie tylko film znany ("W ciemności"), to prawdziwe życie, to wszystko działo się we lwowskich kanałach.
Czytałam wcześniej relację ojca Krystyny Chiger, ciekawym doświadczeniem było skonfrontowanie tego, co on zapamiętał, z tym, co ona dostrzegła i co rozumiała. Była dzieckiem niezwykle mądrym i inteligentnym, spostrzegawczym i pomocnym w wielu sytuacjach. Nie skarżyła się i naprawdę dobrze znosiła całą tę trudną walkę o przetrwanie, miała wybujałą wyobraźnię i wciągała w ciche zabawy też braciszka.
Dziewczynka w zielonym sweterku była jedną z jedenastu ocalonych przez kanalarzy lwowskich Żydów, którzy uciekli z getta, dosłownie w ostatniej chwili, gdy było już ono likwidowane. Plan ucieczki przygotowywany był już od jakiegoś czasu, ale gdyby nie pomoc Poldka Sochy i jego kolegów, nigdy nie przeżyliby tak długo w takim miejscu. To oni dostarczali im pożywienie, dbali i opiekowali się nimi, codziennie przychodzili. Najbardziej przywiązany do ocalałych był jednak Socha, szczególnie polubił mamę Krzysi, o jej rodzinie mówił " Kania z pisklętami", nie bacząc na zagrożenie, z narażeniem własnego życia starał się chronić ich.
Książka pokazuje, że warto mieć nadzieję, że mimo traumatycznych wydarzeń, mimo tego, że ludzie zachowywali się czasem jak krwiożercze zwierzęta, byli i tacy, którym należy się szacunek i pamięć. Sięgnijcie po ten tytuł, bo naprawdę warto.
Obok Dziennika Anny Frank, "Dziewczynki w czerwonym płaszczyku" Romy Ligockiej, jedna z najlepszych powieści, jaką napisało samo życie. Polecam całym sercem.
Moja recenzja książki Ignacego Chigera "Świat w mroku" jest tutaj: http://asymaka.blogspot.com/2013/02/swiat-w-mroku-pamietnik-ojca.html. Zapraszam.
* fragmenty pochodzą z książki
Dziewczynka w zielonym sweterku. W CIEMNOŚCI. Krystyna Chiger Daniel Paisner, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2011
piątek, 16 sierpnia 2013
środa, 14 sierpnia 2013
"Kadisz dla Ruth" Kurt Witzenbacher
Chciałabym tym razem zapoznać Was z książką niezwykłą, opowiadającą
o przyjaźni małego niemieckiego chłopca z żydowską dziewczynką. Akcja
toczy się na terenie Niemiec przed II wojną światową, czasy są więc
niebezpieczne, podobnie jak ta niecodzienna znajomość. Z dnia na dzień
staje się coraz bardziej jasne to, co czeka Żydów mieszkających w tym miejscu, widać nieprzychylność najbliższych sąsiadów, słychać wyzwiska
typu "śmieci" w stosunku do rodzin żydowskich, szerzy się antysemityzm.
Ta dwójka dzieci nie może bawić się przed domem, ale świetnie się czuje w swoim towarzystwie i na szczęście może liczyć na przychylność ze strony obu rodzin.
Kadisz oznacza modlitwę do Boga z nadzieją na zbawienie. Ruth ma dziesięć lat, całe życie przed sobą, a jednak nie dane jej będzie dorosnąć, nie doczeka przyszłości. Zginie w Auschwitz - Birkenau.
Wspomnienia autora, choć przecież tak odległe wydają się nam bliskie, jakby to, co opisał działo się wczoraj i nie zatarł tego czas. Przybliża nam on religię żydowską, prowadzi do synagogi i do mieszkania państwa Rosenberg w czasie ważnych dla nich świąt. Nie jest to książka opisująca tak drastyczne sytuacje, z jakimi mamy do czynienia na przykład w Dzienniku Anny Frank czy w "Dziewczynce w czerwonym płaszczyku" Romy Ligockiej, dlatego myślę, że mogą ją przeczytać również osoby unikające cierpienia i starające się o nim nie myśleć.
II wojna światowa to według mnie najciekawszy okres w literaturze i chętnie czytam publikacje dotyczące tej tematyki. Często też zastanawiam się jaka bym była, gdyby przyszło mi żyć w tych okropnych czasach. Mam nadzieję, że nie miałabym się czego wstydzić i nigdy nie miałabym wyrzutów sumienia, ponieważ postępowałabym uczciwie. Uważam, że choć tyle jesteśmy winni ludziom, którzy oddali życie za to, byśmy my żyli w wolnym kraju, powinniśmy o nich czytać, pisać, pamiętać. Tym bardziej cieszę się, że mogę oglądać serial "Czas honoru", który teraz, gdy historii w szkole jest tyle, co nic, pomaga nam zaznajomić się z tamtymi latami.
"Opłakuję Ruth. To za nią odmawiam kadisz tego wieczoru. Pojawia się przede mną jej twarz: długie, ciemne włosy, ciemnobrązowe oczy i ten zawsze nieco łobuzerski uśmiech na ustach, jej cichy i czasami perlisty śmiech. Jest w moich myślach tak bliska, niemalże na wyciągnięcie ręki, a jednak tak niedosięgle daleka."*
fragment pochodzi z książki
Za możliwość przeczytania "Kadisz dla Ruth" z całego serca dziękuję wortalowi granice.pl tutaj wygrałam właśnie tę książkę w konkursie!!!
Recenzja pochodzi z mojego bloga http://asymaka.blog.interia.pl/ z dnia 21 listopada 2012 r.
Ta dwójka dzieci nie może bawić się przed domem, ale świetnie się czuje w swoim towarzystwie i na szczęście może liczyć na przychylność ze strony obu rodzin.
Kadisz oznacza modlitwę do Boga z nadzieją na zbawienie. Ruth ma dziesięć lat, całe życie przed sobą, a jednak nie dane jej będzie dorosnąć, nie doczeka przyszłości. Zginie w Auschwitz - Birkenau.
Wspomnienia autora, choć przecież tak odległe wydają się nam bliskie, jakby to, co opisał działo się wczoraj i nie zatarł tego czas. Przybliża nam on religię żydowską, prowadzi do synagogi i do mieszkania państwa Rosenberg w czasie ważnych dla nich świąt. Nie jest to książka opisująca tak drastyczne sytuacje, z jakimi mamy do czynienia na przykład w Dzienniku Anny Frank czy w "Dziewczynce w czerwonym płaszczyku" Romy Ligockiej, dlatego myślę, że mogą ją przeczytać również osoby unikające cierpienia i starające się o nim nie myśleć.
II wojna światowa to według mnie najciekawszy okres w literaturze i chętnie czytam publikacje dotyczące tej tematyki. Często też zastanawiam się jaka bym była, gdyby przyszło mi żyć w tych okropnych czasach. Mam nadzieję, że nie miałabym się czego wstydzić i nigdy nie miałabym wyrzutów sumienia, ponieważ postępowałabym uczciwie. Uważam, że choć tyle jesteśmy winni ludziom, którzy oddali życie za to, byśmy my żyli w wolnym kraju, powinniśmy o nich czytać, pisać, pamiętać. Tym bardziej cieszę się, że mogę oglądać serial "Czas honoru", który teraz, gdy historii w szkole jest tyle, co nic, pomaga nam zaznajomić się z tamtymi latami.
"Opłakuję Ruth. To za nią odmawiam kadisz tego wieczoru. Pojawia się przede mną jej twarz: długie, ciemne włosy, ciemnobrązowe oczy i ten zawsze nieco łobuzerski uśmiech na ustach, jej cichy i czasami perlisty śmiech. Jest w moich myślach tak bliska, niemalże na wyciągnięcie ręki, a jednak tak niedosięgle daleka."*
fragment pochodzi z książki
Za możliwość przeczytania "Kadisz dla Ruth" z całego serca dziękuję wortalowi granice.pl tutaj wygrałam właśnie tę książkę w konkursie!!!
Recenzja pochodzi z mojego bloga http://asymaka.blog.interia.pl/ z dnia 21 listopada 2012 r.
wtorek, 13 sierpnia 2013
Wywiad z Katarzyną Michalak i "W imię miłości" do wygrania!
Jutro premiera kolejnej powieści Katarzyny Michalak "W imię miłości", zapraszam do wywiadu z pisarką i do konkursu, w którym można wygrać dwa egzemplarze jej najnowszej powieści :)
„Ufam mojej
wyobraźni, wierzę, że mnie nie zawiedzie podczas pisania. Bohaterów też mam w
sobie.”
Katarzyna Michalak – wywiad
Katarzyna Michalak jest niebywale popularną polską pisarką.
Jej powieści obyczajowe łączą w sobie wszystko to, czego szukają w książkach
kobiety, jest i miłość, i przyjaźń, i ciepło, i kontakt z przyrodą, ze
zwierzętami. Nie boi się poruszać tematów trudnych i bolesnych, doskonale
odnajduje się w opowiadaniu historii dramatycznych i wzruszających. Opisuje
bohaterów swoich powieści prawdziwie, z wadami i zaletami, jakie posiadają,
nikt nie jest kryształowo czysty, idealny, jak w życiu… Książki Katarzyny
Michalak opowiadają o prawdziwych problemach, kłopotach, które dotykają
zwykłych, normalnych ludzi.
Przy okazji zbliżającej się premiery książki zatytułowanej
„W imię miłości”, która pojawi się na rynku wydawniczym już niebawem, bo 14
sierpnia, postanowiłam zadać pisarce kilka pytań. Chciałabym tym samym
zaprezentować osobę Katarzyny Michalak czytelnikom.
Czy to prawda, że stworzyła Pani pierwszą historyjkę o
zwierzątkach w wieku 6 lat? O czym dokładniej była ta opowieść?
Dziś już dokładnie nie pamiętam, ale wiem, że zachwyciły mnie sarenki
wychodzące na polanę i o tym napisałam.
Skąd czerpie Pani pomysły, napisała Pani już tak wiele
książek, a mimo to wciąż zaskakuje Pani swoich czytelników, tworząc niebanalne
i ciekawe postaci?
Pomysł na powieść
rodzi się w mojej głowie. Czasem podczas snu, czasami w autobusie, czy pociągu.
Potem wystarczy otworzyć plik i zacząć pisać. Ufam mojej wyobraźni, wierzę, że
mnie nie zawiedzie podczas pisania. Bohaterów też mam w sobie. Utożsamiam się z
nimi tak silnie, że wręcz „wchodzę” w postać i muszę pilnować, by wrócić do
świata rzeczywistego po skończeniu powieści.
„W imię miłości”, najnowsza Pani powieść ukaże się niebawem,
14 sierpnia. Czy jej bohaterka – Ania Kraska ma odzwierciedlenie w rzeczywistej
postaci?
Nie. Ania powstała z
moich rozmyślań, jak w skrajnie trudnej, wręcz rozpaczliwej sytuacji
poradziłoby sobie dziecko. Czy tak jak dorosły załamałoby się, czy…? No
właśnie. Tak jak napisałam w powieści: dziecko nie wie, że może pozwolić sobie
na załamanie i depresję. Ono będzie walczyło o życie ukochanej matki i własne
przetrwanie. Dzieci są dużo silniejsze niż my, ale… nie chciałabym tego
sprawdzać na własnych pociechach.
Czy lubi Pani swoich bohaterów, czytałam, że traktuje Pani
swoje książki, jak dzieci… Czy do każdego tytułu ma Pani tyle samo sentymentu i
ciepła?
Bohaterów przeważnie
lubię – widać podczas lektury, którego obdarzyłam sympatią, którego nie. Są
tacy, których nie da się po prostu lubić – taka jest na przykład Lena
Jabłonowska. Ale już moje książki lubię wszystkie. Każdą darzę sentymentem.
Każdej oddałam kawałek mojej duszy, dużo myśli, umiejętności, wiedzy i tyle
czasu, ile jej było potrzeba. Niemal każda wyczerpała mnie emocjonalnie, ale… ja rzeczywiście to kocham. A gdy
oddaję książkę do rąk Czytelników jest to piękna chwila. Niemal jak narodziny
dziecka.
Jaka prywatnie jest Katarzyna Michalak, jako matka dwóch
mężczyzn, jednego małego i drugiego już całkiem sporego?
Na pewno
zorganizowana i zdyscyplinowana. Połączenie macierzyństwa z pracą twórczą nie
jest łatwe, bo dzieci będą zawsze ważniejsze. Jednak dzięki pomocy rodziców,
którzy opiekują się podczas dnia młodszym synkiem jakoś sobie radzę. Dom jest
zadbany, książka napisana, a dzieci wychowane.
Od której książki Pani autorstwa poleciłaby Pani zacząć
przygodę z Pani twórczością?
Zależy, co kto lubi.
Komu innemu poleciłabym „Mistrza”, komu innemu „Grę o Ferrin”, a komu innemu
którąś z opowieści owocowo - kokardkowych. Każda jest inna, w każdej stworzyłam
odrębny świat z bohaterami, którzy istnieją właśnie w nim. Trudno powiedzieć,
która książka byłaby dobra na początek…
Mam jeszcze jedno, ostatnie pytanie, o czym marzy Katarzyna
Michalak?
Tu chyba zaskoczę
Czytelników, bo zawsze odpowiadałam, że o ekranizacji którejś z moich książek,
tymczasem ostatnio marzy mi się piękny, różany ogród, otoczony omszonym murem,
nieco dziki, tajemniczy. Będę w nim hodować róże, rododendrony, konwalie i
niezapominajki i… pisać, pisać, pisać...
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Ja dziękuję za
ciekawe pytania i pozdrawiam Czytelników Twojego bloga najserdeczniej.
Konkurs:
Zabawa rozpoczyna się dzisiaj, 13 sierpnia i potrwa do 24 sierpnia, do soboty, do godziny 24:00. Zwycięzcy zostaną wyłonieni w ciągu trzech dni. W zabawie mogą brać udział wszyscy, którzy mieszkają na terenie Polski. Organizatorem konkursu jestem ja, nagrodę ufundowało Wydawnictwo Literackie, za wszelaką pomoc dziękuję Pani Ani :)
Pytanie, na które należy odpowiedzieć to: Co jest najbardziej urzekające w książkach Katarzyny Michalak?
Czekam na Wasze komentarze, pod tym postem, poproszę też o pozostawienie adresu e-mailowego, ponieważ tylko w ten sposób będę mogła skontaktować się ze zwycięzcą konkursu. Można polubić moją stronę na facebooku, jak też dodać mój blog do obserwowanych, nie jest to wymóg, ale będzie mi bardzo miło :) Dziękuję za uwagę i pozdrawiam serdecznie!
Czekam na Wasze komentarze, pod tym postem, poproszę też o pozostawienie adresu e-mailowego, ponieważ tylko w ten sposób będę mogła skontaktować się ze zwycięzcą konkursu. Można polubić moją stronę na facebooku, jak też dodać mój blog do obserwowanych, nie jest to wymóg, ale będzie mi bardzo miło :) Dziękuję za uwagę i pozdrawiam serdecznie!
Na koniec link do mojej przedpremierowej recenzji "W imię miłości": http://asymaka.blogspot.com/2013/07/w-imie-miosci-katarzyna-michalak.html
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Wywiad z Magdaleną Witkiewicz przy okazji premiery książki dla dzieci "Lilka i spółka"
„Zawsze mam wrażenie,
że za mało czasu spędzam z dziećmi, że ten czas nie jest w pełni
wykorzystywany. Ale staram się.” wywiad z Magdaleną Witkiewicz.
Magdalena Witkiewicz jest pisarką
wszechstronną, potrafi w cudowny, niebanalny sposób pisać o miłości, o
przygodach dzieci w wesoły, pełen optymizmu, ponadto tworzy przezabawne
wierszyki dla dzieci. Jest matką, żoną, pisze blog, zajmuje się założoną wraz
ze wspólnikiem firmą marketingową „Efekt motyla”, prowadzi szkolenia, rozmawia
z czytelnikami, pisze książki, opowiadania, ma masę pomysłów i każdego dnia
milion spraw na głowie. W tym wszystkim pozostaje po prostu sobą i ponad
wszystko kocha dwóch małych członków swojej rodziny. Dzieci są dla niej tym, co
najważniejsze, to one są sensem jej życia. Starsza, sześcioletnia Lilianna i
młodszy, trzyletni Mateusz, nazywany tak samo jak bohater „Lilki i spółki”-
Matewką.
Zapraszam na rozmowę z autorką, która zgodziła się
odpowiedzieć na kilka moich pytań…
Skąd wziął się pomysł napisania
książeczki dla dzieci?
Nie pamiętam dokładnie, jak to było… Ale pamiętam, że zaczęłam pisać tę
książkę w Amalce. Już dość dawno temu. Potem długo leżało te kilkanaście stron,
niedokończonych. W międzyczasie były inne książki i dopiero, gdy podpisałam
umowę z Naszą Księgarnią na Balladę o ciotce Matyldzie, zapytałam czy są
zainteresowani książeczką dla dzieci. No i na szczęście byli!
A bohaterowie, czy pierwowzorem postaci
są Twoje dzieci?
Imiona mają po dzieciach. I na pewno niektóre cechy charakteru również.
A na pewno tak bardzo je kocham, jak kochała je ich mama. Nawet nie wiem, czy
bym wypuściła je na tak długo do jakiejkolwiek ciotki… Chyba nie…
Piszesz w tak zabawny sposób, musisz być niesamowicie
radosną osobą, taką optymistycznie nastawioną do świata i ludzi…
Staram się śmiać się
z problemów i niepowodzeń. Wychodzę z założenia, że „po nocy przychodzi dzień,
a po burzy spokój”. Staram się tego trzymać, co nie znaczy, że czasem jest mi
ciężko. Płaczę też czasem. Ale większość problemów da się rozwiązać. Jak nie
samemu to z pomocą przyjaciół.
Czy ciężko było wcielić się w rolę dziecka? Pisać jak
dziecko, myśleć, jak ono? Patrzeć na świat jego oczami?
Przecież ja tak
niedawno byłam dzieckiem!:) Ale tak na
poważnie, znam dzieci, wiem jak mogą myśleć, mimo iż często mnie zaskakują. Nie
było ciężko. Bardzo miło pisało mi się tę książkę.
Czy ciotka Jadźka, co „ma pypeć na nosie” jest postacią
realną? Czy naprawdę istnieje ktoś taki?
Nie ma. To
kwintesencja współczesnej Baby Jagi – postrzeganej przez dzieci. Należy jednak
pamiętać iż każda Baba Jaga może mieć dobre cechy.
Piszesz, że dzieci mieszkają w Gdańsku? Chyba łatwiej jest
opisywać miejsca, które się zna, polskie realia?
Tak. Nie potrafiłabym
chyba napisać o miejscu, w którym nie byłam. Chociaż w dobie Internetu i
dokładnego odwzorowania na Google Maps każdej uliczki – można wirtualnie
pospacerować w Paryżu. To pomaga.
Która postać z „Lilki i spółki” podoba Ci się najbardziej? A
może uwielbiasz wszystkich swoich bohaterów?
Uwielbiam wszystkich
bohaterów. Ja jestem trochę w mamie dzieci, trochę w ciotce France…
Jaka mamą jest Magdalena Witkiewicz? Czy masz czas dla
swoich pociech? Czy uczą Cię czegoś? Czy potrafisz być surowa?
Bycie mamą to jeden
wielki wyrzut sumienia. Gdzieś tak przeczytałam. Bo zawsze mam wrażenie, że za
mało czasu spędzam z dziećmi, że ten czas nie jest w pełni wykorzystywany. Ale
staram się. Dlatego w tym roku jedziemy na długie wakacje. Gdzie? Do Amalki
oczywiście. Będę musiała nieco popracować, ale czas dla dzieci również się
znajdzie.
Czy lubisz zwierzęta, masz
jakieś w domu?
Lubię zwierzęta. Mam kota. Puszysława Witkiewicza. Niesamowity
zwierzak! Taki niwelator złej, napiętej atmosfery domowej.
Jaka jest Twoim zdaniem recepta
na szczęście?
Nie ma recepty. Po prostu trzeba żyć i się uśmiechać. Być dobrym i
miłym. Czasem to trudne…
Marzysz o czymś szczególnym?
Marzę o szczęściu, zdrowiu dla mnie i mojej rodziny… Marzę, by moje
hobby – pisanie – mogło być kiedyś moją pracą zawodową. By wystarczyło na to
szczęście, które można kupić za pieniądze, na przykład podróże.
Napisz nam w kilku słowach, o
czym jest „Lilka i spółka”.
O trójce dzieci, które przez zwichniętą nogę najstarszej siostry nie
mogły jechać do Amalki. Do ich wymarzonego wakacyjnego miejsca. Musiały
pojechać do ciotki Jadźki do Jastarni. :Lilka i spółka to niemalże kryminał dla
dzieci!
Czy czytałaś ją swoim maluchom?
Konsultowałaś z dziećmi treść książki?
Czytałam ją już po wydaniu. Nie chciały czytać z komputera, czy takiej
na papierze. Musiały być ilustracje.
Czy powstanie kontynuacja tej
przezabawnej historyjki, pełnej ciekawych przygód?
Tak, Nasza Księgarnia wyraziła chęć kontynuacji. Będę rozmawiać o
szczegółach.
Plany na przyszłość… może te związane z książkami? Czy w tym
roku ukaże się jeszcze jakaś Twoja powieść?
W październiku „Zamek
z piasku”, będę też pracować nad serią dla dzieci. Ale o tym ciii…
Dziękuję za rozmowę.
Wywiad już jakiś czas temu przeprowadzony, ale właśnie uświadomiłam sobie, że na blogu go nie było :)
Moim zdaniem to świetna książka dla dzieci i nie tylko. Tutaj moja recenzja "Lilki i spółki": http://asymaka.blogspot.com/2013/05/lilka-i-spoka-magdalena-witkiewicz.html
Tak będzie wyglądała okładka nowej książki Magdy:I na koniec jeszcze Szkoła żon:
Na ostatnim zdjęciu okładka Szkoły żon, z fragmentem mojej recenzji. Całość tutaj: http://asymaka.blogspot.com/2013/03/przed-premiera-szkoa-zon-magdalena.html
Spotkania wczorajsze. Moje opowiadanie w tomiku wydanym przez pisarkę Magdalenę Kordel.
Na blogu Magdy Kordel: http://magdalenakordel.blogspot.com/ wzięłam udział w zabawie, Magda zbiera opowiadania i wydaje je dla osób, które mają ochotę napisać kilka słów do tomiku. Wszystko odbyło się już po raz drugi, pierwszy raz pisaliśmy swoje opowieści na Święta Bożego Narodzenia.Tym razem wydane zostały "Spotkania wczorajsze".
Zapraszam, oto moje opowiadanie:
TOTAM CIĘ, MAMO!
Wczoraj spotkałam moją dawną koleżankę jeszcze z czasów szkoły podstawowej, a to przypadkowe, nieplanowane zupełnie nasze zetknięcie się ze sobą wywołało lawinę wspomnień. Zaczęło do mnie nie po raz pierwszy ostatnimi czasy docierać, że moje życie leci jak szalone. Biegnie do przodu, pędzi wręcz, nie pytając mnie o zdanie, czy chcę, czy mogę, czy mam ochotę w tym wszystkim uczestniczyć? Jakby działo się to wszystko poza mną, bez mojego udziału, choć to ja przecież jestem jego główną bohaterką!
Czy o tym marzyłam, czy tak planowałam spędzić te kilkanaście lat, jakie dzieliły mnie od ukończenia „podstawówki” do owego momentu, do chwili, gdy stałam tu, na środku ulicy i zastanawiałam się, co stało się z tą wiecznie uśmiechniętą, szaloną, śmiałą, wesołą, przebojową dziewczyną? Kiedy to wszystko uległo zmianie, jak do tego doszło? Miałam ogromne, dalekosiężne plany, tyle chciałam osiągnąć, zostać kimś… Byłam największą przeciwniczką dzieci, szczególnie tych całkiem małych, różowych bobasków, którymi wszyscy się tak zachwycają, do których przemawiają zdrabniając wszelkie słowa, sepleniąc niejednokrotnie. Nie chciałam mieć dzieci, męża, domu z ogródkiem, aż do momentu, gdy pojawił się w moim życiu ON.
ON miał na imię Mateusz, był jasnowłosym, uśmiechniętym młodym mężczyzną. Szczupły, ale umięśniony, wysoki, schludnie ubrany, wesoły, miał mi tyle do powiedzenia! Stale spoglądał w moją stronę, nie wprost, lecz ukradkowo mnie obserwując. Początkowo nie byłam nim jakoś szczególnie zainteresowana czy zachwycona, nie lubiłam "chłopaków", nie w takim sensie, jak można by myśleć, nie zwracałam na nich uwagi, nie kokietowałam. Nie zauważałam tak naprawdę różnicy między przyjaźnią z chłopcem a z dziewczyną. Miałam wielu znajomych obojga płci i było mi z tym bardzo dobrze, ale bałam się bliższych kontaktów damsko-męskich, nie byłam do nich przekonana. Uważałam, że na wszystko przyjdzie pora, że nie ma się co spieszyć, nie mogłam też słuchać intymnych opowieści koleżanek czy jeszcze gorzej, kolegów. Ci ostatni tak naśmiewali się z „łatwych” panienek, tak szczegółowo omawiali wszelkie chwile zapomnienia i namiętności chwilowej, że zdecydowanie chciałam się od tego odgrodzić, bo ja to tylko z miłości… tylko i wyłącznie…
Mateusza poznałam w dość dziwnych okolicznościach. Znałam już od kilku lat jego kuzynkę Dominikę, młodszego brata Marcina i młodszą siostrę Paulinę. On nigdy nie przyjeżdżał wraz z nimi, pojawił się dopiero na pogrzebie dziadka. Nie była to wymarzona sytuacja do poznania tego jedynego, zresztą, jak już wspominałam, nie zwróciłam na niego większej uwagi. Owszem, pomyślałam, że jest przystojny, podobny był zresztą do młodszego brata, czy też raczej brat przypominał jego.
Wyszłam wraz z Dominiką przed budynek restauracji, w której odbywała się stypa, by odetchnąć świeżym powietrzem, w środku atmosfera była ciężka i smutna, jak to przy ostatnim pożegnaniu bywa. Wspominano cudownego, niesamowicie dobrego i ciepłego człowieka, który i mi zastępował dziadka, swojego nigdy nie poznałam. Może to dlatego tak lgnęłam do tej rodziny? Mama często wypominała mi, że spędzam tam więcej czasu, niż we własnym domu, ale było w tym wiele racji, kiedy tylko nadarzała się okazja jechałam do babci. Po prostu wsiadałam w autobus i już po godzinie byłam na miejscu. Drugiej takiej osoby jak mama mojej mamy, tak żywiołowej, tak życzliwej jak ona nie znałam. Była charyzmatyczna, wszystko musiało być tak, jak ona zarządziła, jak sobie zaplanowała, ale kochałam ją całym sercem. Nigdy nie gniewała się na mnie, kiedy wybiegałam do Dominiki, nawet jeżeli wracałam od niej bardzo późno. Na wsi czas płynął zupełnie inaczej, nie było tam laptopów, nikt nie słyszał wtedy o telefonach komórkowych, o mp4, o tabletach, o wi-fi, czy czym tam jeszcze żyje dzisiejsza młodzież. My uwielbialiśmy spędzać czas na świeżym powietrzu, przebywać w swoim własnym towarzystwie, rozmawiać na żywo, nie przez facebooka, naszą klasę, czy inne cuda. Kochałam lasy, łąki, otwartą przestrzeń, dziś zagrodzoną, dzisiaj niedostępną, z wielkimi literami straszącymi wszystkich, że teren prywatny, że wstęp wzbroniony! Kiedyś nie do pomyślenia! Wówczas w letnich, zwiewnych sukienkach biegałyśmy po polanach, zbierając najpiękniejsze polne kwiatki, robiąc z nich kolorowe, barwne, pachnące wianki, które zakładałyśmy sobie na głowę niczym koronę, wyglądałyśmy jak leśne nimfy. Wszystkie miałyśmy długie włosy, zaplecione w piękne, grube warkocze. Na źdźbło trawy nakładałyśmy poziomki, robiłyśmy sobie z nich korale, aromatyczne, piękne, smakowite. Różowe, małe owoce, pamiętam ich zapach, pamiętam ich smak, nawet dzisiaj po tylu latach, wystarczy, że zamknę oczy…
Wtedy miałam wybujałą wyobraźnię, wtedy układałam najpiękniejsze, najbardziej romantyczne historie miłosne, z tym, że czysto platoniczne. Moi bohaterowie nie zniżali się do jakichkolwiek namiętności, oni byli ponad to, potrafili wyznawać sobie miłość tak pięknie.
- Mój kuzyn, Mateusz. Majka?
Ktoś coś do mnie mówi? Na łące leżę przecież, słoneczko mnie ogrzewa, a ja marzę…
- Maja… - otwieram leniwie oczy, w pierwszym momencie nie wiem, gdzie jestem. Poznaję Dominikę, a obok stoi ON.
- Mateusz - chłopak uśmiecha się. Wyciąga rękę w moją stronę.
- Majka. Ach, Mateusz! Brat Marcina i Pauli. Miło mi poznać. Przykro mi jednak z powodu dziadka, bardzo lubiłam go… - miotam się, jak ćma lecąca do światła, w stronę rychłej zguby…
- Była ulubienicą naszego dziadka, Mat, mówię ci! Zresztą, kto nie lubi Majki? Jej nie da się nie pokochać!
- Taaaak – usta młodego mężczyzny potwierdzają słowa Dominiki. Jacy oni wszyscy są do siebie podobni, cała czwórka, jak rodzeństwo. Ja nie mam nawet kuzynki, babcia urodziła tylko moją mamę, dziadek zmarł jeszcze w czasie II wojny światowej, ukrywał wtedy Żydów i któryś z życzliwych inaczej sąsiadów wydał go, nie zważając na losy dwóch rodzin. Babci udało skryć się w schowku pod podłogą, wraz z dwuletnią wówczas moją mamą, obie słyszały krzyki po niemiecku, strzelaninę, „RAUS!” prześladowało moją rodzicielkę przez długie jeszcze lata. Ani dziadek, ani żydowska rodzina, którą ukrywali moi dziadkowie nie przeżyli. One uciekły pod osłoną nocy i osiedliły się w obecnym miejscu, we wsi spokojnej, wśród ludzi życzliwych naprawdę. Wdowie z maleńkim dzieckiem każdy chciał pomóc. Babcia musiała bardzo kochać dziadka, ponieważ nigdy już nawet nie spojrzała na innego mężczyznę. Zresztą to były inne czasy.
- Ziemia do Majki! Co z tobą, jeszcze Mateusz pomyśli, że ci odbija! – śmieje się Dominika, chowając za ucho kosmyk rudych włosów. Uwielbiam ten piękny odcień, szczególnie w momencie, gdy odbijają się w nim promienie słońca. Zazdroszczę przyjaciółce niespotykanego koloru, tego, że jest taka unikatowa, niebanalna. Ja jestem taką zwyczajną blondynką, mam proste, długie włosy, niebieskie oczy, nie jestem wysoka, ani szczególnie ładna. Przynajmniej w tamtym momencie tak o sobie myślałam. Pewność siebie przyszła dużo później, za sprawą Mateusza, ale nie tylko.
- Może i jej odbija… Tak się w ciebie wpatruje, że można by pomyśleć, że się zakochała! – podchodzi do nas Marcin, jak zawsze bezpośredni, szczery aż do bólu.
- Może… - i Dominika przygląda mi się jakoś uważniej, mruży oczy.
- Nie byłoby to takie głupie, bylibyśmy rodziną! – śmieję się w głos – Wybacz jednak, Mateuszu, nie interesują mnie faceci kompletnie! – kręcę głową najmocniej jak tylko potrafię.
- To prawda, Mat, jesteśmy bez szans – Marcin udaje zasmuconego tym faktem.
- Jak pozna kogoś odpowiedniego, na pewno jej się odmieni – słychać w głosie Mateusza smutek. Wkrótce okazało się, że niedawno zerwał z dziewczyną, początkowo rozmawialiśmy tylko i wyłącznie o nich. Nie przyjeżdżał tu na wakacje, ponieważ ten czas spędzał u ojca w Stanach, do których wyprowadził się wraz z nową rodziną tata Mateusza. Marcin i Paulina byli dziećmi z drugiego małżeństwa ich mamy. Zmarły dziadek nie był tak naprawdę ojcem jego ojca, ale to nie miało dla nich znaczenia, widywali się czasami i bardzo lubili.
- Dlaczego się rozstaliście? – pytam, zupełnie nie myśląc o tym, jak wścibsko się zachowuję.
- Zwyczajnie, spotykała się nie tylko ze mną, wiesz, działała na dwóch frontach, czasem nawet na trzech.
- Naprawdę? Dla mnie to kompletny kosmos, nie do uwierzenia…
- To życie, nie kosmos, ale ty w ogóle zdajesz się być nie z tego świata. Maja, a gdzie studiujesz?
- W Poznaniu…jestem na moim wymarzonym kierunku.
- Zdradź tę wielką tajemnicę?
- To żaden sekret, chciałabym być prawnikiem, bronić ludzi… słabszych ode mnie.
- Sama zdajesz się być taka krucha. – Mateusz uważnie mi się przygląda, patrzy mi prosto w oczy. Boję się tego spojrzenia, uciekam szybko wzrokiem. Nie potrzebuję teraz komplikacji, ale cała drżę. Co to znaczy?
- Wiesz… to tylko pozory, jestem silna psychicznie, wewnętrznie. Zahartowana.
- Ech, naprawdę? – widać, że wątpi w moje słowa! Nie chce mi się tego tłumaczyć. Nie tutaj i nie teraz. Niech sobie myśli, co chce. – Może spotkamy się w Poznaniu?
- Może. Muszę już iść.
Zapomniałam o nim na jakiś czas, wypytywał Dominikę o mnie wielokrotnie, ale nie chciałam się z nim spotykać. Uraził mnie tym, że potraktował mnie z góry, zranił, mówiąc, że nie wiem nic o życiu, bo jestem młoda, niedoświadczona. Szybko jednak okazało się, iż to nie on, lecz ja nie miałam racji.
Wpadliśmy na siebie pod uczelnią, robił reportaż o studentach prawa. Tak, udało mi się, kończyłam właśnie studia. On pracował już od kilku lat, rodzina była z niego bardzo dumna. Nadal nie w głowie byli mi mężczyźni, nie po tym, jak co wieczór, od najmłodszych lat przysłuchiwałam się awanturom za ścianą. Mieszkała tam wraz z mamą i despotycznym ojcem jedna z moich koleżanek, właśnie ta, którą spotkałam ostatnio na ulicy.
Z Mateuszem na początku wszystko było bardzo ostrożne, takie delikatne, jak muśnięcie motyla. Bałam się bardzo, tego, jak moje serce próbowało wyskoczyć z piersi na jego widok, jak mogłam gapić się na niego godzinami, nie zdając sobie z tego sprawy, że to robię. Pokochałam go, a on pokochał mnie. Tak po prostu… całym sercem.
Na pytanie koleżanki, co u mnie, odpowiedziałam wczoraj z wielką dumą:
- Jestem mamą. Skończyłam studia, ale nigdy nie pracowałam. Pomagam skrzywdzonym kobietom w fundacji na zasadzie wolontariatu, lecz najważniejsze na świecie są dla mnie moje dzieci. To dzięki nim wstaję rano z łóżka uśmiechnięta, to dzięki nim chce mi się żyć. Jestem dumna z moich ukochanych szkrabów. Płaczę ze szczęścia, kiedy ukochane maleńkie rączki upaćkane czekoladką przytulają mnie, a słodkie, nie do końca czyste usteczka maleńkie całują mnie i mówią: Totam cię, mamo. Jestem mamą. – kończę z przekonaniem.
Zapraszam, oto moje opowiadanie:
TOTAM CIĘ, MAMO!
Wczoraj spotkałam moją dawną koleżankę jeszcze z czasów szkoły podstawowej, a to przypadkowe, nieplanowane zupełnie nasze zetknięcie się ze sobą wywołało lawinę wspomnień. Zaczęło do mnie nie po raz pierwszy ostatnimi czasy docierać, że moje życie leci jak szalone. Biegnie do przodu, pędzi wręcz, nie pytając mnie o zdanie, czy chcę, czy mogę, czy mam ochotę w tym wszystkim uczestniczyć? Jakby działo się to wszystko poza mną, bez mojego udziału, choć to ja przecież jestem jego główną bohaterką!
Czy o tym marzyłam, czy tak planowałam spędzić te kilkanaście lat, jakie dzieliły mnie od ukończenia „podstawówki” do owego momentu, do chwili, gdy stałam tu, na środku ulicy i zastanawiałam się, co stało się z tą wiecznie uśmiechniętą, szaloną, śmiałą, wesołą, przebojową dziewczyną? Kiedy to wszystko uległo zmianie, jak do tego doszło? Miałam ogromne, dalekosiężne plany, tyle chciałam osiągnąć, zostać kimś… Byłam największą przeciwniczką dzieci, szczególnie tych całkiem małych, różowych bobasków, którymi wszyscy się tak zachwycają, do których przemawiają zdrabniając wszelkie słowa, sepleniąc niejednokrotnie. Nie chciałam mieć dzieci, męża, domu z ogródkiem, aż do momentu, gdy pojawił się w moim życiu ON.
ON miał na imię Mateusz, był jasnowłosym, uśmiechniętym młodym mężczyzną. Szczupły, ale umięśniony, wysoki, schludnie ubrany, wesoły, miał mi tyle do powiedzenia! Stale spoglądał w moją stronę, nie wprost, lecz ukradkowo mnie obserwując. Początkowo nie byłam nim jakoś szczególnie zainteresowana czy zachwycona, nie lubiłam "chłopaków", nie w takim sensie, jak można by myśleć, nie zwracałam na nich uwagi, nie kokietowałam. Nie zauważałam tak naprawdę różnicy między przyjaźnią z chłopcem a z dziewczyną. Miałam wielu znajomych obojga płci i było mi z tym bardzo dobrze, ale bałam się bliższych kontaktów damsko-męskich, nie byłam do nich przekonana. Uważałam, że na wszystko przyjdzie pora, że nie ma się co spieszyć, nie mogłam też słuchać intymnych opowieści koleżanek czy jeszcze gorzej, kolegów. Ci ostatni tak naśmiewali się z „łatwych” panienek, tak szczegółowo omawiali wszelkie chwile zapomnienia i namiętności chwilowej, że zdecydowanie chciałam się od tego odgrodzić, bo ja to tylko z miłości… tylko i wyłącznie…
Mateusza poznałam w dość dziwnych okolicznościach. Znałam już od kilku lat jego kuzynkę Dominikę, młodszego brata Marcina i młodszą siostrę Paulinę. On nigdy nie przyjeżdżał wraz z nimi, pojawił się dopiero na pogrzebie dziadka. Nie była to wymarzona sytuacja do poznania tego jedynego, zresztą, jak już wspominałam, nie zwróciłam na niego większej uwagi. Owszem, pomyślałam, że jest przystojny, podobny był zresztą do młodszego brata, czy też raczej brat przypominał jego.
Wyszłam wraz z Dominiką przed budynek restauracji, w której odbywała się stypa, by odetchnąć świeżym powietrzem, w środku atmosfera była ciężka i smutna, jak to przy ostatnim pożegnaniu bywa. Wspominano cudownego, niesamowicie dobrego i ciepłego człowieka, który i mi zastępował dziadka, swojego nigdy nie poznałam. Może to dlatego tak lgnęłam do tej rodziny? Mama często wypominała mi, że spędzam tam więcej czasu, niż we własnym domu, ale było w tym wiele racji, kiedy tylko nadarzała się okazja jechałam do babci. Po prostu wsiadałam w autobus i już po godzinie byłam na miejscu. Drugiej takiej osoby jak mama mojej mamy, tak żywiołowej, tak życzliwej jak ona nie znałam. Była charyzmatyczna, wszystko musiało być tak, jak ona zarządziła, jak sobie zaplanowała, ale kochałam ją całym sercem. Nigdy nie gniewała się na mnie, kiedy wybiegałam do Dominiki, nawet jeżeli wracałam od niej bardzo późno. Na wsi czas płynął zupełnie inaczej, nie było tam laptopów, nikt nie słyszał wtedy o telefonach komórkowych, o mp4, o tabletach, o wi-fi, czy czym tam jeszcze żyje dzisiejsza młodzież. My uwielbialiśmy spędzać czas na świeżym powietrzu, przebywać w swoim własnym towarzystwie, rozmawiać na żywo, nie przez facebooka, naszą klasę, czy inne cuda. Kochałam lasy, łąki, otwartą przestrzeń, dziś zagrodzoną, dzisiaj niedostępną, z wielkimi literami straszącymi wszystkich, że teren prywatny, że wstęp wzbroniony! Kiedyś nie do pomyślenia! Wówczas w letnich, zwiewnych sukienkach biegałyśmy po polanach, zbierając najpiękniejsze polne kwiatki, robiąc z nich kolorowe, barwne, pachnące wianki, które zakładałyśmy sobie na głowę niczym koronę, wyglądałyśmy jak leśne nimfy. Wszystkie miałyśmy długie włosy, zaplecione w piękne, grube warkocze. Na źdźbło trawy nakładałyśmy poziomki, robiłyśmy sobie z nich korale, aromatyczne, piękne, smakowite. Różowe, małe owoce, pamiętam ich zapach, pamiętam ich smak, nawet dzisiaj po tylu latach, wystarczy, że zamknę oczy…
Wtedy miałam wybujałą wyobraźnię, wtedy układałam najpiękniejsze, najbardziej romantyczne historie miłosne, z tym, że czysto platoniczne. Moi bohaterowie nie zniżali się do jakichkolwiek namiętności, oni byli ponad to, potrafili wyznawać sobie miłość tak pięknie.
- Mój kuzyn, Mateusz. Majka?
Ktoś coś do mnie mówi? Na łące leżę przecież, słoneczko mnie ogrzewa, a ja marzę…
- Maja… - otwieram leniwie oczy, w pierwszym momencie nie wiem, gdzie jestem. Poznaję Dominikę, a obok stoi ON.
- Mateusz - chłopak uśmiecha się. Wyciąga rękę w moją stronę.
- Majka. Ach, Mateusz! Brat Marcina i Pauli. Miło mi poznać. Przykro mi jednak z powodu dziadka, bardzo lubiłam go… - miotam się, jak ćma lecąca do światła, w stronę rychłej zguby…
- Była ulubienicą naszego dziadka, Mat, mówię ci! Zresztą, kto nie lubi Majki? Jej nie da się nie pokochać!
- Taaaak – usta młodego mężczyzny potwierdzają słowa Dominiki. Jacy oni wszyscy są do siebie podobni, cała czwórka, jak rodzeństwo. Ja nie mam nawet kuzynki, babcia urodziła tylko moją mamę, dziadek zmarł jeszcze w czasie II wojny światowej, ukrywał wtedy Żydów i któryś z życzliwych inaczej sąsiadów wydał go, nie zważając na losy dwóch rodzin. Babci udało skryć się w schowku pod podłogą, wraz z dwuletnią wówczas moją mamą, obie słyszały krzyki po niemiecku, strzelaninę, „RAUS!” prześladowało moją rodzicielkę przez długie jeszcze lata. Ani dziadek, ani żydowska rodzina, którą ukrywali moi dziadkowie nie przeżyli. One uciekły pod osłoną nocy i osiedliły się w obecnym miejscu, we wsi spokojnej, wśród ludzi życzliwych naprawdę. Wdowie z maleńkim dzieckiem każdy chciał pomóc. Babcia musiała bardzo kochać dziadka, ponieważ nigdy już nawet nie spojrzała na innego mężczyznę. Zresztą to były inne czasy.
- Ziemia do Majki! Co z tobą, jeszcze Mateusz pomyśli, że ci odbija! – śmieje się Dominika, chowając za ucho kosmyk rudych włosów. Uwielbiam ten piękny odcień, szczególnie w momencie, gdy odbijają się w nim promienie słońca. Zazdroszczę przyjaciółce niespotykanego koloru, tego, że jest taka unikatowa, niebanalna. Ja jestem taką zwyczajną blondynką, mam proste, długie włosy, niebieskie oczy, nie jestem wysoka, ani szczególnie ładna. Przynajmniej w tamtym momencie tak o sobie myślałam. Pewność siebie przyszła dużo później, za sprawą Mateusza, ale nie tylko.
- Może i jej odbija… Tak się w ciebie wpatruje, że można by pomyśleć, że się zakochała! – podchodzi do nas Marcin, jak zawsze bezpośredni, szczery aż do bólu.
- Może… - i Dominika przygląda mi się jakoś uważniej, mruży oczy.
- Nie byłoby to takie głupie, bylibyśmy rodziną! – śmieję się w głos – Wybacz jednak, Mateuszu, nie interesują mnie faceci kompletnie! – kręcę głową najmocniej jak tylko potrafię.
- To prawda, Mat, jesteśmy bez szans – Marcin udaje zasmuconego tym faktem.
- Jak pozna kogoś odpowiedniego, na pewno jej się odmieni – słychać w głosie Mateusza smutek. Wkrótce okazało się, że niedawno zerwał z dziewczyną, początkowo rozmawialiśmy tylko i wyłącznie o nich. Nie przyjeżdżał tu na wakacje, ponieważ ten czas spędzał u ojca w Stanach, do których wyprowadził się wraz z nową rodziną tata Mateusza. Marcin i Paulina byli dziećmi z drugiego małżeństwa ich mamy. Zmarły dziadek nie był tak naprawdę ojcem jego ojca, ale to nie miało dla nich znaczenia, widywali się czasami i bardzo lubili.
- Dlaczego się rozstaliście? – pytam, zupełnie nie myśląc o tym, jak wścibsko się zachowuję.
- Zwyczajnie, spotykała się nie tylko ze mną, wiesz, działała na dwóch frontach, czasem nawet na trzech.
- Naprawdę? Dla mnie to kompletny kosmos, nie do uwierzenia…
- To życie, nie kosmos, ale ty w ogóle zdajesz się być nie z tego świata. Maja, a gdzie studiujesz?
- W Poznaniu…jestem na moim wymarzonym kierunku.
- Zdradź tę wielką tajemnicę?
- To żaden sekret, chciałabym być prawnikiem, bronić ludzi… słabszych ode mnie.
- Sama zdajesz się być taka krucha. – Mateusz uważnie mi się przygląda, patrzy mi prosto w oczy. Boję się tego spojrzenia, uciekam szybko wzrokiem. Nie potrzebuję teraz komplikacji, ale cała drżę. Co to znaczy?
- Wiesz… to tylko pozory, jestem silna psychicznie, wewnętrznie. Zahartowana.
- Ech, naprawdę? – widać, że wątpi w moje słowa! Nie chce mi się tego tłumaczyć. Nie tutaj i nie teraz. Niech sobie myśli, co chce. – Może spotkamy się w Poznaniu?
- Może. Muszę już iść.
Zapomniałam o nim na jakiś czas, wypytywał Dominikę o mnie wielokrotnie, ale nie chciałam się z nim spotykać. Uraził mnie tym, że potraktował mnie z góry, zranił, mówiąc, że nie wiem nic o życiu, bo jestem młoda, niedoświadczona. Szybko jednak okazało się, iż to nie on, lecz ja nie miałam racji.
Wpadliśmy na siebie pod uczelnią, robił reportaż o studentach prawa. Tak, udało mi się, kończyłam właśnie studia. On pracował już od kilku lat, rodzina była z niego bardzo dumna. Nadal nie w głowie byli mi mężczyźni, nie po tym, jak co wieczór, od najmłodszych lat przysłuchiwałam się awanturom za ścianą. Mieszkała tam wraz z mamą i despotycznym ojcem jedna z moich koleżanek, właśnie ta, którą spotkałam ostatnio na ulicy.
Z Mateuszem na początku wszystko było bardzo ostrożne, takie delikatne, jak muśnięcie motyla. Bałam się bardzo, tego, jak moje serce próbowało wyskoczyć z piersi na jego widok, jak mogłam gapić się na niego godzinami, nie zdając sobie z tego sprawy, że to robię. Pokochałam go, a on pokochał mnie. Tak po prostu… całym sercem.
Na pytanie koleżanki, co u mnie, odpowiedziałam wczoraj z wielką dumą:
- Jestem mamą. Skończyłam studia, ale nigdy nie pracowałam. Pomagam skrzywdzonym kobietom w fundacji na zasadzie wolontariatu, lecz najważniejsze na świecie są dla mnie moje dzieci. To dzięki nim wstaję rano z łóżka uśmiechnięta, to dzięki nim chce mi się żyć. Jestem dumna z moich ukochanych szkrabów. Płaczę ze szczęścia, kiedy ukochane maleńkie rączki upaćkane czekoladką przytulają mnie, a słodkie, nie do końca czyste usteczka maleńkie całują mnie i mówią: Totam cię, mamo. Jestem mamą. – kończę z przekonaniem.
niedziela, 11 sierpnia 2013
Wywiad z Kasią Bulicz-Kasprzak i konkurs, z egzemplarzem premierowej "Nalewki zapomnienia..." do wygrania!
„Czytelnik jest
najważniejszy. Pisząc, zawsze myślę o osobach, które będą czytały moją książkę.”
Kasia Bulicz-Kasprzak wywiad
Kasia Bulicz-Kasprzak ma za sobą jak dotąd jeden tytuł.
Zadebiutowała w roku 2012 za sprawą konkursu literackiego organizowanego przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, wygrała go. Nie dziwi to jednak, ponieważ już od pierwszych
stron powieści „Nie licząc kota, czyli kolejna historia miłosna”, po prostu
znakomicie bawimy się z tą lekturą. W związku z tym, że 14 sierpnia pojawi się
druga książka Kasi zatytułowana „Nalewka zapomnienia, czyli bajka dla nieco
starszych dziewczynek”, postanowiłam przybliżyć jej osobę szerszemu gronu
czytelników. Autorka zgodziła się odpowiedzieć na kilka moich pytań.
Kasiu, pierwsze pytanie, jakie ciśnie mi się na usta, to:
Dlaczego nie zadebiutowałaś wcześniej? Twoja książka „Nie licząc kota…” to
rewelacyjna powieść, jest zabawnie, ciekawie, inaczej, nie ma oklepanych
tematów, nudy, wymuszenia. Po prostu nie mogę doczekać się kolejnej książki! A
wracając do pytania, czy pisałaś od dziecka, czy ta pasja obudziła się w Tobie
dopiero niedawno? Jak to było z tym Twoim pisaniem? Zgłosiłaś się do konkursu
sama, czy ktoś ci to podpowiedział?
Książki były moją
pasją od zawsze. Czytam nałogowo. Książki to moje hobby. Interesuje mnie
historia literatury i badania literackie, sięgam po biografie pisarzy. Jednak
do momentu ogłoszenia konkursu przez Wydawnictwo Nasza Księgarnia, nie myślałam
o pisaniu. To był taki moment zwrotny. Przeczytałam o konkursie i nagle
zapragnęłam napisać książkę. Pewnie dlatego, że byłam gotowa, wewnętrznie
dojrzałam do pisania. Jednak nie wiem, czy by mi się to udało, gdyby nie
wsparcie mojego męża i mamy. Wzmacniali mnie i bardzo pomogli organizacyjnie,
bo zabrałam się za pisanie dosłownie w ostatniej chwili i miałam mało czasu.
Teraz znacznie lepiej sobie wszystko planuję. Jestem poukładana i pracuję
regularnie.
Skąd pomysł na tytuły, i jeden, i drugi powoduje uśmiech na
twarzy, jest co prawda dosyć długi, ale też wesoły, zabawny?
Tytuł "Nie
licząc kota" powstał prawie na samym początku pisania. Jedną z moich
ulubionych książek jest "Trzech panów w łódce, nie licząc psa".
Postanowiłam nawiązać do tego tytułu, zresztą nie ja pierwsza, wcześniej
zrobiła tak Connie Willis. W drugiej części tytułu szczerze informuję
czytelnika, że jest to książka o miłości. I że nie jest pierwszą taką historią,
podobne już na pewno kiedyś czytał.
Z drugą książką
było trudniej. Tytuł powstał dopiero, kiedy powieść była już gotowa. Jedną z
moich ulubionych postaci w tej książce jest Pelagia Śliwowa - wiejska zielarka,
specjalizująca się w nalewkach. I tak powstał tytuł. Ponieważ "Nalewka
zapomnienia" nie jest w stu procentach powieścią realistyczną,
postanowiłam ją również opatrzyć podtytułem. Ta mieszanina rzeczywistości z
fantastyką i specyficzne zakończenie sprawiają, że nie można tej książki nazwać
inaczej, niż bajką.
Cieszę się, że
uznałaś tytuły za zabawne. Staram się, żeby w moich książkach były elementy
humorystyczne. Moja ukochana babcia potrafiła na świat patrzeć z przymrużeniem
oka i złe rzeczy obracać w żart. To pomogło jej przetrwać wiele trudnych chwil.
Staram się mieć do siebie taki dystans, jaki ona miała.
O czym opowiada Twoja nowa powieść? Czy podobnie, jak w
pierwszej książce, poznamy kobietę z problemami, z demonami przeszłości?
W obu książkach
podejmuję temat przeszłości, która ma wpływ na człowieka. Bohaterka "Nie
licząc kota" miała trudną młodość - rodzice zostawili ją pod opieką ciotki
i wyjechali za chlebem. Dlatego Asia boi się, że ukochany też ją zostawi.
Podróż do przeszłości pozwala jej uporać się z tym i inaczej spojrzeć na
siebie. Książką "Nie licząc kota" chciałam wyrazić swoje przekonanie,
że każdy ma prawo do miłości.
Doświadczenia
życiowe Jagi są jeszcze bardziej traumatyczne. Dlatego zamyka się ona na
uczucia. "Nalewka zapomnienia" mówi, że samotność i szczęście to
sprawa osobistego wyboru człowieka. Jeśli się otworzymy, zawsze znajdzie się
ktoś, kto zechce się z nami zaprzyjaźnić.
Lubisz bohaterów, których stworzyłaś? Żyjesz ich życiem
podczas pisania? Przywiązujesz się do nich? Którą postać darzysz szczególnym
sentymentem?
Tu jest trochę
tak, jak w życiu - jednych ludzi lubimy, innych nie. To, jakim ktoś jest
człowiekiem w dużym stopniu zależy od tego, co przeżył i ja się właśnie do tych
życiowych doświadczeń odnoszę. Dla mnie za każdą osobą stoi jej opowieść.
Angażuję się w
swoje książki i kiedy piszę jakąś historię, jej bohaterowie stają się dla mnie
bardzo ważni. Dużo o nich myślę.
Obie książki
powstały w narracji pierwszoosobowej. To poważne wyzwanie, bo trzeba uważać,
żeby nie przekroczyć granicy, która dzieli bohatera od autora. Dlatego staram
się dopracować najdrobniejsze szczegóły, nawet takie, których nie ma w
powieści. Zastanawiam się na przykład, jaka pastę do zębów wybrałaby Joasia z
"Nie licząc kota", a jaką Jaga z "Nalewki zapomnienia".
Lubię swoich
bohaterów. Wydaje mi się, że jest to warunek konieczny do tego, żeby polubili
ich również czytelnicy. Oczywiście jedni są mi bardzo bliscy, inni mniej.
Bardzo lubię Dorotę z "Nie licząc kota" i Śliwową z "Nalewki
zapomnienia".
Ciekawym
doświadczeniem była dla mnie rozmowa z czytelniczką, która wychwalała
postać, za którą ja nie przepadam.
Bardzo mnie to ucieszyło, bo oznaczało, że stworzyłam postać, której nie da się
jednoznacznie zinterpretować.
Czy lubisz kontakt z czytelnikiem? Słuchasz tego, co ma do
powiedzenia?
Czytelnik jest
najważniejszy. Pisząc, zawsze myślę o osobach, które będą czytały moją książkę.
Kiedy pisałam "Nie licząc kota" przez cały czas wyobrażałam sobie
młode kobiety, siedzące w kawiarnianym ogródku i rozmawiające o mojej powieści.
Zastanawiałam się, co mają do powiedzenia.
Prawdziwi
czytelnicy okazali się dużo fajniejsi, niż wymyśleni. Nie spodziewałam się
takiej serdeczności i życzliwości. To było zachętą do dalszej pracy, nadało jej
sens.
Sama też jestem
czytelnikiem. Lubię czytać książki, których autorzy mnie szanują. Dlatego z
dużym szacunkiem traktuję swoich czytelników. Nie chodzi tu o to, by schlebiać
gustom, żeby się podobać. Nie ma szans, żeby moje książki spodobały się
wszystkim. Książka to specyficzna rozmowa, w której czytelnik i autor są
równoprawnymi partnerami. Każdy z nich ma prawo do własnych sądów i opinii.
Książka to przestrzeń, w której przemyślenia jednego i drugiego się spotykają i
każdy wychodzi z tego spotkania bogatszy.
A co z krytyką? Pojawiła się jakaś w ogóle? Co myślisz na
ten temat, może być ona budująca, czy raczej niszczy początkującego pisarza?
To, w jaki sposób
krytyka wpływa na człowieka, zależy od jego charakteru. Dla mnie jest bardzo
ważna. Wiedzą to moi najbliżsi i to od nich usłyszałam najwięcej uwag. Krytyka
pozwala dostrzec własne błędy, wyciągnąć wnioski. To jest pewna wartość, na
której można coś budować, czegoś się uczyć. Jest równie ważna jak pochwały,
które wpływają stymulująco i bardzo wzmacniają. "Nie licząc kota"
miało bardzo dużo dobrych recenzji i jestem za nie z całego serca wdzięczna.
Kiedy mam chwilę zwątpienia wracam do tych opinii. Czytam je, analizuję. To
jest dla mnie zawsze potężna dawka pozytywnej energii.
Jaka jest Twoja ulubiona pozycja literacka? Lubisz
polskich, czy może zagranicznych autorów?
Ulubionych książek
mam wiele. Wśród tych najważniejszych są: "Onitsza", "Przeminęło
z wiatrem", "Autostopem przez galaktykę", "Ulica Czarnych
ptaków", "Wodnikowe Wzgórze", "Porwanie Jane E." czy
"Wszystko jest iluminacją".
Najważniejsi dla mnie pisarze to Janusz A. Zajdel, Tomasz Pacyński,
Thomas Berger, Iris Murdoch, Margaret Atwood, Esther Vilar. Od lat wracam do
dramatów Shakespeare'a.
Nie kategoryzuję
autorów na polskich i obcych. Kryterium jest dla mnie to, czy autor ma mi coś
do powiedzenia, czy nie. Inna sprawa, że polska literatura jest dla mnie
szczególnie ważna, bo to właśnie ona podejmuje tematy z naszego podwórka i mówi
o nich w naszym ojczystym języku. Czytam książki polskich pisarzy współczesnych
chętnie i w dużych ilościach. Otwarcie przyznaję, że jestem wielbicielką
polskiej fantastyki, ale nie stronię od kryminału i obyczajówki.
Jak wygląda środowisko pisarzy „od kuchni”, czy jeden
pisarz może przyjaźnić się z drugim?
Pisarze, których
poznałam, to serdeczni, mili ludzie. Zawsze mają coś ciekawego do powiedzenia.
Pisarze nie tylko mogą się przyjaźnić, ale to robią. Ja jestem szczególnie
blisko z Iwoną Grodzką-Górnik, autorką "W niebie na agrafce". Często
do siebie dzwonimy, spotykamy się. Rozmawiamy o dzieciach, mężach i gotowaniu,
czasem o pisaniu. Iwonka to urocza osoba, bardzo miła, wrażliwa, serdeczna. Z
niecierpliwością czekam na jej kolejną książkę.
Wiele
serdeczności okazały mi też inne osoby, zajmujące się pisaniem. Wszystkim
jestem bardzo wdzięczna i wszystkim serdecznie dziękuję.
Przy okazji pytania
o środowisko poruszę inną kwestię. Stan czytelnictwa w Polsce jest zasmucający.
My pisarze to widzimy i walka z tym stanem rzeczy bardzo nas jednoczy, tu nie
może być mowy o osobistych sympatiach, czy antypatiach. Bardzo podoba mi się
zaangażowanie blogerów w popularyzację czytania. Bo przecież książki są częścią
naszej historii i naszej tożsamości.
Kasiu, jaka jesteś prywatnie?
To pytanie
powinno być skierowane do moich bliskich.
Staram się być
dobrym człowiekiem. Ważne są dla mnie małe dobre uczynki. Ludziom się często
wydaje, że coś dobrego musi być spektakularne. Tymczasem wystarczy na przykład
podarować książkę bibliotece. Wierzę, że takie małe dobro posłane w świat
powróci do mnie, kiedy będę go potrzebowała.
Czym zajmujesz się poza pisaniem? Czytałam na Twojej
stronie internetowej: http://pisarkapotencjalna.pl
o tym, że biegasz? Skąd pomysł na tak
aktywne spędzanie czasu?
Poza pisaniem
zajmuje się domem. Dbam o rodzinę. Dużo czytam. Od pięciu lat biegam. To nie
był pomysł, to był przypadek. Mój synek zrobił na zajęciach plastycznych medal,
który był nagrodą w wyścigach samochodzików. To była wtedy jego ulubiona
zabawa. Kiedy medal się zniszczył, poprosił mnie o prawdziwy. Ponieważ jestem
dobrą matką, postanowiłam taki zdobyć i wystartowałam w biegu. To był maraton.
Pokonałam go bardziej wysiłkiem woli niż siłą mięśni. Było warto, ponieważ nie
tylko zdobyłam medal, ale też przekonałam się do biegania. Jest ono dla mnie
bardzo ważne. Mam wtedy czas na poukładanie swoich myśli, wewnętrzne
uspokojenie. Najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy właśnie podczas biegania.
Regularne treningi wprowadziły w moje życie porządek. Nauczyłam się
systematyczności. Łatwiej mi też poradzić sobie ze stresami, jakie przynosi
życie. Zachęcam wszystkich do regularnego uprawiania jakiegoś sportu.
Masz wybujałą wyobraźnię, czy przeszkadza Ci to w życiu
codziennym?
Nie. Moim zdaniem
wyobraźnia pomaga, zwłaszcza w trudnych chwilach. Zawsze, kiedy jest mi źle,
uciekam w świat książek. Sięgam po ulubioną historię i staram się oderwać od
rzeczywistości, odprężyć się. Dzięki czytaniu nabieram dystansu do siebie i
świata. Pisanie również ma moc terapeutyczną. Dlatego zachęcam wszystkich do
sięgania po pióra i pisania.
O czym marzysz?
O niczym
osobistym. Mam takie uniwersalne pragnienie spokoju, stabilizacji,
bezpieczeństwa.
Dziękuję za rozmowę.
KONKURS
W związku z tym, że za dwa dni, 14 sierpnia, we wtorek jest premiera drugiej powieści Kasi zatytułowanej "Nalewka zapomnienia czyli bajka dla nieco starszych dziewczynek" zapraszam do udziału w zabawie. Konkurs rozpoczyna się dzisiaj, 11 sierpnia i potrwa do 18 sierpnia, do godziny 24:00. W zabawie mogą brać udział wszyscy, którzy mieszkają na terenie Polski.
Organizatorem konkursu jestem ja, nagrodę ufundowało wydawnictwo Nasza Księgarnia.
W ciągu trzech dni pojawią się wyniki, ale raczej prędzej niż później, do 21 sierpnia na pewno.
Pytanie, na które odpowiedź należy zostawić pod tym postem to: Jaką książkę lubisz najbardziej?
Czekam na Wasze komentarze, pod tym postem, poproszę też o
pozostawienie adresu e-mailowego, ponieważ tylko w ten sposób będę mogła
skontaktować się ze zwycięzcą konkursu. Można polubić moją stronę na
facebooku, jak też dodać mój blog do obserwowanych, nie jest to wymóg,
ale będzie mi bardzo miło :) Dziękuję za uwagę i pozdrawiam serdecznie!
Zapraszam też do mojej recenzji pierwszej książki Kasi: http://asymaka.blogspot.com/2013/08/nie-liczac-kota-czyli-kolejna-historia.html. piątek, 9 sierpnia 2013
"Misjonarze z Dywanowa czyli Polski Szwejk na misji w Iraku cz. 1 - Pinky, czyli nowicjusz" Władysław Zdanowicz
W wojsku wszystko wydarzyć się może!
Bardzo ucieszyło mnie wprowadzenie autora, w którym napisał on, czego możemy się spodziewać po tej książce. Ostrzeżenie dotyczące wulgarnego języka jest tu moim zdaniem jak najbardziej na miejscu.
"Jeśli więc nie masz osiemnastu lat, masz awersję do takiego rodzaju słownictwa albo jesteś kobietą - choć znam kilka, które posługują się owym językiem w sposób mistrzowski - odłóż książkę na półkę, bo ona nie jest dla ciebie przeznaczona."*
Od razu napiszę, że mój mąż przeczytał ten tytuł jako pierwszy, zaśmiewał się do łez niemalże i być może on opowiedziałby Wam lepiej, o czym jest ta książka. Z wielką chęcią też przeczytałby jej kontynuację.
I mnie bawiły fenomenalne sytuacje, do których dochodziło w wojsku, ale tylko do momentu, gdy myślałam o nich, jako o fikcji literackiej. Niby nic nie powinno mnie dziwić, mieszkam przecież w Mirosławcu, wiele lat na osiedlu wojskowym, tuż obok lotniska, a jednak z wojskowością niewiele mam do czynienia.
Poznajemy tu Leńczyka, który dziwnym trafem nosi identyczne nazwisko jak starszy stopniem wojskowy z innego terenu. Oczywiście, jak to w wojsku bywa ktoś wpada na genialny pomysł, iż warto to wykorzystać. I tak nasz szeregowy Leńczyk, który w tarapaty wpada często i bez żadnego ostrzeżenia, wylatuje do Iraku. Nie ma ku temu odpowiedniego przeszkolenia ani przygotowania. Jedyne, co na pewno go spotka zawsze i wszędzie to kłopoty! Głównym zaś tematem, który zaprząta jego myśli jest jedzenie, stale jest głodny i to również bywa przyczyną zabawnych zdarzeń. Talent Leńczyka jest wprost niewiarygodny, do podbramkowych sytuacji, niemożliwym zdawałoby się być również to, że wojskowy boi się broni i nie potrafi strzelać! A jednak, w wojsku wszystko wydarzyć się może!
Mamy w tej książce do czynienia z ciekawie opisaną rzeczywistością polskiego żołnierza, który naturalnie jest dużo gorzej opłacany niż przedstawiciele innych krajów, wykonujący podobne zadania, narażający mniej lub bardziej swoje życie na misjach. Warto pisać i czytać takie książki, by z jednej strony pośmiać się, dobrze bawić, a z drugiej zastanowić się, czy naprawdę tak jest? Czy powieść w jakimś stopniu nie odzwierciedla naszych realiów?
Autor w niebywale interesujący i zaskakujący sposób opowiada nam o prostym, może niewykształconym żołnierzu, któremu jednak należy się szacunek, za odwagę, za to, że właśnie on naraża swoje życie i zdrowie, niejednokrotnie nie wraca do stęsknionej rodziny cały i zdrów niestety. Może warto o tym pomyśleć, zastanowić się nad tym...
Historia zabawna, miejscami na granicy absurdu, ale czy naprawdę jest inaczej? Czy chłopak noszący od urodzenia aparat słuchowy powinien zostać przez komisję wojskową uznany za zdolnego do służby?
Jeżeli chcecie poznać losy Piotra Leńczyka i innych bohaterów tej książki, dowiedzieć się, co oznacza skrót BeGieEsy, czy w wojsku używamy "ale", czy można tam myśleć, jaką rolę odegra w tej historii "rover" i masy innych rzeczy, wystarczy sięgnąć po "Misjonarzy z Dywanowa". Na samo wspomnienie ogarnia mnie nagła i niepohamowana wesołość.
Tytuł polecam głównie mężczyznom, to oni najlepiej odnajdą się w tej zadziwiającej i niełatwej rzeczywistości, ale też paniom, szczególnie tym twardo stąpającym po ziemi, które potrafią siarczyście przekląć. Przyznaję, że tematyka nie należy do moich ulubionych, ale i tak dobrze się bawiłam, czytając ową powieść.
Zapraszam na stronę autorską pisarza: http://wladyslaw-zdanowicz.com.pl/
*fragment wstępu autora
"Misjonarze z Dywanowa. Polski Szwejk na misji w Iraku.Część 1 Pinky, czyli nowicjusz", Władysław Zdanowicz, Wydawnictwo Księgarnia Zdanowicz, Kwidzyń 2007
Za książkę dziękuję autorowi, Panu Władysławowi Zdanowiczowi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














