środa, 2 września 2015

Jestem szczęśliwa!

Tego uczucia nie da się porównać z niczym innym. Cholera jasna, warto było! I to się dzieje naprawdę. Tak, właśnie dotarły egzemplarze mojej powieści. Ręce mi się trzęsły, ale dałam radę otworzyć paczkę. Jestem szczęśliwa. Tak się spełnia marzenia.







Kamil zachwycony, ale stwierdził, że z czytaniem poczeka aż napiszę coś dla niego. Najlepiej powieść przygodową Emotikon wink 
Zamówienie zatem złożone. Biorę się do pisania.













I zapowiedź mojej książki w "Tygodniku Nowym":


piątek, 28 sierpnia 2015

Dziękuję.

Jesteście cudowni, naprawdę. Szczerze mówiąc, bałam się, czy moja książka w ogóle kogokolwiek zainteresuje i czy znajdą się osoby, które będą chciały wydać na nią swoje pieniądze. Dziękuję. Od wielu dni dostaję takie wiadomości, że gęba mi się śmieje od ucha do ucha. Pozdrawiam Was najserdeczniej, jak tylko potrafię. 
A teraz kilka wiadomości, które otrzymałam:
"(...) sama jestem zainteresowana zakupem Twojej książki z autografem (a może dedykacją?). Wiesz, mam świadomość, że teraz, gdy wydajesz książkę, jakiś procent - pewnie mały, ale to nieważne - trafi do Ciebie i chcę mieć w tym swój maleńki udział. Na recenzję i tak możesz liczyć i żaden konkurs nie jest mi do tego potrzebny Emotikon smile"
"Już się nie mogę doczekać Twojej książki Emotikon smile
Nawet nie wiesz jaka jestem dumna, że Ci się udało i cieszę się razem z Tobą. I trzymam kciuki za kolejne książki"
"Aniu za Twoją książkę to każde pieniądze...jestem dumna."
"Szczerze pozdrawiam i czekam na kolejne. Czytałam wszystkie fragmenty, które wystawiłaś na Fb i powiem Ci, że bardzo fajnie się czyta."
"hej Emotikon smile piętnasty raz chyba piszę, że chcę Twoją książkę z autografem Emotikon smileale to tylko dlatego, że naprawdę mi zależy Emotikon smile jestem pełna podziwu dla każdej osoby, która daje coś od siebie światu i mam nadzieję, że kiedyś dasz się zaprosić na kawę Emotikon smile chciałabym wiedzieć przez jaką drogę przeszłaś Emotikon smilepozdrawiam"
Buziaki dla Was Emotikon heart
Dodajecie mi siły i otuchy.

Mam najlepszych czytelników na świecie. 


środa, 26 sierpnia 2015

Siedem pytań do pisarza. Anna Kasiuk.




Anna Kasiuk zadebiutowała powieścią obyczajową "Piąte-nie zabijaj". Już we wrześniu ukaże się jej kolejna książka-"Lewy brzeg". Autorka jest matką, żoną, kobieta pracującą w korporacji. Pisanie na początku było odskocznią od codzienności, dzisiaj nie potrafi sobie wyobrazić dnia bez skreślenia choć paru słów. Uwielbia Mazury, góry, mieszka pod Warszawą.


SIEDEM PYTAŃ DO PISARZA:
1. Zabawa zaczyna się dzisiaj, 26 sierpnia i potrwa do 2 września, do godziny 23:00. 
2. Jeżeli chcecie wziąć udział w konkursie, pod tym postem powinniście zadać niebanalne pytanie autorce książki, zostawiając również adres e-mail, bym mogła się z Wami skontaktować w przypadku wygranej. 
3. Należy dodać mój blog do obserwowanych, polubić profil bloga na FB: https://www.facebook.com/pisaninkaasymaka, udostępnić ten konkursowy post. 
4. Nagrodę w postaci egzemplarza książki ufundowało wydawnictwo Replika i autorka. Organizatorem konkursu jestem ja, prowadząca blog Pisaninka. 
5. Ogłoszenie wyników nastąpi w chwili, gdy autorka wybierze SIEDEM pytań i odpowie na nie, a ja opublikuję post w formie wywiadu na blogu. 
6. Wygra osoba, która zada najbardziej interesujące pytanie. 
7. Zapraszam też do polubienia FP autorki: https://www.facebook.com/pages/Anna-Kasiuk/1459911044312417?fref=ts



Siedem pytań do pisarza. Wyniki. Grażyna Mączkowska.





Dziękuję osobom, które wzięły udział w konkursie. Szkoda, że mogłam wybrać tylko siedem pytań, bo chętnie odpowiedziałabym na wszystkie. Pytania są ciekawe, i z niektórymi miałam problem, jak skrótowo  na nie odpowiedzieć, bo dotykały emocjonalnych głębin… Przy okazji mojego tu pobytu, dziękuję Ani Grzyb za ten konkurs, oraz czerwcowy dzień z moją książką w Pisanince, czyli udostępnienie czytelnikom kilku jej fragmentów, oraz Wydawnictwu AKURAT za egzemplarze książek na oba konkursy.

1)      Wróblica – Pani Grażyno, z tego co widzę jest Pani wielką miłośniczką zwierząt - to tak jak ja - chyba wszystkie Grażyny tak mają ;) Jak postąpiłaby Pani z ludźmi, którzy znęcają się nad tymi biednymi i bezbronnymi istotami? Ja nie mogę patrzeć na te okrucieństwa. ;(
– Witam Cię Wróblico. Czyli moja imienniczko - Grażyno, Grażko? Najczęstszym widokiem są psy na łańcuchach. Taki stereotyp. Na wsiach, niestety, jeszcze wiele psów egzystuje na skrawku wydeptanej ziemi przy budach, lub dziurach wyciętych tuż przy ziemi w ścianie stodoły. Taka zapchlona psina, wciąż się drapiąca, żyje w towarzystwie naczynia oblepionego błotem i robactwem, do którego to pan-sadysta czasem wrzuci resztki z obiadu. Bywa, że łańcuch jest nieproporcjonalnie gruby i zbyt ciężki dla małego kundelka. Serce się ściska. Ale i te w zagrodzonych kojcach nie zawsze mają lepiej. Żyją na metrze kwadratowym betonu bez możliwości wybiegania się. Bez czystej wody. To też jest okrucieństwo, choć właściciel posesji tak nie uważa. Co bym zrobiła? Dla wzbudzenia empatii i zrozumienia postępku, przypięłabym takiego ograniczonego myślowo człowieka łańcuchem do budy na kilka dni, i traktowała go jak on psinę. Oczywiście przedtem bym go zapchliła. Poza tym, pomimo zakazu, wciąż włóczą się hordy psów, i rozmnażają bez jakiejkolwiek kontroli. To długi temat, trudny… prawo sobie, a życie sobie. Bo i transport zwierząt na ubój, niehumanitarny. I wciąż działające cyrki ze zwierzakami. I wnyki na sarny w lasach… Mieszkam w otoczeniu lasów i często  na spacerach znajduję druciane pętle. Zabieram je do domu. Ale  jednak świadomość społeczeństwa wzrasta i wierzę, że większość ludzi nie traktuje zwierząt jak rzeczy. Pozdrawiam serdecznie tych, co kochają zwierzaki!

2)      Anonimowy –  Czytam recenzje Pani książki i boję się do niej zajrzeć, tak bardzo przywołuje bolesne wspomnienia... Czy myśli Pani, że da się wybaczyć w takich sytuacjach, nawet tak bliskim osobom, jak rodzice?
–  Dziękuję za pytanie poruszające bardzo trudny temat. Przebaczenie najczęściej wyobrażamy sobie jako spotkanie osób, wyjaśnienie sobie problemu, usłyszenie magicznego słowa, oczywiście przyjęcie go, i ewentualnie podanie ręki, czy poklepanie po ramieniu. Ale nie zawsze tak jest. Są osoby, którym przeprosiny nie przejdą przez gardło, albo takie, które nie widzą nic złego w tym co zrobili komuś, i nie czują się w żaden sposób winne. Tak może być w przypadku rodziców, którzy świadomie lub nieświadomie przez całe dzieciństwo stosowali przemoc fizyczną i psychiczną wobec dziecka. Wypaczyli dziecięcą psychikę, a zamiast solidnych podstaw do życia, wypuścili młodego człowieka w dorosłość z niską samooceną i wieloma zahamowaniami. Co wtedy? Łatwo jest radzić komuś słowami: daj sobie spokój, zapomnij, nie myśl o tym, jak nie przeżyło się czegoś podobnego.
Warto oddzielić pamięć od przebaczenia. Są przeżycia, których nigdy się nie zapomni, bo mamy świetną pamięć. Z jej fenomenem nie warto walczyć, lecz trzeba się z tym pogodzić. Ale przebaczenie pozostaje już w naszej gestii. Myślę, że do tego trzeba dojrzeć. Przebaczenie to wybór. To świadomość. Można je dokonać w sobie, bez udziału sprawców krzywdy. No i ważna jest odpowiedź na pytanie - co dają niekończące się rozmyślania i żal? Chyba nic pozytywnego, prawda?  Pielęgnujemy tylko w sobie złe emocje, i ładujemy się nimi na własne życzenie. I jeszcze poświęcamy na to naszą energię i czas myślowy. Robimy krzywdę tylko i wyłącznie sobie. Można by także zapytać siebie, co dałoby usłyszenie słowa „przepraszam”? Czy ono by coś  zmieniło? Z tym pytaniem borykała się moja bohaterka, Gabi. Najpierw stwierdziła, że byłaby usatysfakcjonowania, ale potem uznała, że nic to w jej życiu nie zmieni i przestała oczekiwać na to słowo. Dokonanie przebaczenia w sobie ma wielką moc. Jest możliwe. Myślę, że to stan transcendentalny, tak samo jak poczucie wewnętrznego piękna. Do tego trzeba dojrzeć, ale jednak warto się pośpieszyć, bo życie tak pędzi, a ma tyle dla nas dobrych dróg. A może teraz, z perspektywy czasu, warto spojrzeć na rodziców ze współczuciem, jako na chorych ludzi, zagubionych, nieszczęśliwych, którzy mieli wielkie problemy ze sobą, ranili, bo mieli jakiś szkopuł wewnętrzny? Coś było tego powodem. Przebaczenie to zakończenie, które odmienia nasze życie. Dodam jeszcze, że osoby, które przeżyły dzieciństwo w „złym” domu, często mają wspaniałe cechy charakteru. Są wyczulone na wszelkie zło, są empatyczne, są piękne wewnętrznie. Naprawdę! Życzę wszystkiego dobrego!

3)      Martucha180 – Co takiego zauroczyło Panią w okolicach Szczytna, że znalazła tam Pani swoje miejsce na ziemi? Pozdrawiam z północnych Mazur.
 – Martucho180, uściski! Bardzo mi miło,  że Pani też z Mazur. Przedtem mieszkałam również na Mazurach, tyle że po drugiej stronie, w dolinie Drwęcy. Ze Szczytnem to był zupełny przypadek. Zrodziło się marzenie o własnej stajni, koniach i rekreacji konnej. Nie znikąd, lecz z pasji syna, który jest dyplomowanym hodowcą koni, kawalerzystą i przodownikiem turystyki jeździeckiej. Marzenie dojrzewało, aż spadło rumiane jak jabłko z drzewa… Problem był ze znalezieniem takiego miejsca, gdzie wszystko byłoby pod ręką. Dom, konie, stajnia, i pastwiska. Pewnego razu zadzwonił do nas znajomy, że zna takie miejsce. I jest na sprzedaż. Pojechaliśmy, zakochaliśmy się, i kupiliśmy kawałek Mazur z niebem nad nim. Przez wiele lat trwało stajenne życie. Niesamowita przygoda. Równie dobrze mogło to być gdzieś indziej, ale przypadło na okolice Szczytna, i bardzo się cieszę, bo miasto jest piękne, a ja mam swój las i łąki, z żurawiami, boćkami, kuropatwami i skowronkami. I nawet mam własną brzezinę, taki brzozowy lasek, którego biel wciąż cieszy moje oko. Nie mówię jednak, że to miejsce ostateczne, bo jestem taki trochę pędziwiatr…

4)      Bogumiła Sławska – Witam :), co spowodowało, że poruszyła Pani tak ważny ale smutny temat ?
Pozdrawiam Bogusia
– I ja witam serdecznie, Pani Bogusiu. Temat jak każdy inny. I chociaż o wszystkim już napisano książki, te, które traktują o tym samym, różnią się bardzo. Każdy autor w inny sposób patrzy na wybrany temat. Pisze z innej perspektywy i swoimi emocjami. Ja sama do niedawna nie miałam pojęcia, że istnieje syndrom DDA. A nawet jak już o nim usłyszałam, nie wiedziałam, że to temat-rzeka, że tyle jest przypadków, ile osób żyjącym z nim.  W mojej książce większą uwagę  chciałam zwrócić  już na dorosłe dzieci alkoholików, na ich trudne życie, na ciągłe zmaganie się ze wspomnieniami, niż na samo dzieciństwo. Bo takie osoby nie chcą za bardzo rozmawiać o tym, co było, lecz skupiają się na tym, jak sobie radzić teraz. One walczą z tym, co było, grzebiąc w samotności przeżycia przez całe dorosłe życie, przeważnie bezskutecznie. To liczna grupa osób. Mówi się, że w Polsce jest ich milion, ale przecież nie każdy „się ujawnia”, więc może to być dwa, albo trzy razy tyle. Wiele osób nie wie, że są takie zaburzenia osobowości, że ktoś może mieć aż takie wielkie zahamowania i być chorobliwie nieśmiałym dlatego, że wzrastał w domu, gdzie przez lata wmawiano mu, że jest nic niewart. Postanowiłam więc o tym napisać. Dobrze, że obok pięknych książek o miłości i beztrosce, są mniej piękne. Są też potrzebne, bo obok widocznego kolorowego świata, toczy się inny, niewidoczny, skrywany…

5)      Bąblowa Mama – Mówi się, że każda matka kocha swoje dzieci. Moim zdaniem albo jest to bzdurą, albo niektóre kobiety kompletnie nie potrafią miłości okazać...
Jakie w takim razie jest Pani zdanie na temat miłości dzieci - czy zawsze, mimo wszystko powinny kochać i szanować rodziców? Nawet, jeśli czasem wydaje się to takie trudne, że wręcz niemożliwe...?
– Tak, mówi się, że każda matka kocha swoje dzieci, ale z mediów dobrze wiemy, że nie każda. Dzieci są katowane, gwałcone przez partnerów matki, nawet zabijane, bo przeszkadzały w kontynuacji beztroski sprzed porodu. To są skrajności. Ale jest wiele rodzin, gdzie dzieci są poniżane, żyją bez miłości, przez całe dzieciństwo są same ze swoimi problemami, smutkami, radościami i porażkami. Są małe, wymagają opieki. Są zaniedbane emocjonalnie. Nie mają dokąd pójść. Czy takie dzieci będą w dorosłości kochały swoich rodziców? Do miłości nie można nikogo zmusić. To są bardzo indywidualne sprawy, jak wszystkie inne, które dotykają psychik, emocji, uczuć. Pozdrawiam ciepło Bąblowa Mamo.

6)      Monika Płatek – Witam Pani Grażyno! Tyle razy byłam w Szczytnie i nie przypuszczałam nigdy w życiu, że będę miała możliwość wrócić w te piękne okolice za sprawą książki. Kocham Mazury. Chętnie wracam nad jezioro Niegocin oraz Rydzewo i jego okolice. Kiedy po raz pierwszy przeczytałam fragmenty Pani książki "Powiedz, że mnie kochasz mamo" w cyklu Dzień z książką wiedziałam, że muszę książkę przeczytać w całości. Ta książka z jednej strony przywołuje bolesne chwile z mego dzieciństwa, z drugiej strony głęboko wierzę, że może pozwoli mi rozliczyć się z przeszłością. Moje pytanie brzmi: Uważa Pani, że każdy człowiek jest jak księga, z której można czytać - zatem jaki jest tytuł i gatunek Pani księgi?
– Bardzo mi miło, Pani Moniko, serdecznie pozdrawiam. Wiele osób mi mówi lub pisze, że „Powiedz, że mnie kochasz, mamo” przywołuje smutne wspomnienia. Dostałam nawet mejla od pani, która twierdzi, że to książka o jej dzieciństwie, choć czas i sytuacje inne. Wiele osób pisze do mnie o swoich odczuciach po jej przeczytaniu, ktoś inny zastanawia się, czy nie pójść do psychologa, bo od kilkudziesięciu lat nosi w sobie tę smutną tajemnicę, i marzy aby ktoś go wysłuchał i porozmawiał z nim. Żyje "nieuporany" z przeszłością, a chciałby, aby ktoś mu wszystko wytłumaczył, poukładał, wskazał drogi wyboru, jak Gabi z powieści. Inni dopiero z mojej książki dowiedzieli się, że istnieje syndrom DDA. Nie mieli o tym pojęcia. Niektórzy recenzenci napisali, że teraz inaczej patrzą na takie osoby. Bardziej je rozumieją. I zastanawiają się, czy nie mówią zbyt rzadko swoim dzieciom, że je kochają. To miłe w tym smutnym temacie, że książka wywarła jakiś wpływ na czytelnika, że coś dała, że została na dłużej po przeczytaniu.
Tak, piszemy swoje księgi życia, ale nie wszyscy potrafią czytać te nasze opowieści, choć raczej każdy wie, że najważniejsze jest niewidoczne dla oka. Jaka jest moja opowieść…? To trudne pytanie, bo my piszemy, a czytają inni i oni są krytykami. Tytuł, owszem, mogę dać – „Opowieść o nieposkromnionej”, albo niepokornej. Jestem taka pod prąd. Wciąż coś lubię zmieniać i to nie fryzury. Lubię wielkie zmiany, które wywracają życie do góry nogami. Chciałam koni i dogoniłam marzenie. Potem zamarzyło mi się zostać autorką książki. To było niedoścignione marzenie, bo tyle osób pisze, a według statystyk mało czyta. Ale zanim książka została wydana, wysłałam ją w wersji elektronicznej na ogólnopolski konkurs literacki i zdobyłam wyróżnienie. A potem już poleciało… Spełniło się i to marzenie. Wciąż mnie gdzieś gna. Nie lubię monotonii. Chcę życia wyjątkowego, a im w wiek tym szybciej, bo czasu tak mało… I nie jestem pracoholikiem. Lubię życie celebrować.

7)      Aneta Kasza – W   moim życiu bywają momenty, w których tęsknię za dzieciństwem. Żeby choć na krótką chwilę powrócić do tych wspaniałych czasów, sięgam po książki z "dziecinnych" lat. "Dzieci z Bullerbyn'', "Ania z Zielonego Wzgórza", "Karolcia", "Tajemniczy ogród", "Plastusiowy pamiętnik", "Kubuś Puchatek", "Kajtkowe przygody", "Pies, który jeździł koleją... Byłam i jestem zakochana w baśniach Braci Grimm i Hansa Christiana Andersena. Do tej pory uwielbiam czytać
"Jasia i Małgosię", "Śpiącą Królewnę", "Księżniczkę na ziarnku grochu", czy "Królową Śniegu".
Mam ogromny sentyment do bajek i baśni. Kiedy sięgam po książki z dzieciństwa, ze wzruszeniem i radością przypominam sobie te cudowne czasy, które były najpiękniejszą bajką. Każdy z nas jest pisarzem własnego losu i główną postacią swojej bajki.
Czy Pani - podobnie jak ja - sięga i powraca do książek z dziecięcych lat, i czy ma Pani ulubioną bajkę z dzieciństwa?
Czy zgadza się Pani z twierdzeniem, że w każdym człowieku skrywa się małe, bezbronne dziecko spragnione beztroskich chwil?
–   Pani Aneto, piękne pytanie i z wielką przyjemnością na nie odpowiadam. Kocham książki i ludzi, którzy je czytają. Dla mnie są wyjątkowi. Mam wielu rozczytanych znajomych. A może do takich ludzi lgnę? Uwielbiam z nimi rozmawiać o książkach. A teraz się boję, bo na taki temat nie potrafię krótko pisać. J
Z sentymentem wspominam kilkunastostronicowe książeczki z serii „Poczytaj mi mamo”. W domu mieliśmy ich mnóstwo. „Karolcia”, o tak! Marzyłam o takim czarodziejskim koraliku latami. Baśnie Andersena też wciąż się pamięta, prawda? Niesamowicie pobudzały wyobraźnię! „Dziewczynka z zapałkami” wpędziła mnie prawie w depresję. Nie mogłam spać, tak bardzo przejęłam się jej losem. I ja znam bajki, które Pani wspomina. Często zacierała się granica między bajkową fikcją a prawdziwym życiem. Te same bajki czytałam moim dzieciom, a potem już czytały same. Zawsze dużo czytałam, i raczej wszystko co wpadło mi w ręce. Czytałam do końca najbardziej nudne i banalne powieści. Bo było mi żal. Teraz już tak nie jest. Czas pędzi, a tyle książek, więc już nie zmuszam się do dokończenia jak mnie nie wciągają. Wybieram skrupulatnie tematykę. Nie powiem jakich nie lubię, lecz jakie lubię. Ostatnio dużo czytam noblistów. Uwielbiam biografie i tematykę  o religiach i kulturach wschodu. Tematykę hinduską i buddyjską. Czytam książki z listy stu książek polecanych przez BBC. Poczytuję też powieści historyczne. Czytam książki z dużą dawką psychologii. Moja koleżanka stwierdziła kiedyś, że czytam takie „nieszczęśliwe” książki. Ale odskocznią od nich jest tematyka toskańskich i prowansalskich winnic. Ciepła i lekka. I książki podróżnicze. Czytam też poezje, tam jest inny świat… Lubię czasem  w nim pobyć.
Ma Pani rację, w każdym jest coś z dziecka. Nie powinniśmy z tym walczyć. Trzeba czasem siąść na huśtawkę, namalować laurkę koleżance, wylizać talerzyk po torcie. Trzeba podskoczyć i klasnąć w dłonie z radości, jak dziecko. Ja nie mam z tym problemu. Jeśli chodzi o ulubioną bajkę, chyba nie mam. To trudne pytanie, tak samo jak o ulubioną książkę. Czytałam trzy razy „Dolinę Issy” Miłosza, mam własną. Kocham „Noce i dnie”. To taki cudny świat… bez gadżetów elektronicznych, gdzie ludzie byli ze sobą. Pozdrawiam serdecznie i posyłam moją książkę, którą dodatkowo ufundowałam dla jednej osoby, która mnie czymś ujmie. Bo książki to moja pasja, to moja wielka miłość.

Książkę za najciekawsze pytanie wygrywa Anonimowy. Gratuluję!
Pozdrawiam wszystkich bywalców Pisaninki. Dziękuję za poświęcony mi czas.






poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Anna Kasiuk "Lewy brzeg" premiera: wrzesień 2015

Anna Kasiuk „Lewy brzeg” recenzja




Nazwisko Anny Kasiuk poznałam przy okazji czytania jej debiutanckiej powieści obyczajowej z wątkiem kryminalnym zatytułowanej „Piąte-nie zabijaj”. Już wtedy widziałam w niej wielki potencjał, ale nad warsztatem należało jeszcze popracować. W porównaniu z debiutem, „Lewy brzeg” wygrywa w przedbiegach. To książka dopracowana w każdym szczególe i zaskakująco dobra. Historia wciąga nas od pierwszych zdań, nie nudzi, a fascynuje i ciekawi. Z ogromnym zainteresowaniem śledzimy losy bohaterów, chcemy dowiedzieć się o nich jak najwięcej, zrozumieć ich metody postępowania i tok rozumowania. Powieść ta kryje w sobie wiele tajemnic, które chcemy jak najszybciej odkryć, znaleźć odpowiedź na dręczące nas i ich pytania.

Majka wierzy w ludzi, w to, że nie mogą być pozbawieni skrupułów, bez serca, z gruntu źli. Uważa, że praca w podupadającej praskiej przychodni jest idealnym miejscem dla niej. Tutaj czuje się dobrze, jest usatysfakcjonowana i szczęśliwa. Czegoś jednak brakuje w jej życiu. Spełnia się zawodowo, choć nie zarabia zbyt wiele. Może uważa, że pieniądze to nie wszystko?
Jej przyjaciółka Ewa chce od życia czegoś więcej i chętnie przystaje na propozycję pracy za lepsze pieniądze w prywatnej klinice na Ochocie, choć wiąże się to najprawdopodobniej z umówieniem się z raczej obleśnym i mało atrakcyjnym personalnym. Postanawia skorzystać z szansy, jaką otrzymała od losu, wszak zależy jej na rozwoju. Nie myśli o tym, jak zakończy się ta historia.
Kobiety różnią się od siebie, ale nie przeszkadza im to w żadnym stopniu. Majka należy do osób raczej spokojnych, marzy o księciu z bajki, gromadce dzieci i prawdziwym, ciepłym i szczęśliwym domu, Ewa jest żywiołowa, stawia sobie jasne cele i dąży do nich uparcie. Nie martwi się na zapas, nie poddaje melancholii. Pierwsza z nich opiekuje się schorowanym ojcem, który tęskni za żoną. Jest idealistką w każdym calu, zakompleksioną i niepewną własnej wartości psycholożką. Druga doktor psychologii nie ogląda się za siebie, czerpie z życia garściami i zawsze doskonale wygląda.
Obie wybierają się do klubu, by uczcić nową pracę Ewy. Bawią się świetnie, ale Majkę zaczyna niepokoić utkwiony w niej wzrok pewnego mężczyzny. Czuje się dziwnie, nieswojo, oczami wyobraźni widzi sceny żywcem wyjęte z horrorów, które oglądała. Paweł, bo tak ma na imię przystojny mężczyzna, który budzi w niej niepokój, okazuje się całkiem zwyczajnym facetem. Przynajmniej pozornie. Nawiązują bliższą znajomość. Czyżby to on miał być jej upragnionym księciem, na którego czekała i o którym marzyła?

Dzięki niebywale plastycznym opisom, szybko i bez najmniejszego problemu przenosimy się w okolice, o których opowiada autorka. Niezwykle piękny jest krajobraz, jaki roztacza przed nami. Bohaterowie wykreowani zostali ciekawie, zaskakują nas i zadziwiają. Cała historia daje do myślenia i pozostawia w nas ogromny niedosyt. Z niecierpliwością oczekuję na kontynuację serii Łowiska i na kolejne spotkanie z nietuzinkowymi postaciami, jakie stworzyła Kasiuk.
Całość polecam zdecydowanie, szczególnie wielbicielom mrocznym sekretów, zagadek rodzinnych sprzed lat. Czy zawsze rany mają szansę zagoić się wraz z upływającym czasem, a miłość jest lekarstwem na wszelkie bolączki? Jak wielka siła tkwi w kruchej i mało przebojowej Majce? Tego wszystkiego dowiecie się z tej jakże pasjonującej i wciągającej lektury.


Anna Grzyb/blog Pisaninka 


Premiera: wrzesień 2015 

Książce tej patronuję medialnie. Niebawem konkursy. 




niedziela, 23 sierpnia 2015

Śnieżynki Liliana Fabisińska premiera: 02.09.2015





Nazwisko Liliany Fabisińskiej poznałam przy okazji czytania książeczek skierowanych do młodszego czytelnika. Wraz z moimi dziećmi przenosiłam się szybko i bez jakiegokolwiek problemu do świata wykreowanego przez pisarkę, dlatego z wielkim zainteresowaniem sięgnęłam po powieści, które napisała dla dorosłego odbiorcy. I tak poznałam piękne oblicze przyjaźni stworzone w książce „Z jednej gliny”, zagubioną nastolatkę i różne odcienie miłości w „Córeczce”, a wreszcie ogromną potrzebę posiadania dziecka w „Śnieżynkach”.


Tytuł i opis znajdujący się na okładce książki przekonuje nas, że tym razem będziemy mieli do czynienia z lekturą niebanalną i tematyką arcytrudną. Zaskakujące i pomysłowe jest tutaj połączenie dwóch światów-ludzi bogatych i tych biedniejszych, żyjących skromnie. Odmienność ich poglądów, zachowań, postrzegania rzeczywistości, dzieli ich dosłownie wszystko, ale połączy jedno-obie pary chcą zostać rodzicami. Czy to wystarczający powód, by zacząć się przyjaźnić? 
Monika i Mateusz są głęboko religijnymi osobami, od wielu już lat starającymi się o maleństwo. Z kolei Dagmara i Igor nie mają żadnych zahamować, są szczęśliwi, spełniają się i w życiu prywatnym, i zawodowym. Nigdy wcześniej nie myśleli o tym, by starać się o potomka, dlatego też uważają, że szybko i bez problemu uda im się zostać rodzicami. Czy faktycznie za pieniądze można kupić wszystko?

Monika jest dużo starsza od Dagmary, dlatego ma mniejsze szanse na zostanie matką. Pragnie tego jednak z całego serca i dla tego pragnienia gotowa jest postępować wbrew sobie i swoim przekonaniom. Jej mąż, wychowany w głębokiej wierze, brat księdza, waha się i nie wie, czy powinien zgodzić się na rozwiązania, które proponuje mu jego ukochana żona.


To książka niezwykła. Czytałam już kilka innych poruszających temat miłości na szkle, ale ta historia wstrząsnęła mną i nie pozwoliła, bym się od niej oderwała choć na chwilę. Skończyłam ją czytać późno w nocy i nie mogłam zasnąć, tak silne targały mną emocje. Uważam, że zakończenie jest po prostu idealne, wreszcie znalazłam prawdziwe życie, nie cukierkową i przesłodzoną opowieść o ludziach, którzy znaleźli się w sytuacji patowej, zdawałoby się, bez wyjścia.

Temat ciągle jeszcze jest zbyt rzadko poruszany, ale naprawdę ważny społecznie, dotyczący przecież całej rzeszy ludzi. Współczujemy im, ale tak naprawdę nie mamy pojęcia, czym jest dla nich życie bez dziecka. Walka, bezsilność, kluczenie, kłamstwa, poczucie wyobcowania  to ich codzienność. Nie radzą sobie z tym, że nie mogą zostać rodzicami, bo ich ciało nie jest doskonałe, bo czegoś mu brakuje.
To powieść przede wszystkim skupiająca się na emocjach, odczuciach jej bohaterów, nie medyczne informacje, suche fakty. Ukazuje ona rozdarcie wewnętrzne, dylematy moralne, często zbyt trudne, by o nich myśleć, by dokonywać wyborów, tak po prostu bawić się w Pana Boga. Bo kto daje nam takie prawo? Czy powinniśmy oceniać osoby, które wykorzystały już wszelkie inne możliwe sposoby? Czy jesteśmy w stanie im pomóc? Cokolwiek im doradzić?
A gdyby to dotyczyło nas samych…?

Ciągle mam przed oczami obraz, jaki roztoczyła przede mną autorka. Scena, gdy matka jednego z bohaterów, nastawiona sceptycznie i pałająca nienawiścią do jego żony, wykrzykuje mu w twarz, że nie powinien wiązać się z kobietą tak rozrzutną, po prostu rozłożyła mnie na łopatki. Powaliła na kolana. Mąż wspomnianej rozrzutnej wolał okłamywać własną rodzicielkę, wyrażając się mało pochlebnie o ukochanej małżonce, niż przyznać, że postępują wbrew religii, w jakiej zostali wychowani. W tym właśnie momencie poczułam się osaczona i zdradzona, choć nie mnie dotyczyła zaistniała sytuacja. Była ona wyrazista i przesiąknięta emocjami, rzetelnie przedstawiona nam, czytelnikom, pokazała ogrom emocji, bezsilności i samotności tej postaci. Tego męża, który wolał oczerniać żonę niż przyznać, że starają się o dziecko metodą daleką od tradycyjnej.

Mądra, wartościowa to była lektura. Nie sposób przejść obok niej obojętnie. Nie poczuć emocji bohaterów, nie współczuć im. Poruszająca do głębi, szczera, boleśnie prawdziwa i uświadamiająca nam, którzy być może takich problemów nie mamy, że warto wykazać się zrozumieniem, empatią, wrażliwością. Polecam z całego serca.

Premiera: 02.09.2015 







niedziela, 16 sierpnia 2015

Obietnica Łucji Dorota Gąsiorowska




Dorota Gąsiorowska uciekła od zgiełku miasta, by zamieszkać pod Krakowem. Pisała odkąd pamięta, ale długo nosiła się z zamiarem przesłania swojej powieści wydawcy. Wreszcie się odważyła.

Zadebiutowała tą obszerną opowieścią o miłośniczce zabytków, Łucji, opowiedziała nam o jej smutnej przeszłości, od której bohaterka postanowiła wyzwolić się za sprawą przeprowadzki do małego, urokliwego miasteczka. To w Różanym Gaju zamieszkała, tutaj chciała odnaleźć siebie, przy okazji odkrywając sekrety tego niezwykłego miejsca.


Książkę czyta się szybko, ale nie znajdziemy w niej w gruncie rzeczy niczego nowego, tylko czy tak naprawdę zawsze szukamy w literaturze czegoś odkrywczego, innego? Czytelnik potrzebuje czasem pocieszenia i w tej powieści na pewno znajdzie to, czego szuka. Wiarę i nadzieję na to, że będzie lepiej. Z góry wiadomo, jak zakończy się ta historia, to prawda, że jest przewidywalna. To taka idealna lektura na kilka wieczorów, relaksująca i dosyć banalna, sympatyczna można powiedzieć. Dobry "umilacz" czasu.

Sympatyzujemy z główną bohaterką, jesteśmy po jej stronie, a nawet uczymy się od niej, ponieważ za sprawą tej powieści możemy uświadomić sobie, że przeszłości nie da się zmienić i nie ma sensu rozpamiętywać jej po wielokroć i rozkładać na czynniki pierwsze, wciąż i wciąż na nowo. Spójrzmy z radością i optymizmem w to, co dopiero przed nami. Na tym się skupmy. Zapewniam, że warto, bo o ile przeszłości zmienić już nie możemy, o tyle przyszłość zależy od nas samych. I tego się trzymajmy.

Pomimo przewidywalności oceniam książkę dosyć wysoko i polecam ją czytelnikom mojego bloga, ponieważ dzięki tej lekturze możemy miło spędzić czas, dobrze się bawiąc i rozwiązując zagadki sprzed lat.