środa, 3 lutego 2016

Lokalnie: O tym, jak powstał Wałcz.

Zapraszam na nowy, blogowy cykl: LOKALNIE. W cyklu tym będę dodawać posty związane z Tucznem, Mirosławcem i Wałczem. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu. 





Walcz o domostwo swoje!



Każda kraina może poszczycić się niejedną legendą, którą przekazywano sobie niegdyś za pomocą słów, a nierzadko i spisywano ją na papierze. W ten sposób babcie przed snem opowiadały wnukom nieprawdopodobne historie, często nie do końca prawdziwe, trochę fantastyczne, ubarwione, za to na pewno pasjonujące i ciekawe. Oparte były oczywiście na faktach, ale ponieważ przekazywane ustnie, wielokrotnie przekształcane i przeinaczane, nie ostały się i nie zachowały do naszych czasów w pierwotnej, oryginalnej formie.

Z powiatem wałeckim wiąże się wiele pasjonujących opowieści, związanych z czasami odległymi, jak i z  tymi bliższymi, bardziej nam aktualnymi. Czy na pewno wszystkie te historie wydarzyły się naprawdę? Czy właśnie tak wyglądały? Możemy się tego dzisiaj jedynie domyślać.
Pojezierze Wałeckie podobnież powstało na skutek wzruszenia samego Pana Boga, który nie był zachwycony widokiem niezbyt przyjemnym i miłym dla oka. Zabrakło dla naszych okolic żyznej ziemi, równych i bogatych w złoża terenów, a i skarbów żadnych nie miał już Bóg w zanadrzu, by rzucić je w te nasze biedne i mało atrakcyjne rejony. Może dlatego właśnie te łzy ronił, ich nam nie poskąpił, a dzięki nim powstały przecudnej urody jeziora, które do tej pory są jedną w największych naszych atrakcji.
Samo miasto Wałcz również poszczycić się może historią ciekawą. Dzisiaj zapewne mało kto pamięta, jak doszło do jego powstania, skąd się wzięło na mapie naszego kraju. Onegdaj w tym miejscu stała puszcza, wielka, ogromna, jak okiem sięgnąć wypełniona wspaniałymi, rozłożystymi drzewami: dębami, bukami czy sosnami. Nie brakowało tutaj również dorodnych okazów zwierzyny wszelakiej, jak niedźwiedź czy sarna. Z ptactwa w przestworzach można było dostrzec sokoła czy orła, a jeziora wypełnione były przesmacznymi rybami.
Czerpano wodę z najczystszego i najzdrowszego źródełka, które według jednej z legend miało wielką i niespotykaną nigdzie indziej moc. Samo obmycie się wodą z niego uzdrawiało podobno, wszelkie choroby i dolegliwości mijały jak ręką odjął. Umierający znowu zaczynali żyć pełnią życia, cierpiący na choroby skórne nagle mieli gładkie i szlachetne rysy,  ci, którzy mieli problemy z oddychaniem, zaczynali oddychać pełną piersią, znikał kaszel, katar, ból, wszelakie kłopoty zdrowotne. Gdy pojawiał się w pobliżu źródełka człowiek z głęboką raną, po obmyciu tego miejsca wodą znikała, zasklepiała się, pozostawiając tylko maleńką bliznę, jedyny dowód na to, że człowiek ten wcześniej był śmiertelnie ranny, konający nawet. Ci, którzy chodzili o lasce, z trudem poruszali się, odrzucali ją i zaczynali tańczyć, po spróbowaniu tego cudownego płynu, przezroczystej wody, która moc miała niebywałą.

Pewnego dnia pojawili się w okolicach tych spokojnych nieznani nikomu osobnicy. Zachodzono w głowę, czegóż mogli oni chcieć od okolicznych mieszkańców, zastanawiano się, w jakim celu przybyli? Spodobało im się bardzo polowanie na zwierzynę zamieszkującą lasy i bory pobliskie, poszukiwali jedzenia, próbowali łowić ryby. Wieczorami rozpalali ogniska, na których piekli soczyste i aromatyczne mięsiwo, którego zapach rozchodził się po okolicy. Wiedzieli, że nie są tu mile widziani, dlatego zawsze jeden z nich czuwał, stał na straży. Nie czuli się w tych nieznanych im wcześniej okolicach bezpiecznie i jak u siebie, dlatego dopóki noc była ciemna nie odważali się zasypiać. Postanowili jednak, że tutaj osiądą na stałe. Dosyć mieli już tułaczki i wędrówki, niepewności. Chcieli zamieszkać w miejscu, gdzie jedzenia było pod dostatkiem, gdzie nie musieliby martwić się o nie. Podjętej decyzji, przemyślanej i rozważnej, nie żałowali nigdy. Z pozostałymi nielicznymi mieszkańcami wreszcie dogadali się bez problemu, starczyło przecież dóbr wszelakich dla wszystkich. Nie chcieli kłótni, sporów, nie szukali zwady, a jeno miejsca, w którym mogliby się zadomowić.

Postanowili wiele drzew wyciąć w pień, by zrobić miejsce pod swoje przyszłe domostwa. Powoli oswajali te dzikie knieje, tereny, których wcześniej nie widywało ludzkie oko.  Huk i hałas płoszył zwierzynę, ptactwo również było zaniepokojone, ale przyszli osadnicy nie robili sobie nic z tego. Nie przejmowali się czworonogami i lądowym, jak też wodnym ptactwem. Szałasy, prymitywne dosyć i niezbyt dla dzisiejszego człowieka atrakcyjne stanęły na tej dziewiczej często ziemi i stały się dumą i domem ludzi, którzy postanowili tu osiąść na stałe. To tutaj poczuli się bezpiecznie, to miejsce wybrali na swoje przyszłe miejsce, pod tym niebem chcieli zasypiać i budzić się każdego ranka, tym czystym, zdrowym i rześkim powietrzem chcieli oddychać. Wycinać musieli jednak w dalszym ciągu lasy i bory, pod przyszłą uprawę, niebawem też zaczęto stawiać z drzewca pierwsze chałupy. Daleko im było do pięknych i wspaniałych budowli okresów późniejszych, ale metodą prób i błędów stawiano coraz to mniej prymitywne chaty.
Czy owym mieszkańcom udało się jednak żyć z dala od trosk i niebezpieczeństw? Niestety nie. Co i rusz napadano na nich, bo ziemie te były atrakcyjne nie tylko z ich punktu widzenia. W dalszym ciągu pojawiali się tutaj nowi, szukający schronienia ludzie nie zawsze żyjący zgodnie z przykazaniami boskimi. Poszukiwani na innych, odległych terenach mieli nadzieję, że tutaj znajdą azyl, że w tym miejscu zakończy się ich banicja, że dalej nie będą zmuszeni już uciekać. Wrogów, zdawało im się, że zostawili daleko w tyle, że wywiedli ich w pole. Niestety tutaj też dochodziło do wielu nieporozumień, bijatyk i awantur między ludźmi skorymi do bójek. Ci, którzy byli tu pierwsi również nie pozwalali sobą rządzić i z wielką odwagą bronili swoich terenów.
Także wielcy tego świata z chęcią wyruszali na polowania w owe knieje i bory. Możnowładni świetnie się tutaj czuli, bogactwo lasów w zwierzynę było dla nich wielką atrakcją.
W jakiś ciepły, jeszcze nie letni, ale wiosenny dzień zapragnął pewien książę zapolować tu na zwierzynę. Słyszał wiele dobrego o tutejszych sarenkach, jeleniach i dlatego tym chętniej wziął udział w polowaniu, wraz ze swoją świtą. Jak na myśliwego uwielbiającego pogoń za zwierzyną przystało, nie miał zamiaru zostawić zranionego zwierzęcia. Udał się za nim, lecz niestety pogubił się w borach i lasach.
Widok, jaki wreszcie ujrzał zaskoczył go zupełnie, bo oto przed nim pojawiła się piękna, ogromna polana, którą ze wszech stron oświetlały gorące promienie słoneczne. Nagrzana nimi, dodatkowo wzniecona walką, jaka się tu rozgrywała, wyglądała pięknie, zjawiskowo. To tutaj walczono z niezwykłą zaciętością o skrawek ziemi, bój trwał między mieszkańcami tych rejonów a przybyłymi z północy ludźmi. Jedni drugim grozili, panował hałas i krzyk przeraźliwy, z którego zdało się wyłaniać raptem pojedyncze słowo, rozkaz:
-WALCZ!
Powtarzano je z wielką mocą, z niezwykłą determinacją.
Książe, niemy do tej pory świadek zmagań pomiędzy osadnikami a przybyszami, z zainteresowaniem przyglądał się całej tej groźnie wyglądającej sytuacji. Ci, którzy mieszkali tu od pewnego przecież już czasu, wykazywali się olbrzymią odwagą w walce z najeźdźcami, co zaimponowało mu i wzbudziło jego szacunek. Pomyślał, że warto mieć takich ludzi po swojej stronie, postanowił więc, że weźmie ich pod swoje opiekuńcze skrzydła. Był pod wrażeniem tego, jak walczyli, ale też tego, jak piękne miejsce do życia tu sobie stworzyli.
Myśl księcia szybko przeistoczyła się w czyny i w taki oto sposób powstał dzisiejszy Wałcz, miasto powiatowe, rozwijające się dynamicznie od wielu już lat. Nazwę swą wzięło oczywiście od pełnych charyzmy okrzyków pradawnych mieszkańców tego grodu.



Anna Grzyb

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza