poniedziałek, 21 lipca 2014

Luiza Dobrzyńska wywiad i konkurs


Luiza Dobrzyńska wywiad i konkurs


Luiza Dobrzyńska ma niebanalne zainteresowania, ponieważ uwielbia Star Trek i koty! Od kwietnia 2005 roku prowadzi blog: http://outsidelando7.blog.onet.pl/ ,  a pisaniem w ogóle zajmuje się od dwunastego roku życia. Ma na swoim koncie już kilka tytułów, między innymi: „Dzieci Planety Ziemia”, „Jesteś na to zbyt młoda”, „Duszę”. Pracuje w szpitalu dziecięcym. Zapraszam na rozmowę z autorką inną niż wszystkie, z którymi wcześniej rozmawiałam. A dlaczego inną? Przekonacie się za moment…


Zacznę od pytania, które nurtuje mnie najbardziej. Zaczęła Pani pisać w wieku dwunastu lat. Co to była za książka, o czym opowiadała? Czy dała ją Pani komuś do przeczytania?
Właściwie powieść, którą wtedy napisałam, trudno nazwać „moją książką”. Było to coś, co dziś określa się nazwą fanfiction, jakby książkowa wersja przygód młodego rycerza-partyzanta z czasów wojny stuletniej. Nazywano go Thierry la Fronde, od rzymskiej procy, którą władał z wielką zręcznością. Puszczano wtedy w programie „Ekran z bratkiem” serial o jego przygodach. To, co pisałam, czytały moje koleżanki i zazwyczaj chichotały po kątach. Nie miałam jeszcze wyrobionej ręki.


Skąd pasja związana ze Star Trek? Ktoś nią Panią zaraził, czy sama odkryła Pani, że to fascynująca seria?
 „Star Trek”, jak wiedzą nie tylko jego entuzjaści, to nie jeden serial, a sześć różniących się od siebie bohaterami i miejscem akcji serii filmowych, dwanaście filmów kinowych i rozległa literatura. Dla mnie jednak zetknięcie z tym uniwersum było początkowo migawkowe. Podczas testów telewizji kablowej PORION, jednej z pierwszych warszawskich sieci, pojawiały się i znikały różne kanały, głównie obcojęzyczne. Na jednym z nich zobaczyłam fragment któregoś odcinka oryginalnej serii Star Treka, z 1966 roku. Ponieważ klimat lat 60'tych w telewizji zawsze miał dla mnie magnetyczny urok, ten drobny wycinek dosłownie chwycił mnie za serce. Gdy później telewizja polska zaczęła emitować serię Star Trek Następne Pokolenie, czułam się zawiedziona, ale mimo to zaczęłam ją oglądać i w końcu polubiłam. Jednak dopiero gdy ujrzałam wreszcie serię oryginalną, stałam się nie tyle sympatyczką, co entuzjastką uniwersum. Moja pamięć nie kłamała – właśnie ta seria była dla mnie najlepsza, mimo kartonowych dekoracji i potworów z gumy. Oczywiście inne też bardzo cenię i chętnie oglądam. Uczestniczę też w pracach polskiego stowarzyszenia TrekSfera, szczególnie gdy organizujemy doroczny konwent.

Chciałabym zapytać również o Pani pracę. Czy ciężko jest przyglądać się cierpieniu dzieci, czy znalazła Pani jakiś sposób na uodpornienie się? Trzeba być silnym psychicznie, by podołać takiej pracy moim zdaniem…
Pracowałam w szpitalu zakaźnym, więc z wieloma problemami nie miałam do czynienia. Jednak rzeczywiście widziałam bardzo dużo. Na pewno nie jest to łatwe. Chyba najtrudniej znieść poczucie bezradności, bo przecież nie każdemu dziecku udaje się pomóc. W trakcie pierwszego roku pracy ostatecznie porzuciłam pomysł podjęcia studiów medycznych. Było to wtedy, gdy przypadkiem usłyszałam, jak doktor Zawadzka, niemłoda i doświadczona lekarka, prosi ordynatorkę oddziału, żeby to ona powiadomiła rodziców pacjentki, że ich córeczka nigdy się nie obudzi. Sama nie umiała im tego powiedzieć. Znałam tę dziewczynkę, robiłam jej badania. Była śliczną, słodką dziewięciolatką o czarnych kędziorkach. Pokonało ją różyczkowe zapalenie mózgu, a lekarzom nie udało się powstrzymać rozwoju choroby. Jak widać, nie można się na to uodpornić, to zawsze boli tak samo i zawsze pozostają wątpliwości: a może jednak można było zrobić coś więcej? Uznałam, ze nie umiałabym tego znieść. To prawda że cierpienie dzieci to coś, z czym nie można się pogodzić. Jednak widziałam nie tylko śmierć i kalectwo, często spowodowane chorobami, którym można było zapobiec przez podanie szczepionki w odpowiednim czasie. Widziałam też wyzdrowienia, które rzucają na kolana nie tylko ludzi religijnych. Widywałam maleństwa skazane na śmierć, już opłakiwane, których ciałka zaczynały nagle walczyć i ostatecznie zwyciężały. To też jest coś, co nigdy człowiekowi nie spowszednieje.


Kocha Pani zwierzęta, szczególnie koty, tu pozwolę sobie zacytować Pani słowa:
za to, że są zwierzętami, a nie ludźmi i nie mogę ścierpieć, gdy dzieje się im krzywda.”
Proszę wytłumaczyć nam, dlaczego tak Pani uważa?
Zwierzęta po prostu nie mają typowych ludzkich wad. Nie odróżniają pojęć dobra i zła w tym sensie, w jakim jest to dane ludziom. Są szczere i prostolinijne, a jeśli nawet zrobią coś w naszym pojęciu „złego”, nie można ich za to winić. Ich spojrzenie zawsze jest czyste i szczere. Jeśli kochają, to bezwarunkowo – nie obchodzi ich, czy człowiek którego obdarzają uczuciem jest garbaty, kulawy, brzydki, a może brudas , przewlekle chory na coś paskudnego czy życiowy nieudacznik.  Obojętne im też gdy wygląda jak model, świetnie zarabia i wszyscy się z nim liczą. Nie obchodzą ich wady ani zalety ludzkiego przyjaciela, po prostu go kochają. To niezwykle piękne. Smutne, że tak wielu ludzi nie umie tego docenić.

Niestety jeszcze nie miałam przyjemności czytać Pani książek. Proszę opowiedzieć nam w kilku słowach, o czym są Pani powieści, o czym Pani najchętniej pisze?
Najchętniej piszę książki z dziedziny SF i fantasy, choć zdarzyło mi się „popełnić” zupełnie zwyczajny kryminał. Próbuję teraz znaleźć dla niego wydawcę. Zwykle korzystam z usług firmy wydawniczej, która pobiera opłatę za swe usługi, ale nie tracę nadziei, że kiedyś jakieś tradycyjne wydawnictwo zechce dać mi szansę. Interesuje mnie przyszłość ludzkości, to do czego doprowadzi rozwój technologiczny, unikam jednak opisywania katastrof. Wolę tworzyć opowieści o odbudowie ludzkości i jej ewolucji niż o zagładzie.


Co daje Pani prowadzenie bloga, od ponad 9 lat? Nigdy nie miewała Pani chwil zwątpienia, nie myślała, że lepiej dać sobie z tym wszystkim spokój? Sama prowadzę blogi od blisko 6 lat i wiem z własnego doświadczenia, że nie zawsze jest to łatwe i przyjemne zajęcie. Zdarzają się przecież osoby, które chcą blogerowi dopiec, zdenerwować go, wyprowadzić z równowagi. Czy i Pani spotkała się kiedykolwiek z krytyką?
Kiedyś bardzo przeżywałam każdy krytyczny komentarz, ale z biegiem czasu nauczyłam się je ignorować. Stosuję zasadę francuskiego poety Boileau:
Gdy krytyk na me pisma żółć piórem wyleje
ma li słuszność? Korzystam. Błądzi? To się śmieję.

Myślę, że najlepiej jest właśnie tak do tego podchodzić. To, co zamieszczam na blogu, to moje własne przemyślenia. Niekoniecznie muszą być słuszne, ale są moje. Nie zamierzam zmieniać poglądów po to, by się do kogoś dopasować, albo żeby podlizywać się jakiemuś konkretnemu środowisku.





Jak długo tworzy Pani powieść? Od czego zaczyna się kreacja głównego bohatera? Czy wzoruje Pani swoje postaci na rzeczywistych osobach, czy raczej woli Pani czerpać garściami z własnej wyobraźni?
Zwykle piszę powieść przez około pół roku. Potem musi się „odleżeć” i robię staranną korektę. Powtarzam tę czynność kilka razy. Postacie zazwyczaj tworzę od podstaw, choć od czasu do czasu wzoruję je też na znajomych – tak dla zabawy. Staram się jedynie, by odbyło się to bez złośliwości, bo „mszczenie się piórem” , gdy ktoś ci dokuczy, to jednak niezbyt finezyjne zagranie.

Co Pani myśli o polskiej literaturze, tej aktualnie wydawanej? Czy trzeba mieć szczęście, by stać się popularnym pisarzem, uwielbianym przez tłumy czytelników? Czy sam talent wystarczy?
Sam talent to podstawa, ale też dopiero pierwszy krok. Bestsellera się nie pisze, bestseller się produkuje. Minęły już czasy, gdy czytelnicy sami wybierali to, co im odpowiada. Dziś ulegają wszechobecnej reklamie, świadomie lub podświadomie. A reklama kosztuje. Stąd wniosek, ze trzeba mieć albo bardzo dużo szczęścia, albo mocne „zaplecze”, by jakieś tradycyjne wydawnictwo zdecydowało się spośród tłumu debiutantów wypromować akurat ciebie. A szkoda. Znam wiele książek wydawanych w kilku setkach egzemplarzy, na koszt autora, które są znacznie ciekawsze i bardziej wartościowe niż to, co czasem dostaję z tradycyjnych wydawnictw do recenzji. Fantastycznym piórem odznacza się na przykład Halina Bajorska („Ludzie nocy”), właściwie nieznana szerszemu gronu czytelników. Znakomita jest Grażyna Kamyszek („Zobaczyć iskry”) czy Pola Pane („Arisjański fiolet”). Świetnie pisze  Halina Kowalczyk („Dom pod jemiołą”, „Dwie Anny”) - niestety jej książkom szkodzi brak rzetelnej korekty, odstraszający czytelników. No i jest jeszcze Marta Grzebuła, świetna, wrażliwa autorka, która naprawdę zasługuje na miejsce wśród oficjalnie wydawanych pisarek. Mogłabym wymienić drugie tyle, ale nie mogę tutaj zamieszczać całej listy.  Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że te panie nie przyniosłyby strat tradycyjnemu wydawnictwu – tylko, że żadne nie dało im szansy. Żeby być fair powiem jednak, że i wydawana tradycyjnie polska literatura nie jest wcale gorsza od zachodniej – na przykład Andrzej Sapkowski czy Ewa Białołęcka. A z nowych absolutnie rewelacyjny Michał Gołkowski, żeby wymienić tylko jego. Po prostu przywykliśmy uważać, że co polskie to z samego  założenia jest gorsze niż „zachodnie”. To bardzo złe podejście i powinno się jak najszybciej zmienić.



Czy pisze Pani coś nowego? A może niebawem pojawi się kolejna Pani książka na półkach księgarń? Proszę uchylić rąbka tajemnicy…
Na jesieni ukaże się drugi tom mego cyklu „Wiedźma z Podhala”. Pierwszy tom nosił tytuł „Jesteś na to zbyt młoda”, drugi będzie się nazywał „Nie jestem już dzieckiem!” To lekkie fantasy dla młodzieży. Ukończyłam też nową książkę science-fiction, i póki co próbuję się z nią przebić do jakiegoś tradycyjnego wydawnictwa. Piszę też całkiem nową  powieść, której scenerią jest dziewiętnastowieczna Szkocja, no ale na razie lepiej o niej za dużo nie mówić. Nigdy nie wiadomo, czy się uda.


Czy często spotyka się Pani z określeniem, że osoba, która wydaje swoje książki z tak zwanym „współfinansowaniem” nie zasługuje na miano pisarza? Szczerze mówiąc po raz pierwszy przeprowadzam wywiad z autorką, której publikacje ukazują się w ten sposób, ale nie będzie to moja ostatnia tego typu rozmowa. Mam już plany na kilka kolejnych.
Pisarz jest pisarzem dlatego, bo pisze. Bynajmniej nie dlatego, że ma legitymację.”
To słowa Michaiła Bułhakowa, jednego z mych ulubionych autorów. Staram się patrzeć na sprawy w ten właśnie sposób. A korzystanie z usług firmy wydawniczej... Trudno mi się do tego ustosunkować w sposób obiektywny. Słyszałam się nieraz konkretne, rzeczowe argumenty przeciw takiej formie wydawniczej i nie mogę nie uznać ich logiki. Zdarzało mi się jednak  spotkać z prawdziwie wrednym atakiem ze strony „prawdziwych pisarzy” i to coś czego nie rozumiem. Uważam, ze gnojenie kogoś  tylko dlatego, że ma zbyt małe przebicie i decyduje się na wydanie własnym kosztem, jest po prostu piekielnie płaskie i nie ma nic wspólnego z kulturą. Nawet jeśli  ten ktoś tylko uważa się za autora godnego drukowania, to co z tego? Przecież tym bardziej nie zagraża żadnemu z „wielkich”.
Andrzej Pilipiuk napisał na forum Weryfikatorium, że – cytuję -
 „
zawsze będzie  więcej ludzi którzy napiszą kilka książek i znikną zapomniani, niż takich którzy drapią się na Parnas i stamtąd będą wrzeszczeć że nadupcyli całemu światu.”
Wzajemne podgryzanie jest tu wysoce niesmaczne. A o wartości publikacji najpełniej wypowiedzą się dopiero przyszłe pokolenia i proszę mi wierzyć, będzie im obojętne, czy autor płacił za wydanie, czy też jemu płacili.


O czym Pani marzy?
Oczywiście o tym, by znaleźć tradycyjnego wydawcę. Nie to, żebym nie była zadowolona z wydawnictwa Białe Pióro, przeciwnie, uważam że jest świetne. Po prostu wolałabym nie płacić za wydawanie moich książek i móc liczyć na wyższe nakłady. Inne moje marzenia niestety są całkowicie nierealne – na przykład, by moja mama nagle została w cudowny sposób uzdrowiona. Albo żeby w Polsce nareszcie było w miarę normalnie.


Czy wierzy Pani w prawdziwą przyjaźń? Taką na dobre i na złe?
Inna chyba nie jest warta zachodu! Fałszywych przyjaźni jest bardzo wiele, prawdziwego przyjaciela można mieć jednego, ewentualnie dwóch lub co najwyżej trzech. Inni to najwyżej życzliwi znajomi. I lepiej nie spodziewać się po nich zbyt wiele.


Jaka literaturę Pani preferuje?
Nie mam czegoś, co można by nazwać ulubionym gatunkiem. Wystarczy, żeby książka była dobra i na pewno przeczytam ją z przyjemnością.

Dziękuję za rozmowę.

Konkurs:

Zabawa zaczyna się dzisiaj, 21 lipca i potrwa do 28 lipca do godziny 24:00. 
Fundatorem nagrody, a do wygrania jest egzemplarz książki Luizy Dobrzyńskiej, jest Autorka. 
Organizatorem konkursu jestem ja. 
Wystarczy pod tym postem udzielić odpowiedzi na pytanie zadane przez Autorkę: Wolisz e-booki czy tradycyjne, papierowe wydanie książki? Nie zapomnijcie podać adresu e-mail, bym mogła skontaktować się ze zwycięzcą konkursu. 
Dziękuję z góry za udostępnianie informacji o zabawie, polubienia, obserwowanie mojego bloga i FP: https://www.facebook.com/pisaninkaasymaka?ref=br_rs  








21 komentarzy:

  1. Zdecydowanie bardziej wolę tradycyjne, papierowe książki. One mają swoją duszę, niepowtarzalny klimat, w dodatku kartki pachną i szeleszczą, a jakby tego wszystkiego jeszcze było mało, to pięknie prezentują się na półkach, które w innym przypadku wyglądałyby smętnie i nudno.

    Pozdrawiam
    Marta
    marta.kruk23@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście że wole tradycyjne wydania książek :) może i e-booki mają kilka zalet ale jakoś mnie nie przekonują :P i swoją córcię też zarażam pasją czytania papierowych książek :) ma ich około 70 a ma 3 latka (za kilka dni) nie lubi komputerów, tv też ogląda niezbyt często :) za to książki przegląda non stop :) kilka zna już na pamieć i próbuje "czytać" :)

    moni.tarnow7@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  3. Wolę książki tradycyjne, choć czytam też e-booki, ale jeżeli mam na książkę wydać około 20-30 złotych, to jednak wolę mieć egzemplarz papierowy, pachnący, możliwy do kartkowania, stojący na półce i kuszący okładką. E-booki ( przy dobrym czytniku) mają wiele zalet, nawet śmiem twierdzić, że same zalety, nie zajmują miejsca, są tańsze, można je zabierać w podróż ( nawet kilka czy kilkanaście) bo nic nie ważą, można łatwo odnajdować żądane fragmenty, powiększać czcionki, kupuje się je bardzo łatwo i szybko, a więc dlaczego? Sama nie wiem. Po prostu nie wiem dlaczego wolę tradycyjne, ale tak jest. Półki się uginają, okładki kuszą, miejsca brak, a ja jak zwykle tup, tup do księgarni :)
    imarba@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja przyznam się, że nie ma dla mnie znaczenia. E-książka, czy druk? Czytam od dawna i jedynie czego szukam w książkach to emocji, prawy, i siły. Tak siły. Bo gdy powieść sprawi, fabuła, że zacznę się wzruszać, mało tego, czasem "dyskutować z bohaterami" to dana powieść ma siłę przekazu. Lubię odloty podczas czytania. Nie ważny obiad i inne rzeczy, ważny jest ów świat do którego zaprosił mnie autor. A czy top e-book czy nie, jak pisałam to nie istne. Proszę nie brać mojego wpisu jako tego który ma wziąć udział w konkursie, ponieważ mam tę powieść, tę i inne Autorki, i jako e-boook i druk. I każdą cenię. I przepraszam, ale nie mogłam się powstrzymać by nie wyrazić swojego zdania. A na marginesie, ceny są również istotne. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wszystko ma swoje dobre i złe strony. E-booków można mieć mnóstwo, zapisanych na jednym czytniku. Nie zajmują miejsca, mieszczą się w torebce. Gdy skończymy czytać jedna książkę, bez wysiłku można sięgnąć po kolejną.
    Ja jednak zdecydowanie opowiadam się za papierową książką. Taką z prawdziwą okładką, pachnącą drukiem, przy czytaniu której widzę dokładnie jak ubywa mi stron. Mogę wtedy spokojnie przygotować się na pożegnanie i delektować się każdą stroną. Łatwiej mi także odnaleźć zaznaczony cytat. ( A spisuje "Złote myśli" do zeszytu).
    Po książkach wypożyczanych w bibliotece jestam w stanie ocenić czy dana pozycja była poczytna. Widać to po "zużyciu" stron.
    Tradycyjna książka jest dla mnie świętością, obiektem kultu, który darzę głębokim szacunkiem. Denerwuje się, gdy ktoś zagina strony, a juz , nie daj Boże!, pisze po kartkach.
    Często kupuję książki wyprzedawane przez biblioteki i daruję im w ten sposób drugie życie.
    Posiadam też książkę, którą dostałam od przyjaciółki 25 lat temu. Przyjaciółka nie żyje 20 lat, a ja mam książkę, którą ona dotykała, czytała, przy której płakała.
    Posiadam tez kilka publikacji z dedykacją i autografem autora. To również relikwie. A na e-booku nie da się napisać autografu.

    sylwia720@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście adres e-mail zły. Brakuje literki.

      sylwiam720@gmail.com

      Usuń
    2. Dziś znalazłam jeszcze cytat, który jest doskonałym uzupełnieniem mojej wypowiedzi.

      "Zauważyłaś, że książka po kilkakrotnym przeczytaniu staje się o wiele grubsza, niż
      była? [...] Jakby za każdym razem coś zostawało między kartkami: uczucie, myśli,
      odgłosy, zapachy... A gdy po latach zaczynamy ją kartkować, odnajdujemy w niej nas
      samych, młodszych, innych... Książka przechowuje nas jak zasuszony kwiat;
      odnajdujemy w niej siebie i jakby nie siebie."
      [Cornelia Funke]

      Usuń
    3. Piękny cytat! Dla mnie zwycięski i vardzo Pani za niego dziękuję!

      Usuń
  6. A ja wolę e-booki. Głównie dlatego, że praktycznie nie mam czasu na czytanie i "wykradam dla siebie" tylko 15-20 minut, gdy siedzę po ciemku, obok zasypiającego synka :) Wtedy tablet i coś dobrego na tablecie to moja odskocznia i relaks :)
    monika.olasek@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Zaskoczę wszystkich - wolę e-booki. Zainwestowałam w czytniczek, na którym fenomenalnie mi się czyta, nie męczą się moje oczy, jest łatwy w obsłudze i nie muszę do torby podróżnej pakować 10 opasłych tomów. Chociaż żałuję, że ebooki nie pachnę tak jak zwykłe książki... ale może za jakiś czas będą coś z tym robić :)
    psychicznychaos@onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  8. Tradycyjne, papierowe wydanie książki nie ma sobie równych!!!


    czarnula84ok@interia.pl

    OdpowiedzUsuń
  9. Dla mnie jak najbardziej książka papierowa, bo ona ma w sobie to "coś", czego nigdy nie będą miały e-booki - niepowtarzany zapach, którym mogę się upajać podczas czytania. Lubię czuć jej ciężar w dłoni i zawsze mogę ją pożyczyć do powąchania dla koleżanki :) To właśnie książki papierowe mają w sobie magię, a każda zagięta strona oznacza nową historię, która się wiąże z każdą osobą, która ją czyta.
    sylwka.sk91@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  10. Książka zawsze będzie bliższa memu ciału. Nic nie zastąpi książki! Szelestu kartek, zapachu farby drukarskiej i papieru, kolorowej okładki, słodkiego ciężaru w dłoni, wrażeń estetycznych. To jest to, czego brak książce elektronicznej. Książka jest naturalna dla naszych zmysłów, e-book jest sztuczny… Książki towarzyszą mi na co dzień w domu, choć gdy gdzieś wyjeżdżam, to ze względów praktycznych biorę czytnik i czytam e-booka.
    martucha180@tlen.pl

    OdpowiedzUsuń
  11. Zdecydowanie tradycyjne książki. E-booki doszczętnie nie dają mi radości, nie widać ich, nie mogę postawić ich na półce. Niestety jak każdy "byk" lubię widzieć co mam. Po drugie męczy mnie czytanie na komputerze, tablecie czy innym specjalistycznym sprzęcie. Nie ma to jak porządna książka :) Kaśka Kafar
    kasiakucik6@interia.eu

    OdpowiedzUsuń
  12. Oczywiście, że wolę tradycyjne książki, ponieważ:
    - lubię zapach "wnętrz" książek (zarówno tych z biblioteki, jak i nowych)
    - lubię "własnoręcznie" - dotykając papieru - przewracać strony
    - uwielbiam szelest kartek (ten prawdziwy!)
    - czytając książki drukowane mniej męczą się moje oczy
    - lubię później "szybko" wracać do ulubionej książki - otwierać na dowolnie wybranej stronie i wracać do ukochanych fragmentów
    - lubię zasypiać z książką na głowie lub pod głową (a w przypadku e-booka jest większe ryzyko, że się "coś popsuje"

    E-booki to jednak nie to samo! Jeden plus to jedynie to, że są tańsze - ale tańsze wyłącznie dla tego, bo łatwiej je wydać (nie trzeba dodatkowo płacić za wydrukowanie) Ale jak się chce mieć piękne wydanie i dłużej się cieszyć, warto trochę więcej wydać :-)

    Pozdrawiam :-)
    mysia186@interia.pl

    OdpowiedzUsuń
  13. Nigdy nie miałąm jeszcze możliwości korzystania z czytnika i sprawdzenia, jak to jest z tymi e-bookami, więc ciężko mi się wypowiedzieć, co wolę. Wydaje mi się, ze tradycyjne, papierowe książki, bo mają duszę, swój zapach.. Zresztą najlepiej nieco wyżej pięknym cytatem ujęła to Pani Sylwia.
    A Pani Luiza jest rzeczywiście niezwykła, aż zazdroszczę, Aniu, że miałaś okazję ją poznać i porozmawiać z Nią w cztery oczy :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie potrafię się przekonać do e-booków, czytniki to nie moja bajka, chociaż raczej nadążam za techniką:) Wolę taskać ze sobą na urlop 3 grube książki tradycyjne. Lubię je czuć pod palcami i wchłaniać ich specyficzny zapach. Wówczas czuję klimat czytania:) Poza tym ja lubię "podglądać" osoby czytające książki w miejscu publicznym, zawsze intryguje mnie cóż czytaja inni i w przypadku książki tradycyjnej jest to możliwe, czytnik owiewa czytaną książkę elektroniczna tajemnicą.
    Nie mówię NIGDY, bo różnie w życiu bywa, jednak na ten moment tylko KSIĄŻKA PAPIEROWA:) Pozdtawiam autorkę książek oraz Ciebie Aniu:) Iwona067@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  15. Moim absolutnym faworytem są książki tradycyjne, papierowe. Szelest odwracanych kartek, zapach papieru i świeżego druku, przeglądanie stron w poszukiwaniu końca jeszcze "tylko tego jednego rozdziału po którego przeczytaniu już skończę czytanie" - to rzeczy, których komputer nie zastąpi w żaden sposób. Ponad to interesujące mnie fragmenty mogę zaznaczyć ołówkiem i wielokrotnie do nich wracać bez błądzenia po stronach na komputerze. Przy komputerze bolą mnie oczy, a podczas czytania druku nie. Lubię trzymać książkę w dłoniach.
    E-book ginie w otchłani folderów na komputerze, a książka stoi na półce i cieszy swym widokiem jeszcze długo po jej przeczytaniu.
    Książka i e-book mają się do siebie tak jak tradycyjny list i e'mail, kartka pocztowa i kartka na ekranie komputera, drobiazg który otrzymaliśmy od kogoś i upominek lub bukiet kwiatów wyskakujący w formie obrazka na komputerze. Większość z nas woli tradycyjny list, kartkę pocztową i upominek - niosą ze sobą o więcej emocji, podobnie jak papierowa wersja książki. :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Jeszcze e'mail: 3dytka@vp.pl

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie umiem, po prostu nie umiem czerpać radości z e-booków. Nie moje pokolenie, nie moja bajka, nie moje życie. W końcu i tak czytam niekulturalnie np.: jedząc śniadanie, leżąc na kanapie, siedząc w toalecie. To są najlepsze miejsca, więc co mi po e-bookach. Przewracam kartki powoli i do woli, czasem szybciej, czasem wolniej. Czytam i dotykam. Nie interesuje mnie jakiś sztuczny ekranik.
    batonzo@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  18. kocham ksiązki. Na pierwszym miejscu stawiam wydania tradycyjne, gdzie podczas czytania mogę używać kilku swoich zmysłów: słuchu- szelest kartek, dotyku- poczuć rożny rodzaj papieru od gładkiego po stary , gruby, wzroku- uwielbiam czytać szybko, wolno, wracać do ulubionych miejsc w książce. W książce tradycyjnej lubię umieszczać róznego rodzaju kolorowych zakoladek, mogę schować czterolistną koniczynkę. Ulubione pozycje stoją na półkach i cieszą moje oczy. Najbardziej cieszą mnie ostatnio pięknie wydawane książeczki dla dzieci z cudownymi ilustracjami, bardzo miłe w dotyku. Rozbudzają ciekawość i wyobraźnię dzieci. Są jednak sytacje kiedy wybieram e-booka: podróże, niektóre wakacje, delegacje. E-booki mogę czytać w miejsach, gdzie nie staego dostepu do światła, zabierają mało miejsca więc zdecydowanie nadają się na wakacje, z mała ilościa na bagaż:) ciesze się, że mam taką możliwość, aby korzystać z różnych form książek. pozdrawiam gizb@w.pl

    OdpowiedzUsuń