piątek, 14 lutego 2014

Wyniki.

Wyniki czyli odpowiedź na pytanie, kto wygrywa "Miłość z jasnego nieba" Krystyny Mirek. Autorka książki miała ogromne trudności z wybraniem jednej osoby, dlatego wytypowała trzech szczęśliwców. Wiele komentarzy przypadło jej do gustu, ale ostatecznie zdecydowałyśmy się na:
Martuchę, Animi i Anetę Wojtiuk.
Gratuluję serdecznie.
Dziękuję wszystkim.
Zapraszam do konkursu z książką Pani Ulatowskiej, za moment dodam też wywiad i konkurs z tajemniczą Michaliną.
Udanych Walentynek.
Dla wszystkich ta piękna piosenka:

środa, 12 lutego 2014

Wywiad z Marią Ulatowską i jej najnowsza książka "Prawie siostry" do wygrania. Premiera 18 lutego.


Maria Ulatowska od dawna wiedziała, że kiedyś napisze książkę. Udało się spełnić to marzenie dopiero na emeryturze, ponieważ wcześniej praca związana z prawem dewizowym pochłaniała autorkę bez reszty. Zadebiutowała powieścią „Sosnowe dziedzictwo”, którą czytelnicy od razu pokochali. Przyznaje, że bardzo chętnie zamieszkałaby w otoczeniu dworku mieszczącego się w pobliżu sosen, z dala od zgiełku, tłumów, wśród przyrody.
 Niebawem ukaże się kolejna powieść autorki „Prawie siostry” i w związku z tym postanowiłam poprosić pisarkę o chwilę rozmowy.
Skąd wziął się pomysł na pisanie bloga: http://sosnowyblog.blogspot.com/? Ktoś Panią do tego namówił czy to Pani własna inicjatywa, od początku do końca?

Ten blog to tylko taki parablog. Na prowadzenie bloga właściwie nie mam czasu. Tam więc tylko czasami piszę o książkach, najczęściej o książkach polskich autorów.

„Sosnowe dziedzictwo” to Pani debiut literacki. Czy trudno było zaistnieć na naszym polskich rynku wydawniczym osobie, która dopiero zaczynała swoją przygodę z pisaniem?

 Moje pojawienie się na polskim rynku było w zasadzie bezbolesne. Ot, po prostu moja książka wpadła we właściwym czasie we właściwe ręce. Na szczęście – we wspaniałym wydawnictwie. Miałam szczęście i tyle.  

„Domek nad morzem”  to powieść, która między innymi odpowiada na pytanie, czy emerytura oznacza kres wszystkiego. Pani udowodniła nam, że absolutnie nie, wydaje Pani powieści, ma masę pomysłów na kolejne ciekawe historie, czy trudno było zmierzyć się ze stereotypem polskiej „emerytki”?

Nie mam pojęcia, chyba nie zdążyłam być „stereotypową emerytką”. Miałam trochę więcej czasu niż zwykle, a że moja praca zawsze polegała na pisaniu (pisałam projekty aktów prawnych), spróbowałam napisać coś „niezawodowego” – i  jakoś mi się udało.

Przeczytałam na Pani blogu, że literatura powinna nie tylko bawić, ale też uczyć. Czego stara się Pani nauczyć czytelników poprzez swoje powieści?

Przede wszystkim języka polskiego. Tego, że można żyć bez przekleństw i wulgaryzmów. Oraz tego, że życie – owszem, jest brutalne, trudne i ciężkie, ale przecież dookoła są też mili i dobrzy ludzie – i to ich warto dostrzegać.

Ma Pani wśród pisarzy osoby, które Pani ceni? Uważa Pani, że możliwa jest w tej branży prawdziwa sympatia, szczera, bezinteresowna przyjaźń, bez zazdrości?

Oczywiście, że istnieje bezinteresowna, szczera przyjaźń. Mam takich przyjaciółek 11, tworzymy naprawdę dobraną grupę, wspieramy i popieramy się wzajemnie, a jeśli któraś którejś czegoś zazdrości, to tylko tak po cichu i życzliwie. Spotykamy się przy każdej okazji i bez okazji. Codziennie jesteśmy razem w Internecie.
Moje przyjaciółki to grupa wspaniałych polskich autorek – wymienię je alfabetycznie: Hanna Cygler, Anna Fryczkowska, , Agnieszka Gil, Joanna Jodełka, Manula Kalicka, Agnieszka Lingas-Łoniewska,  Lucyna Olejniczak, Małgorzata Warda, Mariola Zaczyńska, Anna Zgierun-Łacina, Magdalena Zimniak. Myślę, że i Pani, i czytelnicy Pani bloga znają je wszystkie i – oczywiście – ich książki.

Zgadza się, znane są mi nazwiska naszych polskich pisarek i cieszę się, że tak dobrze się Panie rozumieją.
Przygodę z Pani twórczością zaczęłam od „Przypadków pani Eustaszyny”. Książka mnie bawiła, polubiłam postać tytułowej starszej pani, ale jednocześnie bardzo ucieszył mnie fakt, że mówi Pani wprost o absurdach panujących w naszym kraju, jak chociażby służba zdrowia. Czy i Pani ma nadzieję na to, że kiedyś się to zmieni?

To jest pytanie, na które jedyną słuszną odpowiedzią byłoby: oczywiście! Ale aż tak optymistycznie nastawiona do rzeczywistości, niestety, nie jestem.                

Za co kocha Pani spotkania autorskie?

Za kontakt z żywym czytelnikiem, za możliwość obserwacji wspaniałych i autentycznych reakcji. Za siłę, jaką mnie ładują takie spotkania. Za uśmiechy czytelników i ich wielkie serca.

Proszę opowiedzieć nam o „Kamienicy przy Kruczej”, pomysł narodził się dzięki pewnemu panu, prawda?

Tak, czytelnik mojej pierwszej książki, „Sosnowe dziedzictwo”, w której ta kamienica „wystąpiła” po raz pierwszy. Okazało się, że pan ten w owej kamienicy mieszkał (jak i ja, zresztą). Odwiedził mnie na warszawskich targach książki, namówił na spotkanie i naopowiadał mi mnóstwo historii, z których jedna posłużyła mi za tło opowieści o losach pewnej kamienicy.

Wspaniała historia.
„Czytać muszę, tak, jak muszę oddychać” takie słowa ma Pani na stronie tytułowej swojego bloga, czy czyta Pani od zawsze? Jakiś gatunek darzy Pani szczególnym sentymentem?

Czytam od piątego roku życia. Lubię thrillery, kryminały i oczywiście powieści obyczajowe. Lubię także powieści przygodowe, podróżnicze, biografie. Nie czytam horrorów i s-f. Nie lubię książek mrocznych i ponurych. 

Czy pisząc pierwszą książkę spodziewała się Pani, że stanie się „prawdziwą pisarką”? W którym momencie poczuła się Pani nią w pełni?

Cały czas jestem praktykantką.

„Prawie siostry” to Pani siódma powieść. O czym ona jest? Przybliży nam Pani temat przyjaźni, o którym mówi Pani w tej książce?

To historia o trzech przyjaciółkach, które łączy – lub dzieli – ten sam mężczyzna. Przyjaźń i  lojalność to coś, co pozwala im przetrwać.

A powieść o zabójcy, która krążyła jakiś czas temu po Pani głowie? Czy nadal ma Pani zamiar ją napisać? A może tworzy Pani coś innego? Kolejną świetną książkę, pełną humoru i ciepła?

Powieść o zabójcy powstała – w kooperacji z „prawdziwym kryminalistą”, Jackiem Skowrońskim, autorem trzech wspaniałych kryminałów i wielu opowiadań. Ukaże się w drugiej połowie roku, w wydawnictwie Prószyński i S-ka.

Początkowo irytowała mnie postać Franki z „Całkiem nowego życia”, wiem jednak, że gorzka lekcja, jaką
dostała od losu nauczyła ją siły i odwagi. Czy uważa Pani, że każdy z nas musi coś stracić, by coś innego docenić?

Myślę, że takie po prostu jest życie. Każdy z nas dostaje od losu jakąś lekcję, w tym rzecz, żeby wyciągnąć z niej właściwe wnioski.

Dziękuję za spotkanie z Panią na kartach powieści. „Kamienica przy Kruczej” szczególnie zapadła w moją pamięć, a Pani którą swoją powieść uważa za najbardziej wartościową?
Matka kocha jednakowo wszystkie swoje dzieci. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. To już muszą ocenić moi czytelnicy. W zasadzie wszystkie książki mają swoich zwolenników i przeciwników. Wyjątkiem jest „Całkiem nowe życie”, które – do tej pory – zbiera same pozytywne recenzje (puk, puk, obym nie zapeszyła).

Wcale mnie to nie dziwi, ten tytuł i mi przypadł do gustu.
Dziękuję za rozmowę i czekam z niecierpliwością na kolejne Pani książki.

Ja również dziękuję i serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników.

KONKURS
Oczywiście udało mi się zdobyć egzemplarz najnowszej powieści Marii Ulatowskiej, dla jednego z czytelników mojego bloga. Pytanie będzie się wiązało z tytułem "Prawie siostry". Autorka powiedziała w rozmowie ze mną, że: "To historia o trzech przyjaciółkach, które łączy – lub dzieli – ten sam mężczyzna. Przyjaźń i  lojalność to coś, co pozwala im przetrwać". Moje pytanie konkursowe, na które mam nadzieję, że odpowiecie pod tym postem, w komentarzu, zostawiając jednocześnie swój adres e-mail, to: Czy myślicie, że miłość może być warta tego, by o nią walczyć za wszelką cenę, wbrew wszystkiemu? Zabawa trwa od 12 lutego do 19 lutego, do godziny 24:00. Fundatorem nagrody jest wydawnictwo Prószyński i Maria Ulatowska, autorka książki. 
Przypominam, że ciągle trwa konkurs z książką Pani Mirek, kończy się dzisiaj o północy, a na dniach pojawi się również nowy, z powieścią Magdaleny Kordel, której premiera 20 lutego. 
Zapraszam serdecznie :))))








Z lutowych nowości Repliki...

Już 18 lutego trzy ciekawe powieści. Pierwszą, zatytułowaną "Kota, lubi, szanuje", napisaną przez niezwykle tajemniczą pisarkę Michalinę Kłosińską-Moedę, miałam przyjemność już czytać. "Porwana" Róży Lewanowicz, zdaje się być interesującą propozycją literacką, jest o pozornie spokojnej codzienności pewnego warszawskiego małżeństwa. Trzecia to opowiadania grozy. Która Wam się podoba? Któraś Was interesuje?

Moja recenzja "Kota, lubi, szanuje":  http://asymaka.blogspot.com/2014/02/kota-lubi-szanuje-michalina-kosinska.html

 Róża Lewanowicz
Porwana


Justyna i Łukasz Meyer wiodą z pozoru spokojne życie warszawskich mieszczuchów. On jest funkcjonariuszem Centralnego Biura Śledczego, ona pracownicą jednej z wielu stołecznych korporacji. Problemy w pracy, bezowocne starania o dziecko i wszelkie inne przyziemne sprawy przestają mieć dla nich jakiekolwiek znaczenie w dniu, w którym na oczach zdezorientowanego męża i połowy osiedla ktoś porywa żonę i odjeżdża z nią w nieznanym kierunku...











Jack Ketchum
"Czas zamykania"

 „Czas zamykania” to historie zrodzone przez mistrza grozy, którego sam Stephen King określił mianem prawdopodobnie najstraszniejszego faceta w Ameryce.
Światy, jakie kreuje Jack Ketchum pełne są mroku i tajemnicy. Bijący od nich realizm potęguje wrażenie niesamowitości i wywołuje strach. Strach, przed którym na próżno szukać drogi ucieczki.
To dziewiętnaście przerażających opowiadań, które doprowadzą Was na skraj mrocznej przepaści, która kryć może dosłownie wszystko.


sobota, 8 lutego 2014

Fragment...

A o tym co myślicie???



          Poznaliśmy się banalnie. Najzwyczajniej jak tylko można sobie wyobrazić. Pamiętam to zresztą bardzo dokładnie, jakby się działo wczoraj. Miałam siedemnaście lat i pstro w głowie. Uważałam, że świat stoi przede mną otworem i wszystko mi się należy. Po prostu miło spędzałam czas, bawiąc się i korzystając z życia. Wyciskałam je jak cytrynę, do ostatniej kropli. Piwko, fajeczka, te klimaty. I taniec, do upadłego, w towarzystwie podobnie jak ja wyluzowanych nastolatków. To były niezapomniane chwile!  Miałam wszystko. Pracę na czarno, a więc pieniędzy mi nie brakowało. Chodziłam do szkoły, albo i nie. Nikt mnie tak naprawdę nie nadzorował, nie sprawdzał. Ciotka miała do mnie całkowite zaufanie, bo sądziła, że jestem mądrą dziewczynką. Ta… dziewczynką. Nie dostrzegała, jak szybko dorastałam. Miałam swoje marzenia, cele, pragnienia, plany. Nie chciałam skończyć jak ona. Nigdy w życiu.
-Cześć Daga!-Mój kumpel jeszcze z podstawówki podszedł do mnie, chcąc się przywitać. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Od dawna wiedziałam, że mu się podobam, ale udawałam, iż tego nie dostrzegam. Był nieśmiały, za to zabawny. Uwielbiałam z nim rozmawiać.
-A, cześć Maksiu! Co tam u ciebie?-Odwzajemniłam uśmiech. Stałam na dworze. Na schodach koło budynku, w którym odbywała się cosobotnia dyskoteka. Opierałam się o barierkę. Sączyłam piwo z sokiem przez słomkę i zaciągałam się papierosem. Maks nie palił, ale od czasu do czasu lubił wypić odrobinę napoju chmielowego.
-W porządeczku. Sprawę mam. –Spojrzał na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami.
-Wal śmiało.-Zachęciłam go, bo byłam ciekawa, co też wymyślił.
-Widzisz tego chłopaka tam z boku? To mój kumpel.-Zerknęłam w ciemność. Światło latarni tam nie docierało, zatem niewiele udało mi się dostrzec.
-Sorry, Maks, nic nie widzę, a co?-Mój kpiący uśmieszek zbił go na moment z tropu.
-Chce cię poznać-wyrzucił z siebie szybko. Nie mogłam się nie roześmiać, po prostu nie mogłam. Kolejny koleś, który chciał mnie poznać. Zabawne.
-Dlaczego się śmiejesz?-Nie rozumiał Maks.
-Nie wiedziałam, że potrzebuje pośrednika. Wiesz, że często słyszę podobne teksty. Języka w gębie zapom…

-Nie zapomniałem-usłyszałam za plecami. Drwiący uśmieszek zamarł mi na ustach, gdy odwracałam twarz. W życiu nie widziałam tak przystojnego chłopaka. To było po prostu niemożliwe. –Chciałem, by Maksiu nas sobie przedstawił, ale skoro wolisz, bym sam dokonał prezentacji, nie ma problemu. –Oho, pomyślałam- prezentacji- nieźle się zapowiada. 

Zorkownia Agnieszka Kaluga premiera 20.02.2014


Nie miałam tej powieści w planach. Szczerze mówiąc, boję się takich historii. Swego czasu o śmierci myślałam bardzo dużo. Gdy byłam nastolatką zmarł mój tata, siedemnastoletni kolega zginął w wypadku, później sama otarłam się o śmierć...
"Zorkownia" to przemyślenia kobiety, która prowadzi blog: http://zorkownia.blogspot.com/. Jest to skrawek jej życia, lecz również zapis losów innych ludzi, znajdujących się często na granicy. Nigdy nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle uda im się wygrać walkę z chorobą. Często są to ich ostatnie chwile na ziemi. Dlaczego nasza bohaterka decyduje się na uczestniczenie w tej traumatycznej drodze? Jak sobie z tym radzi? Czy dla niej to forma terapii? Czy można temu podołać psychicznie?
Wolontariat w hospicjum nie jest nigdy łatwym i prostym zadaniem, ale osoba, która decyduje się pomagać innym w ten sposób zawsze musi być kimś wyjątkowym, kogo powinniśmy szanować i doceniać. Czy my sami podołalibyśmy takiej trudnej funkcji? Ja na pewno nie.
Agnieszka angażuje się bardzo. Myśli o osobach, które poznała, stara się sprawić im choć odrobinę radości, ale sama też wiele zyskuje, otrzymuje coś ważnego w zamian. Daje im ciepło, serdeczność, wyciąga do nich pomocną dłoń, traktuje jak ludzi, a nie pacjentów placówki. Każdy, kto się tu znajdzie może liczyć na jej dobre słowo, ale nie narzuca się, po prostu jest wtedy, gdy czuje się potrzebna, delikatnie daje do zrozumienia o swojej obecności i gotowości niesienia pomocy. Nie wszyscy jednak tej pomocy potrzebują, oczekują. Z niektórymi trudno się porozumieć, inni natomiast nawet we wspólnym z nią milczeniu odnajdują to, czego poszukiwali, co było im w danym momencie niezbędne. Cztery lata ocierania się o śmierć, przebywania w jej pobliżu, obcowania z nią, to naprawdę wiele. Ludzkie twarze, z którymi musiała się pożegnać, tragedie rodzin, które muszą pozwolić odejść komuś bliskiemu, chore dzieci, osoby starsze, młode, dopiero wchodzące w dorosłość, mające przed sobą przyszłość, jeszcze do niedawna. Zazwyczaj z hospicjum się już nie wychodzi, nie o własnych siłach, ale autorka może opowiedzieć o przypadkach ludzi, którym się udało, którzy przeżyli, wygrali walkę. Dzisiaj przyjaźnią się z nią, spędzają wspólnie czas, rozmawiają. Agnieszka znajduje piękne sposoby na pożegnanie się ze światem, pogodzenie z nieuchronnym. Pomysły ma naprawdę niezwykłe. Przynosi uśmiech, pogodę ducha, wnosi odrobinę słońca, promyk nadziei. Szczególnie zapadł mi w pamięć list matki, która osieroca małe dziecko. Znowu na samą myśl o tym wilgotnieją mi oczy... a przy czytaniu tej pięknej książki wzruszałam się wielokrotnie. Czułam się wyjątkowa, mogąc poznać historie tych wspaniałych ludzi, często zagubionych, smutnych, niedoskonałych, którzy zmieniali się diametralnie pod wpływem czekającej ich ostatecznej podróży, nie wszyscy byli na nią gotowi. Rozsądni, do końca radośni, pogodzeni z losem, bo i tacy znaleźli się tutaj, wzbudzali we mnie jeszcze więcej sympatii i współczucia. Czego potrzebowały te wszystkie osoby? Po prostu bycia tuż obok, przebywania z drugim człowiekiem, by nie czuli się samotni i opuszczeni. Pokora, nadzieja, ogromne cierpienie, wszystko to i o wiele więcej zawarte jest w tej książce. Ona po prostu jest piękna, tak jak piękne jest nasze życie.
Blog Agnieszki powstał cztery lata temu, pierwsze słowa napisała w roku 2010. To był jej sposób na to, by poradzić sobie z ogromem traumatycznych doświadczeń, bólu, z własnymi emocjami, ale i z dramatami innych osób.
Autorka oszczędna jest w słowach, nie szasta nimi na prawo i lewo. Pisze wprost o tym, co zaprząta jej myśli, z czym nie zawsze potrafi się pogodzić. To historie napisane przez życie wielu ludzi, prawdziwych, z krwi i kości. Styl Agnieszki Kalugi jest lapidarny, zwięzły, oryginalny, ale bije z niego ciepło i wiara. Ona nie musi pisać długich, rozwlekłych zdań, by wyrazić to, co czuje. Wie, że ludzie przebywający w hospicjum potrzebują obecności drugiej osoby, nie litości. Chcą, by traktowano ich normalnie. Autorka książki żyje dla innych, a to najlepsze, co jeden człowiek może zrobić dla drugiego. Za sprawą jej słów te osoby, które już odeszły nadal żyją, w jej wspomnieniach, we wspomnieniach swoich bliskich.
Jest niebywale wrażliwą i wartościową kobietą. Rzadko zdarzają się takie w naszym świecie i dlatego warto o niej mówić, głośno i wyraźnie. Wielki szacunek, ogromna sympatia dla autorki książki.
"Zorkownia" to literacki zapis najważniejszego. Choć mamy dopiero początek roku już teraz wiem, że będzie to jedna z tych książek, które zrobiły na mnie największe wrażenie, tak w tym roku, jak w ogóle w całym moim czytelniczym dorobku.
Agnieszka Kaluga sama straciła dziecko, ale obiecała tej maleńkiej, dziesięciodniowej zaledwie kruszynce, że sobie poradzi. Pozwoliła jej spokojnie przejść na drugą stronę...brak mi słów... mnie, wiecznie rozgadanej, której "gęba" się nie zamyka naprawdę zabrakło istotnego elementu, by napisać o tej wyjątkowej kobiecie to, co powinnam. Dlatego lepiej będzie, jeżeli ja zamilknę, a Wy sami sięgniecie po ten tytuł, bo naprawdę, naprawdę, naprawdę WARTO.

"Zorkownia" Agnieszka Kaluga, Wydawnictwo Znak, premiera: 20.02.2014






piątek, 7 lutego 2014

Kota, lubi, szanuje Michalina Kłosińska-Moeda premiera: 18.02.2014



Druga powieść niezwykle tajemniczej pisarki. Trudno cokolwiek na jej temat znaleźć w Internecie, ale udało mi się do niej dotrzeć i jeszcze przed premierą najnowszej książki mam zamiar porozmawiać z nią, by dowiedzieć się o tej zagadkowej osobie czegoś więcej i przybliżyć jej sylwetkę innym czytelnikom.
Wracając do najświeższej propozycji literackiej Michaliny Kłosińskiej-Moedy, z miejsca zaciekawił mnie sam tytuł i kiedy wydawca zaproponował mi przeczytanie tej powieści nie wahałam się ani minuty. Obok zabawnej historii miłosnej, jaką sugeruje ów tytuł właśnie, nie mogłam przejść obojętnie. Co prawda, do nieznanego mi wcześniej nazwiska na okładce powieści zawsze podchodzę raczej nieufnie, ale ponieważ to polska pisarka, jakże bym mogła sobie odpuścić czytanie? Nie było takiej opcji. I tak trafiła mi się ciekawa i arcyśmieszna lektura!
Hanka, główna bohaterka "Kota, lubi, szanuje", przenosi się z Krakowa do stolicy, by zamieszkać w dość dziwnym miejscu. Początkowo hałas dochodzący zza drzwi mieszkania sąsiadującego z odziedziczonym po ciotce lokum mocno jej przeszkadza, lecz czemuż się tu dziwić, skoro to agencja towarzyska o wdzięcznej nazwie "Syrenka"? Po pewnym czasie okazuje się jednak, że znajdzie tam prawdziwego przyjaciela i sama również wyciągnie pomocną dłoń do kogoś, kto tam pracuje.
Młoda kobieta uparcie poszukuje pracy, jest roztrzepana i zwariowana, podobnie jak ja, mówiąc na marginesie, dlatego od razu zaczęłam pałać do niej sympatią i rozumiałam ją doskonale. Dzięki temu właśnie udaje jej się znaleźć zajęcie, nie do końca wymarzone, bo osoba po studiach i sprzątanie biura raczej nie idą w parze, lecz z braku laku dobre i to. Z czegoś przecież żyć trzeba, koty wykarmić również. Praca satysfakcjonująca może i nie jest, ale powoli coś interesującego zaczyna się dziać w życiu naszej bohaterki, coś niebanalnego się klaruje. Pojawiają się nowe perspektywy i nadzieje. Zresztą Hanka świetnie sobie radzi w każdej sytuacji, ma głowę na karku i nie marnuje żadnej szansy otrzymanej od losu.
To książka, jakiej potrzebujemy w zimowy wieczór, gdy na dworze ziąb lub jak w tym roku, częściej odwilż. Nie doszukujmy się w niej drugiego dna, to lekka lektura, z którą miło spędzimy czas, pośmiejemy się. Nie zabraknie nam jednak emocji. Pojawi się intrygujący wątek miłosny, a jeżeli chodzi o poważniejsze sprawy, to cieszę się, że autorka poruszyła tu problem braku pracy, napisała o tym z humorem i dała nadzieję na lepsze jutro. Obraz statystycznego, typowego Warszawiaka równie celny i prawdziwy, jak cała powieść, cieszę się, że i o tym Kłosińska-Moeda wspomniała.
Bohaterowie stworzeni przez pisarkę są rewelacyjnie wykreowani, dopracowani w najmniejszym nawet szczególe. Każdy na swoim miejscu, a perypetie, jakie stają się ich udziałem są bardzo zabawne. Autorka rozbraja śmiechem. Uważam, że to wielki atut tej historii. Nie jest pisana na odczepnego, za to na pewno jest przemyślana i ciepła, potrzebna jak towarzystwo najlepszej przyjaciółki, gdy przytłaczają nas codzienne kłopoty i niepowodzenia. Nie nudzi, a ciekawi, czyta się niebywale szybko, jedno wynika z drugiego, a lekki i niewymuszony styl nie budzi jakichkolwiek zastrzeżeń.
Chciałam nieskromnie napisać, że miałam nosa do tej książki i trzymam kciuki, by szybko powstała kolejna powieść pisarki. Z każdej strony tej historii bije niesamowity zmysł obserwacji, trafne przemyślenia na temat naszej szarej rzeczywistości i ogromne poczucie humoru. Polecam szczerze wszystkim miłośnikom słowa pisanego. Naprawdę warto zapoznać się z przygodami Hanki. To postać niezwykła. Posiadaczka dwóch kotów ze smykałką do tworzenia biżuterii, kreatywna konserwatorka powierzchni płaskich, kobieta wykształcona i bywająca "na salonach". Zapomniałabym! Jest i wątek bliski mi szczególnie. Jedna z epizodycznych postaci choruje na cukrzycę, podobnie jak ja.

Zachęcam do sięgnięcia po "Kota, lubi, szanuje". Nie zawiedziecie się, naprawdę.

"Kota, lubi, szanuje" Michalina Kłosińska-Moeda, Wydawnictwo Replika, premiera: 18.02.2014













środa, 5 lutego 2014

Wywiad z Krystyną Mirek i konkurs. Do wygrania "Miłość z jasnego nieba", książka ma dzisiaj premierę!!!

Krystyna Mirek jest pisarką powieści obyczajowych skierowanych przede wszystkim do kobiet, porusza bowiem w swojej twórczości tematy dotyczące głównie płci pięknej. Wykreowane przez nią postaci nie są wyidealizowane, nie mieszkają w bajkowym, wymyślonym świecie, nie żyją pod kloszem, z dala od trosk i problemów. Ich losy bywają pogmatwane, skomplikowane, trudne i pełne przeciwności, ale one nie poddają się tak łatwo, bo wierzą w miłość i w to, że musi być lepiej. 
Pisarka ukończyła polonistykę, ma męża i trójkę dzieci.  Pod tym adresem: http://krystynamirek.blogspot.com/ znajduje się strona autorska Krystyny Mirek. Przy okazji premiery najnowszej książki zatytułowanej „Miłość z jasnego nieba” chciałabym przybliżyć czytelnikom sylwetkę tej autorki.





Proszę powiedzieć nam kilka słów o Pani debiucie. Czy trudno było wydać pierwszą powieść? Skąd pomysł na zostanie pisarką?

KM: W moim przypadku najtrudniej było się odważyć wysłać tekst. Odpowiedź przyszła błyskawicznie, więc potem już było  łatwiej. Ale od momentu, kiedy pierwszy raz pomyślałam, że bardzo bym chciała napisać książkę, do wysłania tekstu minęło aż dziesięć lat.
Pomysł, by to zrobić, pochodzi z wnętrza, to jedno z pierwotnych pragnień, wpisane w osobowość chyba od urodzenia. Zawsze mi towarzyszyło, podobnie jak miłość do książek, ale nigdy się do niego nie przyznawałam, początkowo nawet sama przed sobą . Wydawało mi się zbyt wielkie.

Uważa Pani, że miłość to wdzięczny temat na książkę? Jest jej tyle odcieni, że można o niej pisać, pisać i jeszcze raz pisać?

KM: To z pewnością jeden z powodów, dla których warto się nią zajmować, gwarantuje, że pomysły na książki nigdy się nie skończą, bo choć tysiące autorów od tysięcy lat wciąż o miłości piszą, nie zdołali wyczerpać tematu.
Ale piszę na ten temat także dlatego, iż uważam, że miłość, we wszystkich swoich postaciach: do ukochanej osoby, rodziców, dzieci, rodzeństwa, świata, samego siebie, jest podstawą naszego życia. Jest  najważniejsza. Jeśli popełniamy błędy, to one bardzo często mają swoje źródło w zaburzeniu którejś z tych relacji, jeśli jesteśmy prawdziwie szczęśliwi, to dlatego, że w tych dziedzinach się układa. Kiedy jest się odpowiedzialnym za dom, dzieci i pracę, nie ma czasu na błahostki, piszę więc o tym, co uważam za najistotniejsze.


„Miłość z jasnego nieba”, najnowsza Pani książka, to historia o uczuciu, które nie ma prawa się spełnić, zakończyć szczęśliwie. Bohaterowie znajdują się po dwóch stronach barykady, stają przed trudnym wyborem, to sytuacja nie do pozazdroszczenia...

KM: Owszem, ale za to spotka ich w życiu coś bardzo cennego, co nie zdarza się każdemuJ

Co Pani myśli na temat modnych ostatnio „powieści z pieprzykiem”, czy proponowano Pani napisanie książki erotycznej? Jaki jest Pani stosunek do tego typu lektur?

KM: Tak, proponowano i były to kuszące oferty.  Pojawiały się rok temu, kiedy na listach bestsellerów królowały czarne i szare okładki zagranicznych erotyków. Wydawcy szukali wtedy polskich pisarek, które chciałyby podjąć temat. Ale nie przyjęłam tych propozycji, z różnych powodów. Nie mam takich planów i nie żałuję swojej decyzji.

Czy opisywane przez Panią historie są osadzone w realiach, mogłyby się zdarzyć w naszym prawdziwym życiu? Pytam, ponieważ nie miałam jeszcze przyjemności poznać Pani twórczości, przeczytałam tylko najnowszą powieść. 

KM: Myślę, że tak. Choć historie są w stu procentach fikcyjne, wyrosły z życiowych obserwacji i doświadczeń.  Staram się pokazywać prawdziwe życie, a opinie recenzentów świadczą o tym, że jest to słuszna droga, bo często ta cecha jest wskazywana jako zaleta moich powieści.

 „Pojedynek uczuć” z kolei opowiada o samotnym macierzyństwie. Niełatwa to sytuacja, nie do pozazdroszczenia, czy ciężko było o tym pisać? Czy odcisnęło to na Pani swoje piętno?


KM: To moja do tej pory najważniejsza książka. Powstała z impulsu. Zobaczyłam na własne oczy pewną bardzo przykrą sytuację i nie mogłam pomóc. Ani ja, ani nikt inny, kto był wtedy obok.
  Bo nasza władza nie sięgała tak daleko, jak  pana prezesa,  a w tej małej miejscowości to był jedyny zakład pracy.  Zwolnić się i zostać z małym dzieckiem bez środków do życia nie każdy może. Z tego poczucia bezradności i frustracji narodziła się opowieść. Jej pisaniu towarzyszyły bardzo silne emocje, ale to właśnie ona otworzyła mi drogę do serc czytelników.


Zaciekawiła mnie Pani i niebawem postaram się zapoznać z tym tytułem, czeka już na mojej półce na odpowiedni moment. 
Czy wczuwa się Pani w historie swoich bohaterów, czy targają Panią prawdziwe  emocje przy pisaniu? Czy oddaje Pani stworzonym przez siebie postaciom cząstkę siebie?

KM: Oczywiście, że tak, czasem wczuwam się nawet za bardzo i z trudem wracam do rzeczywistości J
Ale pisanie to także sposób na uwolnienie się od pewnych historii. One żyją w mojej głowie czasem całymi latami, przewijają się jak taśma filmowa i często obserwowanie ich kosztuje sporo wysiłku emocjonalnego. Zauważyłam z zaskoczeniem, że opowieści opisane milkną,  zostają na papierze i nie nachodzą mnie już nocami oraz w najmniej stosownych momentach.
Ale emocje zawsze są i z doświadczenia pięciu wydanych książek, wiem, że muszą być prawdziwe.  Im więcej ich towarzyszy pisaniu, tym wyżej czytelnicy oceniają opowieść, bo oni też chcą coś przeżyć podczas czytania. Jeżeli piszę o czymś, co dla mnie naprawdę ważne, odbiorca to czuje. To trudne, ale chyba nie ma innej drogi. Ja nie znamJ



„Droga do marzeń” jest o poszukiwaniu własnej drogi, o nadziei, ale też o tym, że może się okazać, iż ludzie, którym ufaliśmy zawodzą to nasze zaufanie. Jak Pani myśli, dlaczego tak się dzieje? Czy są zbyt słabi, kieruje nimi zazdrość, a może chodzi o coś zupełnie innego?

KM: Z tego pytania można by stworzyć dziesiątki opowieści. Tematu by nie zabrakło.  Bywa naprawdę różnie. Życie jest zawiłe, zaskakujące, często trudne. Dlatego z jednej strony trzeba zawsze być czujnym, bo nigdy nie wiadomo, która błaha z pozoru decyzja okaże się życiową, a z drugiej wybaczać sobie w miarę możliwości. Bo nie wiadomo, co nas samych czeka za zakrętem.

Skąd pomysł na specjalną dedykację, którą znaleźć możemy w najnowszej powieści?

KM: Powstał przypadkiem, a ma swoje korzenie w przeświadczeniu, że nigdy dość okazji i sposobów, by sobie wyznawać uczucia. Zwłaszcza w związkach o dłuższym stażu.

Którą swoją książkę poleciłaby Pani osobie, nie znającej jeszcze Pani twórczości?

KM: To zależy od wieku i zainteresowań. Ale zapewne ,,Pojedynek uczuć” albo najnowszą.

Jakim rodzicem jest Krystyna Mirek, jako mama trzech córek?

KM: Zwyczajnym. Staram się, ale jakieś błędy zawsze się wkradną. Dzieci i rodzina są dla mnie najważniejsze, dlatego czasem jestem przewrażliwiona i nadopiekuńcza. Jestem też taką mamą domową. Długo zostawałam z każdym nowonarodzonym dzieckiem, zanim wróciłam do pracy i teraz znów mnie to czeka, bo jestem w dziewiątym miesiącu ciążyJ Piekę drożdżówki, gotuję obiady i chociaż złapanie równowagi między pracą a rodziną nie jest łatwe, to właśnie godzenie tych dwóch sfer, bez zaniedbywania żadnej z nich jest moim podstawowym życiowym celem.

W takim razie życzę szczęśliwego rozwiązania i dużo, dużo zdrowia. 
Kto jako pierwszy czyta Pani powieści? Mąż, zaufana przyjaciółka?

KM : Jako pierwsi od początku czytają przyjaciółka, mama i najstarsza córka. To przedstawicielki trzech pokoleń, dzięki temu mam opinię z różnych punktów widzenia. Jedna z powieści (a było to trzysta stron, nawet nie chcę sobie przypominać, ile godzin pracy) którą wszystkie skrytykowały, została w szufladzie, bo i wydawca miał zastrzeżenia. Więc choć to pierwsze jury z pewnością nie jest w pełni obiektywne, to jednak dość miarodajne.

Czym jest dla Pani szczęście?


KM: Jest równowagą. Złapaniem balansu pomiędzy miłością, pracą, rodziną, zdrowiem, stabilnością finansową, własnym rozwojem, czystym sumieniem. Wszystkie te kierunki muszą się rozwijać razem, nie można jednego poświęcać, by osiągnąć inny. Wtedy człowiek czuje się szczęśliwy.

W jakim miejscu: na fotelu, krześle, w  łóżku, najlepiej się Pani pisze?

KM: Kiedyś umiałam pisać wszędzie, ale to było w czasach, kiedy tworzenie opowieści stanowiło hobby, było zajęciem spontanicznym i wykonywanym od przypadku do przypadku. Teraz jest to praca. Mam umowy, terminy i czytelników, którzy zaczynają mnie obdarzać swoim kredytem zaufania.  Musiałam więc zorganizować sobie miejsce do pisania z prawdziwego zdarzenia, bo choć wyobraźnia najlepiej działa, kiedy jestem zwinięta w kocyk na kanapie, to kręgosłup odmawia dłuższej współpracy w takich warunkach. Mam więc biurko, fotel i ulubioną lampkę. Ale i tak chodzę z laptopem po różnych miejscach i łapię każdą wolną chwilę. Tyle opowieści jeszcze czeka, a czytelnicy chcą, by były długie.  Trzeba pracować J

Bardzo dziękuję za rozmowę.

KM: Ja również dziękuję i pozdrawiam wszystkich serdecznie.

KONKURS:
Konkurs rozpoczynamy dzisiaj, 5 lutego, w dniu premiery. Potrwa do 12 lutego, do godziny 24:00. Wyniki ogłoszone zostaną do trzech dni roboczych, po zakończeniu zabawy. Krystyna Mirek chętnie zapozna się z Waszymi odpowiedziami na pytanie:  Czy wierzysz w taką miłość jak grom z jasnego nieba, która pojawia się znienacka i zmienia życie?

Odpowiedzi proszę zostawiać pod tym postem, w komentarzach, pamiętając o adresie e-mail, bym mogła skontaktować się ze zwycięzcą konkursu. Nagrodę w postaci powieści "Miłość z jasnego nieba" ufundowało wydawnictwo Feeria i Pani Krystyna Mirek. Dziękuję :)))






Pozdrawiam wszystkich czytelników, przypominam, że biorę udział w konkursie na Blog Roku 2013 i że do jutra, do 6 lutego, do godziny 12.00 można oddać głos na mój blog. Wystarczy wysłać sms na numer 7122 w treści wpisując F00058. Koszt to 1,23 zł. Pieniądze idą na szczytny cel, na łódzkie hospicjum dla dzieci osieroconych.


A tutaj moja recenzja książki, którą możecie wygrać w dzisiejszym konkursie: http://asymaka.blogspot.com/2014/02/krystyna-mirek-miosc-z-jasnego-nieba.html

Poza tym premierę ma dzisiaj również "Pensjonat marzeń" Magdaleny Witkiewicz, tutaj moja recenzja: http://asymaka.blogspot.com/2014/01/pensjonat-marzen-kontynuacja-szkoy-zon.html
Jej fragment pojawił się na okładce: 



Otrzymałam też imienne podziękowanie: