poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Spotkania wczorajsze. Moje opowiadanie w tomiku wydanym przez pisarkę Magdalenę Kordel.

Na blogu Magdy Kordel: http://magdalenakordel.blogspot.com/ wzięłam udział w zabawie, Magda zbiera opowiadania i wydaje je dla osób, które mają ochotę napisać kilka słów do tomiku. Wszystko odbyło się już po raz drugi, pierwszy raz pisaliśmy swoje opowieści na Święta Bożego Narodzenia.Tym razem wydane zostały "Spotkania wczorajsze".
Zapraszam, oto moje opowiadanie:
TOTAM CIĘ, MAMO! 
Wczoraj spotkałam moją dawną koleżankę jeszcze z czasów szkoły podstawowej, a to przypadkowe, nieplanowane zupełnie nasze zetknięcie się ze sobą wywołało lawinę wspomnień. Zaczęło do mnie nie po raz pierwszy ostatnimi czasy docierać, że moje życie leci jak szalone. Biegnie do przodu, pędzi wręcz, nie pytając mnie o zdanie, czy chcę, czy mogę, czy mam ochotę w tym wszystkim uczestniczyć? Jakby działo się to wszystko poza mną, bez mojego udziału, choć to ja przecież jestem jego główną bohaterką! 
Czy o tym marzyłam, czy tak planowałam spędzić te kilkanaście lat, jakie dzieliły mnie od ukończenia „podstawówki” do owego momentu, do chwili, gdy stałam tu, na środku ulicy i zastanawiałam się, co stało się z tą wiecznie uśmiechniętą, szaloną, śmiałą, wesołą, przebojową dziewczyną?  Kiedy to wszystko uległo zmianie, jak do tego doszło? Miałam ogromne, dalekosiężne plany, tyle chciałam osiągnąć, zostać kimś… Byłam największą przeciwniczką dzieci, szczególnie tych całkiem małych, różowych bobasków, którymi wszyscy się tak zachwycają, do których przemawiają zdrabniając wszelkie słowa, sepleniąc niejednokrotnie. Nie chciałam mieć dzieci, męża, domu z ogródkiem, aż do momentu, gdy pojawił się w moim życiu ON.

ON miał na imię Mateusz, był jasnowłosym, uśmiechniętym młodym mężczyzną. Szczupły, ale umięśniony, wysoki, schludnie ubrany, wesoły, miał mi tyle do powiedzenia! Stale spoglądał w moją stronę, nie wprost, lecz ukradkowo mnie obserwując. Początkowo nie byłam nim jakoś szczególnie zainteresowana czy zachwycona, nie lubiłam "chłopaków", nie w takim sensie, jak można by myśleć, nie zwracałam na nich uwagi, nie kokietowałam.  Nie zauważałam tak naprawdę różnicy między przyjaźnią z chłopcem a z dziewczyną. Miałam wielu znajomych obojga płci i było mi z tym bardzo dobrze, ale bałam się bliższych kontaktów damsko-męskich, nie byłam do nich przekonana. Uważałam, że na wszystko przyjdzie pora, że nie ma się co spieszyć, nie mogłam też słuchać intymnych opowieści koleżanek czy jeszcze gorzej, kolegów. Ci ostatni tak naśmiewali się z „łatwych” panienek, tak szczegółowo omawiali wszelkie chwile zapomnienia i namiętności chwilowej, że zdecydowanie chciałam się od tego odgrodzić, bo ja to tylko z miłości… tylko i wyłącznie…

Mateusza poznałam w dość dziwnych okolicznościach. Znałam już od kilku lat jego kuzynkę Dominikę, młodszego brata Marcina i młodszą siostrę Paulinę. On nigdy nie przyjeżdżał wraz z nimi, pojawił się dopiero na pogrzebie dziadka. Nie była to wymarzona sytuacja do poznania tego jedynego, zresztą, jak już wspominałam, nie zwróciłam na niego większej uwagi. Owszem, pomyślałam, że jest przystojny, podobny był zresztą do młodszego brata, czy też raczej brat przypominał jego. 
Wyszłam wraz z Dominiką przed budynek restauracji, w której odbywała się stypa, by odetchnąć świeżym powietrzem, w środku atmosfera była ciężka i smutna, jak to przy ostatnim pożegnaniu bywa. Wspominano cudownego, niesamowicie dobrego i ciepłego człowieka, który i mi zastępował dziadka, swojego nigdy nie poznałam. Może to dlatego tak lgnęłam do tej rodziny? Mama często wypominała mi, że spędzam tam więcej czasu, niż we własnym domu, ale było w tym wiele racji, kiedy tylko nadarzała się okazja jechałam do babci. Po prostu wsiadałam w autobus i już po godzinie byłam na miejscu. Drugiej takiej osoby jak mama mojej mamy, tak żywiołowej, tak życzliwej jak ona nie znałam. Była charyzmatyczna, wszystko musiało być tak, jak ona zarządziła, jak sobie zaplanowała, ale kochałam ją całym sercem. Nigdy nie gniewała się na mnie, kiedy wybiegałam do Dominiki, nawet jeżeli wracałam od niej bardzo późno. Na wsi czas płynął zupełnie inaczej, nie było tam laptopów, nikt nie słyszał wtedy o telefonach komórkowych, o mp4, o tabletach, o wi-fi, czy czym tam jeszcze żyje dzisiejsza młodzież. My uwielbialiśmy spędzać czas na świeżym powietrzu, przebywać w swoim własnym towarzystwie, rozmawiać na żywo, nie przez facebooka, naszą klasę, czy inne cuda. Kochałam lasy, łąki, otwartą przestrzeń, dziś zagrodzoną, dzisiaj niedostępną, z wielkimi literami straszącymi wszystkich, że teren prywatny, że wstęp wzbroniony! Kiedyś nie do pomyślenia! Wówczas w letnich, zwiewnych sukienkach biegałyśmy po polanach, zbierając najpiękniejsze polne kwiatki, robiąc z nich kolorowe, barwne, pachnące wianki, które zakładałyśmy sobie na głowę niczym koronę, wyglądałyśmy jak leśne nimfy. Wszystkie miałyśmy długie włosy, zaplecione w piękne, grube warkocze. Na źdźbło trawy nakładałyśmy poziomki, robiłyśmy sobie z nich korale, aromatyczne, piękne, smakowite. Różowe, małe owoce, pamiętam ich zapach, pamiętam ich smak, nawet dzisiaj po tylu latach, wystarczy, że zamknę oczy… 
Wtedy miałam wybujałą wyobraźnię, wtedy układałam najpiękniejsze, najbardziej romantyczne historie miłosne, z tym, że czysto platoniczne. Moi bohaterowie nie zniżali się do jakichkolwiek namiętności, oni byli ponad to, potrafili wyznawać sobie miłość tak pięknie. 

- Mój kuzyn, Mateusz. Majka? 
Ktoś coś do mnie mówi? Na łące leżę przecież, słoneczko mnie ogrzewa, a ja marzę…
- Maja… - otwieram leniwie oczy, w pierwszym momencie nie wiem, gdzie jestem. Poznaję Dominikę, a obok stoi ON.
- Mateusz - chłopak uśmiecha się. Wyciąga rękę w moją stronę.
- Majka. Ach, Mateusz! Brat Marcina i Pauli. Miło mi poznać. Przykro mi jednak z powodu dziadka, bardzo lubiłam go… - miotam się, jak ćma lecąca do światła, w stronę rychłej zguby… 
- Była ulubienicą naszego dziadka, Mat, mówię ci! Zresztą, kto nie lubi Majki? Jej nie da się nie pokochać!
- Taaaak – usta młodego mężczyzny potwierdzają słowa Dominiki. Jacy oni wszyscy są do siebie podobni, cała czwórka, jak rodzeństwo. Ja nie mam nawet kuzynki, babcia urodziła tylko moją mamę, dziadek zmarł jeszcze w czasie II wojny światowej, ukrywał wtedy Żydów i któryś z życzliwych inaczej sąsiadów wydał go, nie zważając na losy dwóch rodzin. Babci udało skryć się w schowku pod podłogą, wraz z dwuletnią wówczas moją mamą, obie słyszały krzyki po niemiecku, strzelaninę, „RAUS!” prześladowało moją rodzicielkę przez długie jeszcze lata. Ani dziadek, ani żydowska rodzina, którą ukrywali moi dziadkowie nie przeżyli. One uciekły pod osłoną nocy i osiedliły się w obecnym miejscu, we wsi spokojnej, wśród ludzi życzliwych naprawdę. Wdowie z maleńkim dzieckiem każdy chciał pomóc. Babcia musiała bardzo kochać dziadka, ponieważ nigdy już nawet nie spojrzała na innego mężczyznę. Zresztą to były inne czasy. 
- Ziemia do Majki! Co z tobą, jeszcze Mateusz pomyśli, że ci odbija! – śmieje się Dominika, chowając za ucho kosmyk rudych włosów. Uwielbiam ten piękny odcień, szczególnie w momencie, gdy odbijają się w nim promienie słońca. Zazdroszczę przyjaciółce niespotykanego koloru, tego, że jest taka unikatowa, niebanalna. Ja jestem taką zwyczajną blondynką, mam proste, długie włosy, niebieskie oczy, nie jestem wysoka, ani szczególnie ładna. Przynajmniej w tamtym momencie tak o sobie myślałam. Pewność siebie przyszła dużo później, za sprawą Mateusza, ale nie tylko. 
- Może i jej odbija… Tak się w ciebie wpatruje, że można by pomyśleć, że się zakochała! – podchodzi do nas Marcin, jak zawsze bezpośredni, szczery aż do bólu.
- Może… - i Dominika przygląda mi się jakoś uważniej, mruży oczy.
- Nie byłoby to takie głupie, bylibyśmy rodziną! – śmieję się w głos – Wybacz jednak, Mateuszu, nie interesują mnie faceci kompletnie! – kręcę głową najmocniej jak tylko potrafię. 
- To prawda, Mat, jesteśmy bez szans – Marcin udaje zasmuconego tym faktem.
- Jak pozna kogoś odpowiedniego, na pewno jej się odmieni – słychać w głosie Mateusza smutek. Wkrótce okazało się, że niedawno zerwał z dziewczyną, początkowo rozmawialiśmy tylko i wyłącznie o nich. Nie przyjeżdżał tu na wakacje, ponieważ ten czas spędzał u ojca w Stanach, do których wyprowadził się wraz z nową rodziną tata Mateusza. Marcin i Paulina byli dziećmi z drugiego małżeństwa ich mamy. Zmarły dziadek nie był tak naprawdę ojcem jego ojca, ale to nie miało dla nich znaczenia, widywali się czasami i bardzo lubili. 
- Dlaczego się rozstaliście? – pytam, zupełnie nie myśląc o tym, jak wścibsko się zachowuję. 
- Zwyczajnie, spotykała się nie tylko ze mną, wiesz, działała na dwóch frontach, czasem nawet na trzech. 
- Naprawdę? Dla mnie to kompletny kosmos, nie do uwierzenia…
- To życie, nie kosmos, ale ty w ogóle zdajesz się być nie z tego świata. Maja, a gdzie studiujesz?
- W Poznaniu…jestem na moim wymarzonym kierunku.
- Zdradź tę wielką tajemnicę?
- To żaden sekret, chciałabym być prawnikiem, bronić ludzi… słabszych ode mnie.
- Sama zdajesz się być taka krucha. – Mateusz uważnie mi się przygląda, patrzy mi prosto w oczy. Boję się tego spojrzenia, uciekam szybko wzrokiem. Nie potrzebuję teraz komplikacji, ale cała drżę. Co to znaczy? 
- Wiesz… to tylko pozory, jestem silna psychicznie, wewnętrznie. Zahartowana.
- Ech, naprawdę? – widać, że wątpi w moje słowa! Nie chce mi się tego tłumaczyć. Nie tutaj i nie teraz. Niech sobie myśli, co chce. – Może spotkamy się w Poznaniu?
- Może. Muszę już iść. 
Zapomniałam o nim na jakiś czas, wypytywał Dominikę o mnie wielokrotnie, ale nie chciałam się z nim spotykać. Uraził mnie tym, że potraktował mnie z góry, zranił, mówiąc, że nie wiem nic o życiu, bo jestem młoda, niedoświadczona. Szybko jednak okazało się, iż to nie on, lecz ja nie miałam racji. 
Wpadliśmy na siebie pod uczelnią, robił reportaż o studentach prawa. Tak, udało mi się, kończyłam właśnie studia. On pracował już od kilku lat, rodzina była z niego bardzo dumna. Nadal nie w głowie byli mi mężczyźni, nie po tym, jak co wieczór, od najmłodszych lat przysłuchiwałam się awanturom za ścianą. Mieszkała tam wraz z mamą i despotycznym ojcem jedna z moich koleżanek, właśnie ta, którą spotkałam ostatnio na ulicy. 
Z Mateuszem na początku wszystko było bardzo ostrożne, takie delikatne, jak muśnięcie motyla. Bałam się bardzo, tego, jak moje serce próbowało wyskoczyć z piersi na jego widok, jak mogłam gapić się na niego godzinami, nie zdając sobie z tego sprawy, że to robię. Pokochałam go, a on pokochał mnie. Tak po prostu… całym sercem.
Na pytanie koleżanki, co u mnie, odpowiedziałam wczoraj z wielką dumą:
- Jestem mamą.  Skończyłam studia, ale nigdy nie pracowałam. Pomagam skrzywdzonym kobietom w fundacji na zasadzie wolontariatu, lecz najważniejsze na świecie są dla mnie moje dzieci. To dzięki nim wstaję rano z łóżka uśmiechnięta, to dzięki nim chce mi się żyć. Jestem dumna z moich ukochanych szkrabów. Płaczę ze szczęścia, kiedy ukochane maleńkie rączki upaćkane czekoladką przytulają mnie, a słodkie, nie do końca czyste usteczka maleńkie całują mnie i mówią: Totam cię, mamo. Jestem mamą. – kończę z przekonaniem. 






6 komentarzy:

  1. Ciekawe opowiadanie, dużo weny życzę. :)
    Serdecznie pozdrawiam+ zapraszam na http://naszksiazkowir.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki, ale to nie moje klimaty, póki co nie zamierzam pisać opowiadań na większa skalę, jest mi dobrze w tym miejscu, w którym jestem, to tylko zabawa :)

      Usuń
  2. fantastyczne opowiadanie, trochę się wzruszyłam na końcu :) Serdeczne gratulacje!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy to opowiadanie jest tylko opowiadaniem? Zaczerpnełaś troche z siebie? Też mnie wzruszyło...
    Pisz dalej, czekam na książke! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żabeńko, wiesz przecież, co myślę o moich dzieciach, więc jak najbardziej zaczerpnęłam ;)

      Usuń